Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ga In. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ga In. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2014

Przeżyjmy to jeszcze raz: k-pop w 2014 roku. Część I

Tragiczne wypadki, rozstania, kłótnie i pozwy… Spocone torsy, mleko kapiące z brody i nieprzystojne pląsy. Tak można by w skrócie podsumować rok 2014 w k-popie. Zapewne nie był to najbardziej udany rok dla naszych gładkolicych ulubieńców, ale bez wątpienia rok 2014-ty dał nam kilka muzycznych perełek oraz zapoczątkował procesy, które choć bolesne, powinny dobrze przysłużyć się całej branży.


Bez dodatkowych wstępów zapraszam w małą podróż w czasie, gdzie przypomnimy sobie, co wydarzyło się w mijającym roku!





Początek roku nijak nie zapowiadał obfitości wydarzeń, jaka czekała nas w nadchodzących miesiącach. Muzycznie było dość ciekawie i obiecująco. K-popowe legendy cieszyły ucho i oko swoimi powrotami. Do najbardziej udanych można zaliczyć comeback Raina z „30 sexy” i DBSK „Something”. Jednak to GaIn jest bezsprzeczną bohaterką początku roku i jej poruszająca piosenka „FxxkU” wyznaczyła nowy poziom w k-popie, któremu trudno było sprostać innym wykonawcom. GaIn często porusza temat seksualności w swoich piosenkach (więcej tutaj), ale w jej wykonaniu nie ogranicza się to tylko do sugestywnych pocierań i niewybrednego machania pupą. „Fxxk U” to opowieść o gwałcie i przemocy w związku. Klip oraz słowa mogą szokować, ale był to zamierzony efekt, mający na celu zwrócenie uwagi na przemoc, jakiej doświadcza w domu wiele kobiet. Przemoc domowa jest w Korei dużym problemem, gdyż istnieje na nią swoiste przyzwolenie. Jest to zagadnienie, o którym się nie mówi, traktując je jako osobiste sprawy danej rodziny.


Najbardziej wyrazistym przykładem takiego rozumowania była przerażająca historia z 2012 roku. 28-letnia kobieta zadzwoniła na policję, błagając o pomoc, bo została porwana i oprawca usiłuje ją zgwałcić. Dziewczyna dość dokładnie podała swoją lokalizację, ale policjanci ani drgnęli ze swojego posterunku. W trakcie rozmowy napastnik przyłapał ją na próbie wezwania pomocy. Kobieta nie odłożyła słuchawki, gdy mężczyzna bił ją i katował. Po 8-minutach wysłuchiwania krzyków i odgłosów uderzeń, policjanci wzruszyli ramionami i stwierdzili, że to zwykła sprzeczka między małżonkami. Sąsiedzi mężczyzny również słyszeli krzyki, ale nikt nie zainteresował się losem torturowanej dziewczyny, gdyż oni również orzekli, że to na pewno małżeńska kłótnia. W 13-godzin później policja znalazła ciało dziewczyny, poćwiartowane i zapakowane do 14-tu foliowych toreb.


W tym kontekście odważne „Pier** się” GaIn rzucone w twarz swojemu kochankowi, który kwituje sprzeciwy swojej partnerki: „Nienawidzę tego robić w ten sposób”, stwierdzeniem „Ja tak nie uważam”, nie wydaje się być przesadzone. Koreańczycy są dość ospałym narodem, jeśli chodzi o debatę publiczną i zadzierzgnięcie kulturowych zmian, więc potrzeba mocnego uderzenia, by wywołać jakiś odzew.
 [Bumkey]

Co ciekawe, partnerujący GaIn Bumkey, okazał się być czarnym charakterem nie tylko na ekranie. W październiku tego roku został przyłapany na handlowaniu tabletkami Ecstasy i metamfetaminą w jednym z seulskich klubów. Z tego co ustaliła policja, handel narkotykami był biznesem, którym raper zajmował się od kilku lat. Biorąc pod uwagę to, że w Korei nawet posiadanie jednego skręta może skończyć się odsiadką w więzieniu, zapewne nie prędko zobaczymy Bumkey na wolności… (więcej o gwiazdach i narkotykach tutaj)





Muzycznie k-pop wciąż pląsa i ma się nienajgorzej. Kolejne gwiazdy powracają na scenę: 2NE1 z „Come back home”, MBLAQ z dwoma smętami singlami „Our relationship” i „Be a man”. Czymże byłby rok bez Hyuny pocierającej się tu i ówdzie, więc i 4Minute wróciło z „Whatchs Doin’ Today”. Żadnen z owych comebacków nie rzucił mnie jednak na kolana. Zawiodłam się szczególnie na 2NE1, po których spodziewałam się więcej. Sytuację uratował za to chwytliwy przebój Girls’ Generation „Mr Mr” i przeurocza „Catallena” od Orange Caramel.






Kwiecień bez wątpienia należał do Akdong Musician! Rodzeństwo, które zawładnęło sercami jury i publiczności w drugiej edycji programu K-pop Star, wydało swój pierwszy mini album i niemal natychmiast stało się sensacją k-popowej sceny. Promujący album singiel „Melted” jest godnym konkurentem „Fxxk U” GaIn w walce o tytuł najlepszego utworu 2014 roku. Jak dobrze wiecie, moja miłość do ballad jest ograniczona, ale ta piosenka jest tak piękna i poruszająca, że trudno jej nie pokochać.


Muzyka, słowa oraz towarzyszący im klip tworzą przepiękną, dopełniającą się całość i aż trudno uwierzyć, że utwór napisany i wyprodukowany został przez niespełna 18-letniego Lee ChanHyuka i zaśpiewany przez 15-letnią Lee SuHyun. Akdong Musician oraz młoda i utalentowana reżyser, Dee Shin, poruszają problem emocjonalnego zobojętnienia dorosłych na cudzą krzywdę. Pojawia się też wątek różnic kulturowych, niezrozumienia i uprzedzeń rasowych.

Nie twierdzę, że muzyka powinna zawsze zajmować się poważnymi tematami, ale dobrze, gdy raz po raz pojawiają się utwory, które mają ambicje większe niż tylko stać się hitem, bezmyślnie nuconym pod nosem przez tłumy.


Dosłownie w dwa dni po ukazaniu się „Melted”, Korea pogrążyła się w smutku po katastrofie promu Sewon. Najprawdopodobniej w wyniku gwałtownego manewru, ładunek przesunął się na pokładzie, pozbawiając prom stateczności. Kapitan i załoga ewakuowali się jako pierwsi z pokładu, prosząc pozostałych na jednostce pasażerów o zachowanie spokoju. W wyniku katastrofy zginęło 304 ludzi, większość z nich to uczniowie szkoły średniej, którzy wybrali się na wycieczkę szkolną na wyspę Jeju. Haniebne zachowanie załogi i kapitana odnalazło swoje echo w słowach „Melted”:

„Dlaczego lód (dorośli) jest (są) tak zimny (nieczuli)?”





Nie łatwo było Koreańczykom otrząsnąć się po tej tragedii. Cały k-popowy światek zamilkł na długie tygodnie, odwołano wiele koncertów i opóźniono daty planowanych powrotów i debiutów. W maju miłośników k-popu czekał kolejny cios: Kris odszedł z EXO i pozwał swoją agencję, zarzucając jej, że jest niesprawiedliwie traktowany, a podpisany przez niego kontrakt stoi w jawnej sprzeczności z podstawowymi prawami człowieka i pracownika (więcej tutaj). Wtedy nikt nie wiedział jeszcze, że Kris swoim wystąpieniem zapoczątkuje lawinę pozwów i rozstań z matkami agencjami. W kilka miesięcy później w jego śladu pójdzie Luhan (więcej tutaj), BAP (więcej w części II przeglądu), a Thunder i Joon z MBLAQ przedłożą własne interesy ponad wierność wytwórni.

[Kris]

Wiadomo, że fanowskie serce cierpi, gdy z ukochanego zespołu odchodzi ulubiony członek, ale mnie cieszy coraz częstszy sprzeciw gwiazd wobec wykorzystywania ich przez agencje. Może wreszcie te molochy zrozumieją, że ich firma nie są fabrykami produkującymi tańczące lalki, tylko miejscem, gdzie pracuje się z żywymi ludźmi, którzy mają takie same potrzeby i bolączki jak każdy z nas. Obawiam się, że owa „trzecia generacja” idoli będzie musiała stoczyć tę nieprzyjemną walkę z bezdusznymi agencjami, by kolejne pokolenie gwiazd mogło pracować i tworzyć w godziwych warunkach. Trzymajmy zatem kciuki za naszych odważnych ulubieńców!

 



Jak wszyscy doskonale wiedzą, czerwiec to miesiąc moich urodzin, więc i tym razem k-popowy świat przygotował dla mnie miły prezent. Taeyang tylko dla niepoznaki wydał swoją balladę „Eyes, Nose, Lips” w przeddzień moich urodzin, by szalone fanki nie skojarzyły faktów. 

 [mam nadzieję, że nie znienawidzicie mnie za to, żem ja przyczyną tej zbolałej miny!]

Doceniam starania, drogi Taeyangu. Wiem, że trudno Ci się pogodzić, że moje serce należy do innego, ale wierz mi, zawsze będziesz dla mnie kimś wyjątkowym! Jako, że Taeyang doskonale wie, że balladki to nie jest mój żywioł, szybko dogadał się z Tablo i machnęli przecudny cover piosenki, który słucham nałogowo do dziś!

[Tablo! <3]

I tym urodzinowym akcentem pozwolę sobie zakończyć dzisiejszy przegląd wydarzeń roku 2014. Do zobaczenia w części drugiej, którą można przeczytać TUTAJ!

P.S. Nie zapomnijcie sprawdzić playlisty z moimi ulubionymi k-popowymi hitami 2014 roku! TUTAJ

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

czwartek, 20 grudnia 2012

Potwór spod łóżka


Czyli o Ministerstwie do Spraw (braku) Równouprawnienia i Rodziny.


Szara eminencja k-popu. Teoretycznie go nie widać, ale ciągle gdzieś tam jest, szczerząc swoje kły, jak potwór spod łóżka. Artyści i wytwórnie przed nim drżą, a jego wyroki są niezbadane. Nigdy nie wiadomo za co i kogo capnie za nogę i wciągnie w ciemność. Jedno jest pewne. Kobiety są bardziej zagrożone niż płeć teoretycznie brzydsza.

O owym ministerstwie zdarzało mi się już pisać nie raz (choćby tu) z rozmaitych okazji i zazwyczaj nie byłam podbudowana jego działalnością. Korea wciąż jest dość konserwatywnym krajem i rząd uznał, że należy chronić delikatne umysły obywateli przed treściami dlań nieodpowiednimi. Ogólnie rzecz ujmując, nie mam nic przeciwko, że są organy, które kontrolują, co pokazuje się w telewizji, zastrzeżenia można mieć jednak do formy takiej działalności. Nie może być tak, że jednym wolno śpiewać o zdradach (Teen Top „No more perfume on you” czy B1A4 „Baby, good night”), a inni dostają „bana” za wspomnienie o alkoholu i dymie papierosowym (Psy „Right Now” czy 2PM „Hands Up”, chociaż obu piosenkom ministerstwo dało łaskawie drugą szansę i chcą rozpatrzyć ich przypadek jeszcze raz). Jednym wolno wić się i taplać w pianie, a inni za bardziej dosłowne ale zdecydowanie zdrowsze podejście do tematu dostają po głowie. I tak, nie mylicie się. Znów piję do „Ice cream” Hyuny i „Bloom” GaIn (poprzedni artykuł na ten temat tutaj).

[GaIn]

Trudno o bardziej jaskrawy przykład podwójnych standardów, a do tego ministerstwo zafundowało je niemal w tym samym czasie, więc chyba samo aż prosi o kilka słów prawdy.

Można by rzec, że nie ma się czego czepiać, bo GaIn poszła po całości, pokazując akt seksualny dosłownie, gdy HyunA po prostu sobie tańczy. Z tym że wcześniej ministerstwo dopatrzyło się nieodpowiednich ruchów w „niewinnym” tańcu, bezlitośnie banując „Change” i „Bubble Pop” (chociaż to drugie zostało przyuważone nie przez ministerstwo a przez inną komisję wspomagającą, tak na marginesie). W „Ice cream” jednak niczego zdrożnego się nie dopatrzono i piosenka dostała błogosławieństwo na dalszą drogę. A że cały klip aż ocieka tanim erotyzmem? No cóż… Jak długo kobieta jest seksualnym obiektem a nie podmiotem i wygina się ku uciesze panów, nie ma problemu.

