Refleksji kilka wróbla Ćwirka, czyli poutyskujmy sobie
nad k-popem.
Przyznaję, że przez ostatnie pół roku miałam urlop od
k-popu. Praca, obowiązki i inne przyjemności skutecznie odciągnęły mnie od
monitora i nie żałuję, że umknęło mi sporo wydarzeń na koreańskim podwórku.
Zdarzało mi się obejrzeć jakiś klip albo przeczytać losowy news, ale jakoś coraz
mniej zaczęło mnie to wszystko absorbować. Żadna piosenka nie mnie porwała,
głupowate informacje mierziły a produkowane seryjnie nowe bandy bynajmniej nie
zachwycały.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to ja stałam się bardziej
wybredna, czy może z k-popem dzieje się coś niepokojącego. Nadrabiając w
ostatnich tygodniach moje miesięczne zaległości naszło mnie kilka refleksji na
temat kondycji naszego ulubionego koreańskiego show-biznesu. Nie będzie to
niestety lukrowana laurka, więc co wrażliwszym wyznawcom prymatu k-popu nad
resztą świata, odradzam dalszą lekturę.
- Ilość nieczęsto przechodzi w jakość.
Jak to z masową produkcją bywa, ilość wypluwanych taśmowo zespołów nie musi przekładać się na ich jakość. Zdaję sobie sprawę, że ich sceniczne wizerunki nie są kreowane ku mojej uciesze (nie jestem pedo-nuną, więc nastoletni chłopcy już dawno przestali mnie kręcić), jednakowoż… Naprawdę? Czy w nastoletnich umysłach potencjalnych fanów nie ma miejsca na nic innego niż kult błyskających nagich torsów i ud, podlanych solidną dawką aegyo? Odnoszę wrażenie, że w tym szale, by wypromować najwięcej nowych zespołów jak się da, zapomniano o tym, co w muzyce jest najważniejsze: muzyce. Specjaliści dwoją się i troją, by wymyślić jakiś chwytliwy koncept, wytrenować młodych na następców Isadory Duncan, a każdy chłopiec piękniejszy musi być od koleżanki z siostrzanego zespołu. Bardzo często za tą feerią barw, świateł, drapieżnych/uroczych minek, dzikich pląsów jakoś nie słychać niczego szczególnego. Ok, kolejny przewidywalny, nudny kawałek…
- Muzyka bywa powtarzalna do bólu.
Model 1: dyskotekowy hit aka muzyka z przytupem
[jak się bawić, to się bawić! BAP poleca]
- daj ciężki bicik
- zmiksuj 2 do 4 piosenek razem
(słuchacze będą musieli którąś część utworu polubić!)
- koniecznie okraś wszystko
rapową wstawką
- daj jakiś chwytliwy refren ze słowami nie wykraczającymi poza radośnie międzynarowe „lalala” albo „nanana” czy inne „bum shakalaka”
- daj jakiś chwytliwy refren ze słowami nie wykraczającymi poza radośnie międzynarowe „lalala” albo „nanana” czy inne „bum shakalaka”
- na początku piosenki bardzo
wskazane jest zawołanie „ej jooooooł” z następującą po nim nazwą zespołu, nie
głupio też dodać aktualny rok, tytuł albumu, imiona członków zespołu, numer
buta lidera oraz seksualne preferencje maknae. No, chyba, że jest się z
JYP, to jeden szept załatwia sprawę…
Model 2: rzewne zawodzenia aka
chwytająca za serce ballada
- daj się wyżyć wokalnie członkom
zespołu (jeśli jest się komu wyżywać)
- chwyć się boleśnie za serce i
zalej morzem łez
- padnij na kolana i uroń jeszcze
kilka łez
- koniecznie okraś wszystko
rapową wstawką
- utoń w morzu wylanych łez i
tysiącu podobnych jak krople owych łez do siebie innych muzycznych produkcji
tego typu.
- Galopujące lata na karku i (lub)
szczęśliwy związek wydatnie uśmierzają Twój k-popowy fanatyzm.
Prawda jest taka: nie rajcują mnie już pląsający chłopcy. Owszem, nadal lubię sobie popatrzeć na moich starych ulubieńców z DBSK czy BIGBANG, ale jakoś tak… Bez ekstatycznych odczuć. Nadal uwielbiam oglądać niesamowite taneczno-synchroniczne ewolucje (stąd moja ostatnia sympatia dla BTS), ale jeśli owi panowie zamiast to, co robią najlepiej (czyli taniec), biorą się za aktorskie popisy… To zdecydowanie przedkładam tedy fonię nad wizję.
