poniedziałek, 27 października 2014

Japończycy pokazują pazurki

Dosłownie.


Nie wiem jak Wy, ale operowanie lakierem do paznokci (jak długo nie służy on jako klej uniwersalny) nie jest moją specjalnością. Nie dość, że zawsze wszystko wokół jest ubabrane (ze mną włącznie), to jeszcze z moim nieziemskim wprost poziomem cierpliwości zawsze, ale to zawsze, kończę z innym paznokciem odciśniętym na lakierze, albo wzorkiem koszulki, albo poduszki albo czegokolwiek innego, co akurat znalazło się w zasięgu. Odkrycie takiej niedoskonałości niezmiennie kończy się atakiem szału, latającymi butelkami ze zmywaczem do paznokci i strzępkami płatków kosmetycznych. Po co mi to. Darowałam sobie już dawno temu.

Japończycy kochają detale, schludność i dbałość o higienę, więc wkładają wiele trudu w to, by mieć piękne i zadbane dłonie. To, co czasem Japonki potrafią mieć na swoich paznokciach, zakwalifikować można jako małe dzieła sztuki. Od niedawna kolorowe pazurki nie są już tylko babskim przymiotem! Japończycy także zapragnęli odrobiny wolności w wyrażaniu siebie i wielu młodych biznesmenów zaczęło lansować „bijinesu neiru” czyli biznesowe paznokcie!


Wyjaśnienie genezy tego fenomenu nie jest trudne. Wystarczy spojrzeć na modową sytuację większości mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Od przedszkola muszą nosić mundurki, potem mają chwilę luzu na studiach (ale bez szaleństw, bo profesorowie będą krzywo patrzeć, jakby się komuś za bardzo przed szereg chciało wysunąć), a potem praca i obowiązkowy gairek, jak kto woli garnitur, a dla pań zgrabna garsoneczka. Nie ma za bardzo kiedy się wyżyć ani zaakcentować swojej osobowości. Szczególnie panowie są w pożałowania godnej sytuacji, gdyż kultura pracy wymaga nawet od pomniejszych biznesmenów i urzędników, by odziani byli w czarny garnitur, białą koszulę i obwiązani niekrzykliwym krawatem. Jeśli dodać do tego, że każdy Japończyk ma z natury czarne włosy (farbowanie nie wchodzi w grę, olaboga! @__@), czarne oczy i podobną budowę ciała: łatwo rozpłynąć się w tłumie identycznie wyglądających pracowników.

Czemu więc nie dodać odrobiny pieprzyku do swojego nudnego, poprawnego aż do bólu wizerunku? Te kilka maźnięć pędzelkiem i parę niewinnych diamencików dodadzą szyku każdemu pracownikowi biurowemu! Miłośnicy męskiego manicure twierdzą, że od czasu, kiedy ich paznokcie nabrały barw, nie tylko poprawiła się ich sytuacja w pracy (podwyżki, awanse), ale również towarzyska! Przyjaciele walą drzwiami i oknami, kobiety mdleją na sam widok (nie wiem czy z zachwytu), świat jest u ich stóp!


Dobrze, dobrze… Zostawmy w spokoju epickie hiperbole. Coś jednak musi być w kolorowych pazurkach, skoro młodzi Japończycy są w stanie zainwestować grube jeny w profesjonalnie zrobiony manicure. „Ja zmieniam wzory na moich paznokciach dwa, trzy razy w tygodniu, jeśli tylko mogę, zawsze jest to jakiś temat do rozmów z klientami.” wyznał 31-letni Genki Tsuitachi, kierownik działu reklamy jednej z tokijskich firm „Kosztuję to mnóstwo pieniędzy, jasne – czasem połowa mojej wypłaty idzie na serduszka i sztuczne brylanciki – ale warto robić to porządnie, szczególnie, że jest mnóstwo ekskluzywnych salonów, nastawionych na mężczyzn takich jak my, które otwarte są do późna w nocy, ponieważ pracujemy długo i nie moglibyśmy tam pójść w innym czasie.”

Koszt zrobienia paznokci w salonie w Tokio to minimum 100 dolarów! Najwyraźniej warto! Posłuchajmy poruszającej historii Jina, 26-letniego pracownika jednej z czołowych firm zajmujących się mediami.

Jakieś osiem miesięcy temu byłem właściwie tylko robotem, wpisującym dane do systemu. Nikt w mojej firmie mnie nie znał, pracowałem 16 godzin dziennie i zarabiałem niecałe 120 000 jenów brutto miesięcznie (ok. 3700 zł, ale na warunki japońskie, szczególnie tokijskie, nie jest to powalająca kwota) – moje życie było dość nędzne. Raz, kiedy popełniłem ten błąd i wydałem za dużo pieniędzy na moje hobby: gry wideo i mangę, musiałem jeść chińskie zupki (to co u nas uchodzi za chińskie zupki, tak naprawdę zostało wynalezione w Japonii, więc są to japońskie zupki ;) z zimną wodą, bo nie mogłem zapłacić rachunków za gaz. Niemal zadławiłem się na śmierć kawałkiem suszonej krewetki.
Jednak jednego dnia moja dziewczyna, która interesuje się zdobieniem paznokci, zapytała, czy mogłaby poćwiczyć na mnie w domu. Pozwoliłem jej pomalować moje paznokcie i przykleić na nie różne rzeczy i później, jako żart, poprosiłem, żeby zrobiła mi logo firmy, dla której pracuję. Nawet mi się spodobało, więc zostawiłem malunek. Następnego dnia w naszej stołówce wyciągnąłem rękę, by chwycić butelkę Pocari Sweat (przeciekawa nazwa wody… pot Pocariego ^^) kiedy mój szef, który stał w kolejce za mną, zauważył moje paznokcie i zagadnął mnie. Był naprawdę pod wrażeniem tego, co uznał za moje oddania firmie. Dwa miesiące później zostałem jego osobistym asystentem i obecnie zarabiam około 450 000 jenów (niemal 14 tys złoty! @__@) plus wydatki.”


Od tego czasu Jin reguralnie prosi swoją dziewczynę, by zrobiła dla niego manicure a raz na kilka tygodni idzie do profesjonalnego salonu, by machnąć sobie coś naprawdę szałowego. Niektórzy koledzy podśmiechują się z niewinnej pasji młodego asystenta, ale Jina niewiele obchodzą głupkowate żarty. „Mam to gdzieś, zarabiam trzy razy tyle, co niektórzy z nich, więc niech się pier**.

I słusznie, jeśli Jina to uszczęśliwia i wierzy, że kolorowe paznokcie to klucz do jego sukcesu: z Bogiem. Mniemam, że jest to już pewna oznaka starczego zmurszenia z mojej strony, że nie jestem już tak otwarta na nowości i mnie raczej takie ekstrawagancje by nie skusiły. Pewnie tak kiedyś musieli czuć się nasi pradziadowie, gdzie nasze prababcie nagle zaczęły paradować w spodniach. Do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić a starsza generacja ma ten przywilej się konserwować i nie popierać. Tak więc ja innym nie bronię, ale na wszelkie wypadek schowam jedyny lakier do paznokci, jaki mamy w domu… Strzeżonego… ^^

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

piątek, 24 października 2014

Kultura przemocy: armia koreańska i jej wpływ na życie codzienne

Nie jest łatwo być Koreańczykiem. Surowi rodzice, wyścig szczurów w szkole (więcej tutaj), wyścig szczurów w korporacjach, wieczna presja wyników, zarobków, doskonałego wyglądu (więcej tutaj i tutaj) i spełniania oczekiwań. Na dokładkę panowie muszą jeszcze oddać ponad 2 lata ze swojego życiorysu matce Korei, odbywając obowiązkowe szkolenie w armii. Tak jak i poprzednie lata nauki i pracy, ten czas również nie jest usłany różami.


Obowiązkowa służba wojskowa to duma i wyznacznik męskości dla większości Koreańczyków. Wymigiwanie się od patriotycznego obowiązku nie tylko jest źle widziane, ale również może skończyć się społecznym ostracyzmem: problemami ze znalezieniem pracy i utratą przyjaciół. Wiele tysięcy młodych mężczyzn idzie więc w kamasze, odpowiadając na wołanie kraju, który wciąż znajduje się oficjalnie w stanie wojny z Koreą Północą (zawieszenie broni trwa od 60 lat).

Służba nie jest łatwa. Rygor i wysiłek, jakiemu muszą sprostać w większości młodzi chłopcy, jest przeogromny, a pobytu na pewno nie umila fakt, że możliwości kontaktu z rodziną i przyjaciółmi są bardzo ograniczone a telefony komórkowe skonfiskowane. Stłoczeni w wojskowych barakach, zmuszeni do przebywania ze sobą 24h na dobę, poddani wojskowemu drylowi i wyczerpującym ćwiczeniom, koreańscy chłopcy przeżywają trudne chwile. Jest jeszcze jeden aspekt, który wiąże się ze służbą w wojsku, o którym sami żołnierze i oficerowie nie mówią chętnie: znęcanie się i „kocenie” pierwszoroczniaków przez żołnierzy odbywających drugi rok służby.