 [Hyuna "Ice Cream"]

Bo GaIn, jak już wspominałam w poprzednim poście, odważyła się nie tylko schlebiać męskim spojrzeniom, ale pokazać seksualność z damskiego punktu widzenia. Zmysłowo, delikatnie i wyzwalająco, a nie wyzywająco. To się już urzędnikom nie spodobało, bo jak to tak, żeby uczyć młodą generację kobiet, że też mogą mieć co nie co przyjemności z seksu. BAN!

 

Podobnymi działaniami ministerstwo już od dłuższego czasu buduje sobie sporą opozycję. Nawet sami Koreańczycy niejednokrotnie narzekają, że rząd traktuje ich jak dzieci i odcina od treści, do których, być może, chcieliby dotrzeć. A mowa tu głównie o pornografii, która w Korei jest nielegalna. Posiadanie i oglądania filmów dla dorosłych nie jest zbrodnią, ale ich rozpowszechnianie, sprzedaż i produkcja i owszem. Nim rozpętano anty-pornograficzną ofensywę w 2004 roku, koreańska strona o tej tematyce Soranet liczyła sobie ponad 600 tysięcy subskrybentów. Wyraźnie pokazuje to, że zapotrzebowanie na tego typu treści w konserwatywnej i pruderyjnej Korei jest dość spore.

Zamknięcie lokalnych stron i zablokowanie dostępu do tych międzynarodowych wcale problemu nie rozwiązuje, bo i tak są sposoby by dotrzeć do tego, co chce się obejrzeć. Systemu p2p kontrolować już się nie da. Nie wspominając o tym, że zakazany owoc kusi najbardziej. Zamiast kontroli znaczniej bardziej przydałaby się edukacja z prawdziwego zdarzenia i danie obywatelowi wyboru, co i kiedy chce oglądać. W końcu takie są założenia demokracji, prawda?

Znacznie łatwiej jest jednak zablokować dostęp do wątpliwych treści, niż spróbować na ich temat porozmawiać i zaproponować system rzetelnej edukacji młodzieży, by jako dorośli ludzie, sami potrafili osądzić, czy warto sięgać po pornografię.

 Takie działania mają też i polityczny wydźwięk. Dają złudzenie, że rząd robi coś, by zapobiegać zbrodniom na tle seksualnym, bo ponoć gwałciciele, nim udają się na łowy swojej ofiary, namiętnie oglądają filmy dla dorosłych. Opinia publiczna ma zmydlone oczy, a oni nie muszą robić nic, by faktycznie przeciwdziałać przestępstwom i wszyscy są zadowoleni. Nie można też pomijać przyczyn religijnych i kulturowych, które każą takie treści cenzurować. Nie jedna koreańska babcia łapie się przecież za głowę, gdy nie daj Boże, na ulicy przemknie jakaś para, trzymając się za ręce. A babcie głos w wyborach też przecież mają.

[nie zaczynaj z nami, synku!]

Naciski na rozluźnienie cenzury będą jednak narastać i to nie tylko ze strony społeczeństwa, które chciałoby mieć wybór i gwarantowaną wolność, ale też różnego typu korporacje, które stoją za koreańskim show-biznesem. Bo nie ma się co oszukiwać, za naszymi ulubionymi k-popowymi artystami stoją biznesowe molochy! A nadrzędnym celem każdej korporacji jest zarabiać pieniądze. Duże pieniądze.

A najłatwiej sprzedać jakąś rzecz (czy to najnowsze dziecko Samsunga czy nową piosenkę), gdy w kampania promocyjna danego produktu wywołuje w nas uczucie radości. A seks doskonale sprawdza się w tej roli. Nic tak nie poprawia humoru jak ponętne dziewczę wyginające się kusząco, czy przystojni panowie zrywający z siebie koszulki. No i jeszcze seks w reklamie czy klipie ma tę cudowną właściwość, że przyciąga uwagę, czy to starych, czy młodych, czyniąc z duetu sprzedaż + seks związek doskonały.

 [Rania wie jak narobić hałasu
"Mr Feel Good"]

By twórców i sprzedawców fantazja zbytnio nie poniosła, Ministerstwo do Spraw Równouprawnienia i Rodziny (MdSRiR) wraz z innymi wspierającymi ją komisjami i urzędami, trzyma rękę na pulsie, sprawdzając, co trafia do środków masowego przekazu. Do tego momentu idea jest szczytna, bo wystarczy popatrzeć na nasze media, albo jeszcze lepiej, media zachodnie, by zatęsknić za podobną cenzurą. Nadrzędnym zadaniem wyżej wymienionych organów jest ochrona dzieci i młodzieży przed treściami dla nich nieodpowiednimi. Zabronione jest przedstawianie seksu wprost, więc twórcy reklam i klipów muszą zręcznie lawirować między niedopowiedzeniem, sugestią i fantazjami.