Jak pisałam wcześniej, boleśnie
zorientowałam się, jak bardzo większość k-popowych klipów nie jest adresowania
do mnie. W Korei największą i najbardziej fanatyczną grupą odbiorców są
nastolatki (przynajmniej w przypadku boys bandów), więc to pod ich gusta i
sekretne fantazje reżyseruje się MV i całe wizerunki poszczególnych grup. Która
to dziewczyna nie marzy w skrytości serca, by uganiało się za nią stadko
pół-bogów-adonisów, które by to walczyło jak lwy o jej serce, nosiło ją na
rękach i przynosiło kwiatki, a kiedy trzeba pokazało swoją zwierzęcą, męską
naturę i pociągnęło gdzieś do ciemnej klasy za nadgarstek… Pewnie też by mnie
to kręciło, gdybym miała o jakieś 15 lat mniej niż mam. Bo na mnie
nieszczególne wrażenie robią te wszystkie roznegliżowane klaty, wyskakujące jak
diabełki z pudełek niemal tak często, jak zupełnie nie przystające do
całokształtu piosenek rapowe wstawki. Groźne miny 16-latków i zmysłowe
pocieranie karminowych usteczek też raczej bardziej bawi niż rajcuje, a
rozdzierające sceny padania na ziemię w strugach ulewnego deszczu i płacze za
ukochaną raczej irytują. Z wszystkiego jeszcze aegyo jest najbardziej
pocieszne, ale też z umiarem.
[Kai, to nic osobistego... ]
Nie mówiąc już o girls bandach,
których zmysłowe wyginanie się we wszystkie strony, niczym ta giętka trzcina
(nagminne ostatnio, ale o tym innym razem), nigdy mnie nie przekonywało. Tak
więc jeśli piosenka lub wokalne możliwości piosenkarek są marne, kręcenie pupą
niewiele może tu pomóc.
- Miłość nie jest racjonalna.
No bo sobie pomarudziłam,
poutyskiwałam, nawyzłośliwiałam się, ale nadal nie mogę zakończyć mojego
trwającego od lat romansu z k-popem. Miłość jest ślepa? Nie, moja już dawno
przejrzała na oczy, ale wciąż jest coś takiego w koreańskim show-biznesie, co
nie daje mi o sobie zapomnieć i wciąż mnie fascynuje. Wciąż zdarzają się
muzyczne perełki, których mogę słuchać na okrągło przez kilka dni pod rząd,
wciąż zdarzają się tak cudowne MV, że oglądam je po kilka razy, a układy
choreograficzne tak dopracowane i wykonane tak perfekcyjnie, że nie wierzę własnym
oczom. Lubię to, że niektóre zespoły wciąż stać na puszczenie oka do swoich
fanów i spuszczenie odrobiny powietrza z tych napompowanych klat, tudzież jego
zaczerpnięcie w pozapadane dziewczęce brzuszki. Wciąż jest tu miejsce na zabawę
i żart, a nie tylko nieme spojrzenia typu. „bierz mnie! Tu i teraz!”. Mam tu na
myśli np. prześmieszny klip Im Chang
Junga „Open the door”,
czy niezawodne dziewczyny z Orange
Caramel (z ich ostatnim hitem „Catallena”), czy pocieszną acz chwytliwą
piosenkę Lipservice „Yum Yum Yum”
(co za nazwa zespołu, tak btw :D). Mr Mr
też przyjemnie zaskoczył mnie piosenką „Doyou feel me”. Niby takie nic.
Klip prosty i przewidywalny, piosenka równa i o dziwo, spójna przez 3 minuty i
20 sekund swojego trwania, ale jakaś taka… Przyjemna dla ucha. Jak stare, dobre
hity sprzed dwóch, trzech lat. Ni to balladka, ni to dyskotekowy hit, spokojna
ale nie nudna, pięknie zaśpiewana i nawet obowiązkowa rapowa wstawka nie
poraziła mi uszu. Zdecydowanie jest to coś, za co wciąż można kochać k-pop.
[Mr Mr "Do you feel me"]
No, ale muzyka i wszystko jej
towarzyszące to kwestia gustu, więc ciekawa jestem co Wy myślicie o obecnym
obliczu k-popu. Przeżywaliście swoje fazy wzlotów i upadków uczucia, czy trwacie
niezłomnie w swoich fascynacjach od lat? A może weszliście stosunkowo od
niedawna w koreański światek muzyki popularnej? Chętnie przeczytam, jakie są
Wasze wrażenia i przemyślenia!
W cyklu Za co kocham k-pop ukazały się:




