Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mr Mr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mr Mr. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2014

Za co (mimio wszystko) wciąż kocham k-pop

Refleksji kilka wróbla Ćwirka, czyli poutyskujmy sobie nad k-popem.
 

Przyznaję, że przez ostatnie pół roku miałam urlop od k-popu. Praca, obowiązki i inne przyjemności skutecznie odciągnęły mnie od monitora i nie żałuję, że umknęło mi sporo wydarzeń na koreańskim podwórku. Zdarzało mi się obejrzeć jakiś klip albo przeczytać losowy news, ale jakoś coraz mniej zaczęło mnie to wszystko absorbować. Żadna piosenka nie mnie porwała, głupowate informacje mierziły a produkowane seryjnie nowe bandy bynajmniej nie zachwycały.

Zaczęłam się zastanawiać, czy to ja stałam się bardziej wybredna, czy może z k-popem dzieje się coś niepokojącego. Nadrabiając w ostatnich tygodniach moje miesięczne zaległości naszło mnie kilka refleksji na temat kondycji naszego ulubionego koreańskiego show-biznesu. Nie będzie to niestety lukrowana laurka, więc co wrażliwszym wyznawcom prymatu k-popu nad resztą świata, odradzam dalszą lekturę.

  1. Ilość nieczęsto przechodzi w jakość.


    Jak to z masową produkcją bywa, ilość wypluwanych taśmowo zespołów nie musi przekładać się na ich jakość. Zdaję sobie sprawę, że ich sceniczne wizerunki nie są kreowane ku mojej uciesze (nie jestem pedo-nuną, więc nastoletni chłopcy już dawno przestali mnie kręcić), jednakowoż… Naprawdę? Czy w nastoletnich umysłach potencjalnych fanów nie ma miejsca na nic innego niż kult błyskających nagich torsów i ud, podlanych solidną dawką aegyo? Odnoszę wrażenie, że w tym szale, by wypromować najwięcej nowych zespołów jak się da, zapomniano o tym, co w muzyce jest najważniejsze: muzyce. Specjaliści dwoją się i troją, by wymyślić jakiś chwytliwy koncept, wytrenować młodych na następców Isadory Duncan, a każdy chłopiec piękniejszy musi być od koleżanki z siostrzanego zespołu. Bardzo często za tą feerią barw, świateł, drapieżnych/uroczych minek, dzikich pląsów jakoś nie słychać niczego szczególnego. Ok, kolejny przewidywalny, nudny kawałek…
  1. Muzyka bywa powtarzalna do bólu.
    Model 1: dyskotekowy hit aka muzyka z przytupem
 [jak się bawić, to się bawić! BAP poleca]

- daj ciężki bicik
- zmiksuj 2 do 4 piosenek razem (słuchacze będą musieli którąś część utworu polubić!)
- koniecznie okraś wszystko rapową wstawką
-
daj jakiś chwytliwy refren ze słowami nie wykraczającymi poza radośnie międzynarowe „lalala” albo „nanana” czy inne „bum shakalaka”
- na początku piosenki bardzo wskazane jest zawołanie „ej jooooooł” z następującą po nim nazwą zespołu, nie głupio też dodać aktualny rok, tytuł albumu, imiona członków zespołu, numer buta lidera oraz seksualne preferencje maknae. No, chyba, że jest się z JYP, to jeden szept załatwia sprawę…
Model 2: rzewne zawodzenia aka chwytająca za serce ballada
- daj się wyżyć wokalnie członkom zespołu (jeśli jest się komu wyżywać)
- chwyć się boleśnie za serce i zalej morzem łez
- padnij na kolana i uroń jeszcze kilka łez
- koniecznie okraś wszystko rapową wstawką
- utoń w morzu wylanych łez i tysiącu podobnych jak krople owych łez do siebie innych muzycznych produkcji tego typu.