Czasem jednak sugestie są tak oczywiste, że wyłożenie kawy na ławę nie jest już właściwie konieczne. I choć wydawałoby się, MdSRiR powinno przystawić swoją budzącą zgrozę wśród agencji gwiazd pieczątkę, pozwala przemknąć do ogólnego obiegu „dziełom” co najmniej wątpliwym, a inne tłamsi już w zarodku. Mężczyźni jak długo wystrzegają się w swoich pieśniach wzmianek o byciu pijanym i paleniu papierosów, mogą ogólnie rzecz ujmując, robić co im się podoba. Drzeć koszulki, wymachiwać sugestywnie bioderkami, dyszeć ciężko pod prysznicem i prać się po pyskach do rozbryzgów krwi. Kobiety powinny być dużo bardziej ostrożne w swoich występach, chociaż chwyty stosowane przez tzw. soft-porno, jak filmowanie artystek z poziomu gruntu, tak by zaprezentować ich ciała w pełnej krasie (i jeszcze zaoferować wgląd pod spódniczkę tudzież luźne shorty) jest jak najbardziej w porządku.

 [Secret "Poison"
klasyka ujęcia na zboczeńca]

Przywołując jeszcze raz osławiony przykład Hyuny i GaIn, nazwa ministerstwa w tym aspekcie staje się groteskowo nieadekwatna. Ciężko doszukać się oznak dbania o równouprawnienie, gdy uprzedmiotowienie kobiet wywołuje aprobatę urzędników, a jedna na milion próba przydania kobiecej seksualności prawa równego mężczyznom natychmiast opatrywana jest etykietą 19+, gdzięki czemu jej emisja możliwa jest tylko w późnych godzinach nocnych.

Chyba rząd powinien pomyśleć nad przechrzczeniem swojego ministerstwa, to skończą się przynajmniej wieczne utyskiwania takich jak ja malkontentów.

Więcej na temat:

Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Kobiety, seks, pieniądze i k-pop


Czyli o portrecie współczesnej koreańskiej kobiety, widzianym przez pryzmat najnowszych k-popowych klipów.

[GaIn]

Oglądając k-popowe klipy ciężko być obiektywnym. Mając swoje lata, świadomam (teoretycznie) chwytów, jakimi posługują się wytwórnie i ich artyści, jednakowoż… W obliczu wyskakujących nagle, ni z tego ni z owego, roznegliżowanych i przyjemnie umięśnionych męskich klat, które do tego wirują mi przed oczyma (czytaj: „Love Song” Raina), trudno zachować zdrowy osąd. Podjęłam co prawda heroiczną próbę oddania sprawiedliwości nadwerężanym ostatnio klatom w innym poście (tutaj), zazwyczaj jednak kończy się na moim rozanielonym wzroku i piskach zachwytu, podczas gdy nad koreańskimi girls bandami w większości kręcę z niesmakiem nosem.

Mniemam, że dokładnie tak samo jest z girls bandami i odbiorem ich poczynań przez męską część publiczności. To co kobietom od razu rzuca się w oczy i niesmaczy od pierwszej sekundy, mężczyznom jakoś unika… Do tego dochodzi drobna nutka zazdrości, że myśmy nie tacy piękni, gładcy i gibcy jak pląsający na ekranie piosenkarze i skrajne opinie gotowe.

Czegóż się jednak nie robi w walce o zachowanie poziomu w k-popowej dyskusji. Mogę nawet obejrzeć klipy Hyuny! Bo to właśnie ona, a właściwie jej najnowszy „Ice cream” skłonił mnie do napisania tego, co nastąpi.