Statystyki mówią, że w przeciągu ostatniej dekady niemal 800 żołnierzy popełniło samobójstwo w czasie trwania swojej służby. W dużej mierze odpowiedzialni za te śmierci są koledzy z baraku, którzy z tych czy innych przyczyn postanowili zamienić życie przypadkowych chłopców w koszmar.

Głośny był przypadek 22-letniego Yoona, który zmarł w kwietniu tego roku po tym, jak koledzy z kompanii uderzyli go w klatkę piersiową. Oficjalna wersja armii brzmi, że chłopak akurat coś jadł i w wyniku uderzenia kawałek jedzenia dostał się do tchawicy i Yoon się udusił. Wszystko wskazuje jednak na to, że koledzy wpychali mu do gardła jedzenie przemocą, okładając go przy tym po torsie. Po przewiezieniu chłopaka do szpitala i dokonaniu autopsji okazało się, że Yoon musiał przez długi czas znosić podobne ataki i znęcanie się, gdyż jego ciało pokryte było siniakami. W trakcie śledztwa na jaw zaczęły wychodzić coraz obrzydliwsze i potworniejsze szczegóły tego, co działo się za zamkniętymi drzwiami wojskowych baraków.

[tutaj możecie znaleźć zdjęcie ze szpitala, do którego trafuł Yoon.
Naprawdę drastyczne, dlatego zamieszczam tylko link.]

Koszmar młodego poborowego trwał ponad miesiąc. Przez ten czas koledzy regularnie go bili, nie pozwalali spać do 3 nad razem, raz zmusili go stania w pozycji konnego jeźdźca przez 3 godziny, czy zlizywania z podłogi plwocin. 6-ciu głównych oskarżonych usłyszało również zarzut molestowania seksualnego swojej ofiary. Co zaskakujące, jeden z oprawców, noszący nazwisko Lee, również był ofiarą podobnych ataków w czasie swojego pierwszego roku służby. Koledzy zmusili go np. do połknięcia całej zawartości tubki pasty do zębów albo lali mu wodę na głowę, gdy leżał na podłodze. Te doświadczenia najwyraźniej nie nauczyły Lee współczucia dla ofiar podobnych ataków i by ulżyć swoim frustracjom, postanowił zemścić się na rasie ludzkiej, nękając kolejnego, bogu ducha winnego chłopca.


Szokująca w całej tej sprawie jest reakcja armii koreańskiej, która dopiero w sierpniu przyznała, że zdarzenie miało miejsce, po tym jak informacja wyciekła do prasy z Wojskowego Centrum Ochrony Praw Człowieka.

A podobnych zajść tylko w tym roku było mnóstwo! We wrześniu dwóch żołnierzy zmarło po tym, jak ich koledzy postanowili zabawić się ich kosztem. Przywiązali obu do krzeseł i obwiązali im głowy szmatami, doprowadzając ich tym do uduszenia. W okresie od lipca do września kolejnych 3 mężczyzn popełniło samobójstwa, a jeden, doprowadzony do ostateczności, chwycił broń i otworzył ogień, mordując 5 swoich oprawców, raniąc kilka innych osób i ostatecznie próbując (bez powodzenia) popełnić samobójstwo.

Po tych rewelacjach armia uderzyła się w piersi i zarzeka się, że wprowadzi zmiany, by życie młodych poborowych było lżejsze. Mają poprawić stan baraków, umożliwić częstsze kontakty z rodziną, zatrudniono wielu nowych psychologów, by pomóc ofiarom ewentualnych ataków.