  1. Galopujące lata na karku i (lub) szczęśliwy związek wydatnie uśmierzają Twój k-popowy fanatyzm.


    Prawda jest taka: nie rajcują mnie już pląsający chłopcy. Owszem, nadal lubię sobie popatrzeć na moich starych ulubieńców z DBSK czy BIGBANG, ale jakoś tak… Bez ekstatycznych odczuć. Nadal uwielbiam oglądać niesamowite taneczno-synchroniczne ewolucje (stąd moja ostatnia sympatia dla BTS), ale jeśli owi panowie zamiast to, co robią najlepiej (czyli taniec), biorą się za aktorskie popisy… To zdecydowanie przedkładam tedy fonię nad wizję.
Jak pisałam wcześniej, boleśnie zorientowałam się, jak bardzo większość k-popowych klipów nie jest adresowania do mnie. W Korei największą i najbardziej fanatyczną grupą odbiorców są nastolatki (przynajmniej w przypadku boys bandów), więc to pod ich gusta i sekretne fantazje reżyseruje się MV i całe wizerunki poszczególnych grup. Która to dziewczyna nie marzy w skrytości serca, by uganiało się za nią stadko pół-bogów-adonisów, które by to walczyło jak lwy o jej serce, nosiło ją na rękach i przynosiło kwiatki, a kiedy trzeba pokazało swoją zwierzęcą, męską naturę i pociągnęło gdzieś do ciemnej klasy za nadgarstek… Pewnie też by mnie to kręciło, gdybym miała o jakieś 15 lat mniej niż mam. Bo na mnie nieszczególne wrażenie robią te wszystkie roznegliżowane klaty, wyskakujące jak diabełki z pudełek niemal tak często, jak zupełnie nie przystające do całokształtu piosenek rapowe wstawki. Groźne miny 16-latków i zmysłowe pocieranie karminowych usteczek też raczej bardziej bawi niż rajcuje, a rozdzierające sceny padania na ziemię w strugach ulewnego deszczu i płacze za ukochaną raczej irytują. Z wszystkiego jeszcze aegyo jest najbardziej pocieszne, ale też z umiarem.

[Kai, to nic osobistego... ]

Nie mówiąc już o girls bandach, których zmysłowe wyginanie się we wszystkie strony, niczym ta giętka trzcina (nagminne ostatnio, ale o tym innym razem), nigdy mnie nie przekonywało. Tak więc jeśli piosenka lub wokalne możliwości piosenkarek są marne, kręcenie pupą niewiele może tu pomóc.

  1. Miłość nie jest racjonalna.
No bo sobie pomarudziłam, poutyskiwałam, nawyzłośliwiałam się, ale nadal nie mogę zakończyć mojego trwającego od lat romansu z k-popem. Miłość jest ślepa? Nie, moja już dawno przejrzała na oczy, ale wciąż jest coś takiego w koreańskim show-biznesie, co nie daje mi o sobie zapomnieć i wciąż mnie fascynuje. Wciąż zdarzają się muzyczne perełki, których mogę słuchać na okrągło przez kilka dni pod rząd, wciąż zdarzają się tak cudowne MV, że oglądam je po kilka razy, a układy choreograficzne tak dopracowane i wykonane tak perfekcyjnie, że nie wierzę własnym oczom. Lubię to, że niektóre zespoły wciąż stać na puszczenie oka do swoich fanów i spuszczenie odrobiny powietrza z tych napompowanych klat, tudzież jego zaczerpnięcie w pozapadane dziewczęce brzuszki. Wciąż jest tu miejsce na zabawę i żart, a nie tylko nieme spojrzenia typu. „bierz mnie! Tu i teraz!”. Mam tu na myśli np. prześmieszny klip Im Chang Junga „Open the door”, czy niezawodne dziewczyny z Orange Caramel (z ich ostatnim hitem „Catallena”), czy pocieszną acz chwytliwą piosenkę Lipservice „Yum Yum Yum” (co za nazwa zespołu, tak btw :D). Mr Mr też przyjemnie zaskoczył mnie piosenką „Doyou feel me”. Niby takie nic. Klip prosty i przewidywalny, piosenka równa i o dziwo, spójna przez 3 minuty i 20 sekund swojego trwania, ale jakaś taka… Przyjemna dla ucha. Jak stare, dobre hity sprzed dwóch, trzech lat. Ni to balladka, ni to dyskotekowy hit, spokojna ale nie nudna, pięknie zaśpiewana i nawet obowiązkowa rapowa wstawka nie poraziła mi uszu. Zdecydowanie jest to coś, za co wciąż można kochać k-pop.

[Mr Mr "Do you feel me"]

No, ale muzyka i wszystko jej towarzyszące to kwestia gustu, więc ciekawa jestem co Wy myślicie o obecnym obliczu k-popu. Przeżywaliście swoje fazy wzlotów i upadków uczucia, czy trwacie niezłomnie w swoich fascynacjach od lat? A może weszliście stosunkowo od niedawna w koreański światek muzyki popularnej? Chętnie przeczytam, jakie są Wasze wrażenia i przemyślenia!

W cyklu Za co kocham k-pop ukazały się:
14.06.2012 (Cross Gene)
25.06.2012 (Clazziquai) 
11.07.2012 (Super Junior i 2NE1)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...