  
[taaaa.... definitywnie Batman gdzieś przepadł.... 
i też bym chciała wiedzieć chłopcze, kiś zacz :>]

Pisałam już nie raz (np. tu, tu i tu), że społeczeństwo koreańskie ulega gwałtownym przemianom obyczajowym, czego odbicie można znaleźć również w k-popie. W ciągu zaledwie 20 czy coś około lat rola kobiety na scenie przeobraziła się od statecznej diwy, poprzez rozkosznie pląsające aegyo-dziewczątko, do zipiącego seksapilem monstra. Myślę, że to, co przyciągnęło do koreańskiej pop-kultury wielu z nas, była pewna doza niewinności w MV i filmach w porównaniu z zachodnimi odpowiednikami. Im dłużej jednak człowiek siedzi w temacie, tym boleśniej uświadamia sobie, że klipy niewiele mają wspólnego z niewinnością, a fakt, że kawa jeszcze nie została wyłożona na ławę (przynajmniej w klipach, bo na filmach to i owszem) to tylko zasługa mojego ulubionego Ministerstwa do spraw Równouprawnienia i Rodziny, które tnie przy pniu wszystkie próby złamania obowiązujących wzorców. A przynajmniej takie, które nie mieszczą się w ich pojęciu przyzwoitości, a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ. O tym jednak nie dziś (więcej tutaj), bo to temat rzeka, liźnięty już przeze mnie jakiś czas temu tutaj.

Ostatnie dokonania śpiewających pań rzucają nowe światło na temat seksualności kobiet w Korei oraz ich walki o równouprawnienie. Szczególnie trzy klipy wybijają się na tym tle i jest to wspomniana HyunA z jej „Ice cream”, GaIn w „Bloom” oraz Miss A w „I don’t need a man”. Każdy z tych klipów ujmuje kobiecą niezależność i seksualność inaczej i nie każdy wart jest poklasku. Zacznijmy jednak od pozytywnych wzorców.

 [GaIn w "Bloom"]

GaIn, zirytowana faktem, że wspomniane wcześniej Ministerstwo nałożyło restrykcje na jej poprzedni teledysk (choć tak naprawdę nie było ku temu wielkich powodów) postanowiła tym razem dać im takowy. Jak rzekła tak i uczyniła, bo „Bloom” zdecydowanie wybija się ponad przeciętność k-popowej twórczości. Nie dość, że w klipie możemy obejrzeć miłosne igraszki piosenkarki i być może pierwszy utrwalony na k-popowej taśmie kobiecy orgazm, to jeszcze GaIn kocha się sama ze sobą na kuchennej podłodze!

Wow.

GaIn już od dłuższego czasu wyrastała na moją nową ulubienicę, ale tym klipem przechyliła szalę. Pomimo szokujących, jak na k-pop, obrazów, udało jej się dokonać niemożliwego, a mianowicie całemu klipowi daleko jest pornograficznej wulgarności. Jest to przyjemny dla oka, zmysłowy portret kobiety, która kocha, jest kochana, rozkwita seksualnie i czerpie przyjemność z miłości. Klip nie jest wyrwanym z kontekstu dziełem spragnionych sensacji twórców, a stanowi ilustrację do tekstu, który opowiada o miłości, związku łączącym dwojga kochanków i budzącej się zmysłowości. GaIn przyrównuje się do kwiatka, który rozkwita w pełni pod dotykiem swojego ukochanego.


To, co czyni klip wyjątkowym, jest fakt, że kobieca seksualność przedstawiona jest w realistyczny, niewyuzdany sposób. Owszem, GaIn wygina się ponętnie w skąpym stroju, otoczona czwórką tancerzy, jednak w scenach miłosnych jej uwaga skupiona jest jedynie na dokonującym się akcie i przyjemności, jaką on z sobą niesie. Nie ma tu żadnych mrauki-super-duper-sexy min i darcia powietrza pazurami, ani maniakalnego ocierania wyimaginowanych okruszków z twarzy. Jest za to zadowolona, piękna kobieta, na którą przyjemnie popatrzeć nie tylko z męskiego, ale również z damskiego punktu widzenia.


O Hyunie i jej „Ice cream” niestety już tego powiedzieć nie można. Moje zęby mimowolnie zgrzytają, ilekroć widzę tę panią. Jej interpretacja kobiecej seksualności zapewne schlebia panom, bo to dla nich dziewczę tak się wygina i rozchyla usta (żeby tylko usta), z damskiej perspektywy jednak… No cóż…


Główna różnica pomiędzy Hyuną a GaIn polega na tym, że ta pierwsza za wszelką cenę chce podniecić i uwieść męską część publiczności, co staje się dla niej celem samym w sobie, podczas gdy GaIn seksualność wykorzystuje jako ilustrację do historii, którą chce opowiedzieć. Może to drastyczne, ale mniemam, że dobrą metaforą byłby film pornograficzny versus film obyczajowy ze sceną łóżkową. Czasem i w jednym i w drugim mało pozostaje dla wyobraźni, ale cel wykorzystania seksu jest zgoła odmienny.