Problem jednak tkwi w tym, że żadna z ofiar znęcania się ani słowem nie wspomniała nikomu o swoim losie. Rodziny niezmiennie pozostawały zszokowane, że ich syn przechodził przez taką gehennę. Koledzy związani byli zmową milczenia, a przełożeni udawali, że niczego nie widzą. Pisałam już o wielu problemach nękających koreańskie społeczeństwo i znamienny wydaje się być we wszystkich przypadkach fakt, że ofiary z pochyloną głową przyjmują swój los. Czy to molestowanie i nadużycia w koreańskich firmach (konkretnie pisałam o agencjach gwiazd), czy presja i znęcanie się w szkole (więcej tutaj), nikt nie prosi o pomoc, mało kto zwierza się ze swoich problemów. Reszta udaje, że niczego nie widzi, bo przez pomoc ofierze, sami mogą stać się kolejnym celem ataków. To przerażające, jak wielki wpływ na ich umysły ma poczucie hierarchii i obowiązek podporządkowania się stojącym wyżej na społecznej/profesjonalnej drabinie.


Coś też jest z akceptacją przemocy w Korei, bo nawet dziecięce gry, zawierają w sobie sporą dawkę brutalności. Moi koreańscy znajomi nauczyli mnie kilku gierek dla zabicia czasu i celem niemal wszystkich było wymierzenie drugiej osobie kilku razy. Jasne, że to było tylko dla zabawy i nie czyniło wielkich zniszczeń, ale sam fakt, że już dzieci z upodobaniem wymierzają sobie wzajemnie uderzenia dwoma palcami w przedramię, czy biją się po rękach, jest zastanawiający. Może ja żyłam w jakiejś bańce mydlanej, gdzie z koleżankami ładnie bawiłyśmy się klockami albo czesałyśmy lalki Barbie, ale nie pamiętam takich brutalnych gier. Oświećcie mnie, jeśli się mylę. Jedyna przemoc, jakiej byłam w równej mierze sprawcą i ofiarą, były kłótnie z moją siostrą :P

Wielu nauczycieli swoją postawą zakorzenia w uczniach przekonanie, że tylko dyscyplina i posłuszeństwo są wyznacznikiem wartości człowieka. Słuchałam kiedyś wywiadu, gdzie 20-kilku-letni Koreańczyk powiedział, że jego nauczyciel z upodobaniem powtarzał, że wykonywanie poleceń jest czymś, co wyróżnia nas jako rasę ludzką. Nie wiem skąd mu się to wzięło, bo z tego co wiem, psy całkiem nieźle reagują na polecenia, nawet chomika można przyuczyć do tego i owego. Będąc wychowanym w takim duchu, nie trudno więc stać się milczącą ofiarą kilku wyrostków, którym wydaje się, że wszystko im wolno.

Na studiach też nie jest wiele lepiej. Pierwszoroczniacy muszą oficjalnie „przedstawić się” swoim starszym kolegom i koleżankom podczas inauguracyjnego wieczoru. Jeśli nie wykrzyczą swojego imienia wystarczająco głośno i szybko, narażą się później na kpiny i karne picie, które bardzo często kończy się zjazdem pod stół niedoświadczonego studenta. Musi być jakaś przyjemność w zmuszaniu niżej postawionych do picia do nieprzytomności, bo z upodobaniem praktykują to nie tylko studenci na swoich imprezach, ale także przełożeni w firmach, podczas obowiązkowych, integracyjnych libacji.

[bo bez picia nie ma życia!]

Rygor, hierarchia i ślepe podporządkowanie, tak wszechobecne w armii, przekłada się również na kulturę pracy w wielkich korporacjach. Wszyscy pracujący tam panowie (a ich jest zazwyczaj znaczna większość) przeszli wojskowe szkolenie i dobrze odnajdują się w wojskowym drylu. Przełożeni mogą więc cieszyć się niemal władzą absolutną a młodzi zrobią wszystko, byle tylko utrzymać swoją posadkę.

Jest w Korei kilku śmiałków, którzy ośmielili się wystąpić przeciwko skostniałym zasadom i zwyczajnej głupocie. Aktywista na rzecz praw gejów, Lim Tae Hoon, podjął w parlamencie dyskusję na temat kondycji armii, ale zaraz został zgromiony przez swoich kolegów. Jakim prawem Lim śmie mówić na temat armii, skoro sam w niej nie był!? Lim, w proteście przeciw dyskryminacji gejów w wojsku, postanowił dobrowolnie odsiedzieć kilkanaście miesięcy w więzieniu, by nie musieć odbyć służby. Niewypełnienie patriotycznego obowiązku z miejsca skreśla Lima w oczach wszystkich poprawnie myślących mężczyzn i odbiera mu prawo do dyskusji w temacie. Idąc tym torem rozumowania, nie wiem czemu wszyscy owi panowie biorą się za stanowienie prawa, skoro wielu z nich nigdy nie miało nawet losowego kodeksu w ręku. Tak czy owak, opinie na ten temat wydają się zabetonowane, a sami oficerowie przyznają, że odrobina przemocy i terroru wzmaga gotowość bojową. Wielu oskarżonych o znęcanie się żołnierzy stwierdziło prostodusznie, że robili to, by poprawić karność w swojej drużynie.

Ile jeszcze podobnych Yoonowi ofiar potrzeba, by coś drgnęło w skostniałym wojskowym systemie? Do lat 80-tych Korea była pod dyktaturą wojska, które miało ogromne znaczenie w kontekście zagrożenia ze strony Korei Północnej. Wielu starych generałów wciąż mentalnie tkwi w tym okresie i bynajmniej nie zamierza reformować swojego spojrzenia na sprawę. Ich mało obchodzi cierpienie jakichś tam kilku szeregowych. Jak długo, oczywiście, prasa za dużo o tym nie jazgocze…

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

wtorek, 21 października 2014

Biała kobieta i skośnooki = ból serca?


Biały mężczyzna u boku skośnookiej piękności to wcale nie taki rzadki obrazek. Kto był w Azji, ten wie. Pomińmy tutaj wątek obleśnych białych dziadów, przeżywających kryzys wieku średniego i podnoszących sobie mniemanie wakacjami w egzotycznym kraju, gdzie mogą sobie kupić towarzystwo przepięknych i przebiednych lokalnych dziewcząt. Mówię o normalnym, zdrowym związku, gdzie chemia działa w obie strony a serduszka pykają nad gruchającymi czule główkami zakochanych.

[szczęśliwe małżeństwo, pomysłodawcy "zasad kłótni", o czym będzie dalej :)]

Czemu takie związki zazwyczaj dobrze wróżą na przyszłość? Powody są dość oczywiste: narzucane w Azji role społeczne, jakie mają do wypełnienia kobieta i mężczyzna, nie kolidują tak bardzo z tym, do czego jest przyzwyczajony zachodni mężczyzna. Gorzej natomiast, jeśli w romantyczne uniesienia uwikłana jest kobieta z zachodu i Azjata wschodni.

Przeciwieństwa się przyciągają i urok egzotyki bywa czasem nieodparty, toteż nie trudno stracić głowę dla przystojnego skośnookiego. Jak też nie jednemu skośnookiemu szybciej bije serce na widok mieszkanek zachodu. Szybki i namiętny romans na pewno jest w zasięgu ręki każdej otwartej na doznania kobiety, ale czy jest to materiał na trwały związek? Z tym, niestety, bywa różnie.

Wiele zależy od obu stron, jak wiele wysiłku wkładają w bycie razem, jak daleko są w stanie pójść na kompromisy, zmienić swoje oczekiwania i dostosować się do oczekiwań drugiej strony. Każdy związek wymaga pracy i jeśli jest dobra wola, nawet różnice kulturowe nie są straszne. Wiem z doświadczenia, bo sama wplątałam się w związek z Hindusem. Każdy z nas jest dzieckiem kraju i kultury w jakiej się wychował, ale przede wszystkim jesteśmy ludźmi i wierzcie mi, w związku przede wszystkim jest się kobietą i mężczyzną, a dopiero później Polką, Hindusem czy Koreańczykiem.

Interkulturowe mariaże nie są jednak czymś, na co każdy może sobie pozwolić. Trzeba otwartości, zrozumienia i zamiłowania do podejmowania wyzwań. Koreańczycy, w swojej masie, są wciąż dość zamkniętym narodem, który dopiero od kilkudziesięciu lat otworzył się na wpływy z zewnątrz, a zwiększony napływ obcokrajowców to zjawisko, które dopiero niebawem osiągnie pełnoletność. Młode pokolenie podróżuje, bierze udział w programach wymiany studentów, spotyka przedstawicieli innych nacji, ale dla ich mam i babć biały człowiek, to wciąż dość mityczny stwór.


Cały czas żywe są przekonania, że dzieci pochodzące ze związków par mieszanych są dużo głupsze i mniej uzdolnione niż Koreańczycy pełnej krwi. Ogólne wyobrażenia na temat kobiet zachodu również niezbyt nam schlebiają. Prowadzimy się lekko, mamy gdzieś tradycje i poszanowanie dla starszych. Nie rozumiemy koreańskich wartości, nie będziemy umiały zatroszczyć się o naszego mężczyznę i razem z tymi wszystkimi wywrotowymi przekonaniami, które uosabiamy, zwyczajnie nie nadajemy się do przyjęcia na łono porządnej, koreańskiej rodziny.

Nie da się przecenić wagi tego, co myśli o nas przyszły teść i teściowa. W Korei panuje zwyczaj, że młodzi wyprowadzają się z rodzinnego gniazdka dopiero po ślubie, a więc rodzice mają spore możliwości wpływu na swoje dorosłe dzieci. Finansowo-mieszkaniowe zależności to nie jedyna przyczyna niemal ślepego posłuszeństwa, jakie przynależy się rodzicom. Konfucjańska filozofia, głęboko zakorzeniona w krajach wschodniej Azji, zobowiązuje dzieci do okazywania odpowiedniego szacunku swoim rodzicom, co w praktyce oznacza nie sprzeciwianie się życzeniom starszych i robieniu tego, czego od nich się oczekuje. Jeśli więc rodzina naszego skośnookiego wybranka nie życzy sobie mieszania krwi, marne szanse, że związek przetrwa tę próbę.

I najprawdopodobniej dowiesz się tego ze zdawkowego SMSa albo wiadomości na KakaoTalk (odpowiednik naszego gg). Okazywanie silnych emocji jest w Azji uważane za oznakę słabości i braku szacunku wobec rozmówcy. Zamiast otwartej dyskusji, która zapewne skończyłaby się płaczem i podniesionymi głosami, 90% Azjatów wybierze kulturalną i bezosobową formę komunikacji, jaką jest wiadomość tekstowa.

Pewna nauczycielka języka angielskiego opisała na blogu swoje doświadczenia z koreańskimi mężczyznami. Jej pierwszy związek skończył się po kilku miesiącach, gdy rodzina chłopaka dowiedziała się, że ich dziecko umawia się z białą dziewczyną. Kolejny związek był już dużo poważniejszy. Rodzice okazali się otwartymi ludźmi i szybko zaakceptowali wybrankę swojego syna. Para zamieszkała razem, snuła plany na przyszłość, planowała ślub i dzieci, aż któregoś dnia przyszła straszna wiadomość: brat dziewczyny zmarł. Dziewczyna była zdruzgotana, ale jej chłopak nie potrafił zrozumieć jej rozpaczy. Kultura koreańska traktuje śmierć jako naturalną kolej rzeczy i żałoba, jaką ma się w sercu po śmierci ukochanej osoby, tam właśnie powinna zostać. Wielotygodniowe płacze i oczekiwanie wsparcia były zbyt dużym szokiem i ciężarem dla tego chłopaka i któregoś dnia po prostu spakował swoje rzeczy (pod nieobecność dziewczyny) i już więcej się nie pokazał. Wieść o zerwaniu, zgodnie z oczekiwaniami, wysłał na KakaoTalk.

To nie tak, że każdy związek białej kobiety i Azjaty z góry skazany jest na porażkę. Jest wiele par, które na przekór ponurym statystykom wciąż są razem, kochają się i są szczęśliwe pomimo upływu lat. Serce zazwyczaj niewiele sobie robi ze zdrowego rozsądku i jak już raz obierze sobie obiekt westchnień, trudno na to coś poradzić. Jedna amerykańsko-koreańska para stworzyła na przykład „zasady kłótni”, według których w zapalnym momencie dają sobie 5 minut ciszy, by zastanowić się, jak najlepiej wyrazić to, co ich zraniło. Komunikacja w innym języku jest wyzwaniem, ale też błogosławieństwem, bo często trzeba zrezygnować z cynizmu i złośliwości, bo druga strona i tak nie zrozumie aluzji. Zdając sobie sprawę z dzielących nas różnic, nie czeka się na to, aż druga strona wreszcie wpadnie na to, czego się od niego/niej oczekuje, a po prostu mówi o tym otwarcie.


Bycie z kimś o odmiennej kulturze i przekonaniach na pewno nie należy do najłatwiejszych rzeczy na świecie, ale gwarantuje też, że w związku nie będzie nudno. Jeśli mężczyzna, pomimo wszystkiego, co was dzieli, wciąż chce być z Tobą, możesz być przekonana, że kocha cię do szaleństwa. A takiego uczucia nie można przecież tak po prostu odrzucić, prawda?

A teraz przyznawać się, kto był/jest/będzie w mieszanym związku i jakie są Wasze doświadczenia! ^^

P.S. Więcej o randkowaniu w Azji tutaj
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...