Hyuna nie oszczędza się w „Ice cream”. Wykorzystuje doskonale nam znane z wszystkich jej poprzednich produkcji chwyty, z pocieraniem się tu i tam i onanizowaniem sobie twarzy włącznie, a nawet idzie kilka kroków dalej, tańcząc (ujeżdżając?) na tyłku jednego ze swoich tancerzy. Jedyne co mnie rozczarowuje, to dlaczego w takim ociekającym tanim erotyzmem klipie zabrakło sztandarowej pozy z ręką wetkniętą pomiędzy nogi?! No jak to tak?! Nieśmiała inauguracja zaszła w „Change”, potem była większa „gracja” w „Bubble Pop”, w „Troublemakerze” Hyuna osiągnęła już niemal tytuł magistra pozy a tu nic?! Why, Hyuna, why?!


Pomijając permanentny problem Hyuny z zamykaniem buzi i utrzymaniem rąk przy sobie, zastanawiające jest też „przesłanie” klipu. Przez 4 minuty trwania piosenki przewija się mrowie kolorowych outfitów, morze drogich dodatków i wielkich jak pięść brylantów. Ciekawe skąd ona na to ma? Sprzedając TAKIE LODY, jakie widzimy na klipie, obawiam się, do wielkiej fortuny dojść ciężko… Przeanalizowawszy, losowe sceny w pianie oraz z roznegliżowanym panem przestają być takie losowe.

 [jeśli jeszcze raz usłyszę w jakiejś piosence "bling bling" zacznę krzyczeć! wrrrrrrrr!]

Skoro już jesteśmy przy pieniądzach i sposobach zarabiania na życie, Miss A niedawno wypuściły piosenkę, która urasta do rangi feministycznego manifestu: „I don’t need a man”. Jest to afirmacja samodzielności i niezależności finansowej kobiet. Dziewczęta z Miss A przekonują, że nie potrzeba im mężczyzny, że same doskonale potrafią o siebie zadbać. Same płacą swój czynsz, same płacą za torebki i obiad w restauracji. Pracują ciężko i nie zawsze starcza im na wszystkie zachcianki, ale ich niezależność napawa ich dumą i miłością do własnej osoby.


Przyznaję, że co do tej pozycji mam mieszane uczucia. Ogólne przesłanie jest jak najbardziej chlubne, szczególnie w patriarchalnym, koreańskim społeczeństwie, gdzie wciąż pokutuje przekonanie, że szczytem kobiecych ambicji powinien być udany mariaż. Z drugiej jednak… Czyżby dotychczas mężczyzna kobiecie był potrzebny tylko i wyłącznie w charakterze chodzącego portfela? Coraz częściej łapię się na tym, jak naiwne bywają moje poglądy, bo mi zawsze wydawało się, że w relacjach damsko-męskich jest nieco więcej romantyzmu. Nie mówiąc już o tym, że takie ujęcie sprawy stawia nas, kobiety, w delikatnie mówiąc, nie najkorzystniejszym świetle. No bo jeśli tak, jedynym sensem kobiecej egzystencji zdaje się być zdobycie odpowiedniej ilości luksusowych produktów, typu designerskie torebki, drogie perfumy i błyszczące buty na wysokim obcasie (jak sugerują wstawki w MV). Pod takim rozumieniem niezależności ja się nie podpisuję.

No, ale nie marudząc za dużo, zadowolona jestem z pierwszych jaskółek zmian, jakie raz po raz przelatują nad k-popowym światkiem. Chciałoby się, by takich odważnych i niesztampowych wystąpień było jak najwięcej. Co zaś tyczy się ujęć kobiecej seksualności, jakim raczy nas HyunA ze swoimi managerami, trzeba pamiętać, że zostały one stworzone dla mężczyzn i ku uciesze ich oczu. I jak długo panom będzie się to podobać, Hyuny będą się mnożyć i sobie wesoło egzystować. Próżno jednak oczekiwać entuzjastycznych okrzyków z damskiej części publiczności. W każdej heteroseksualnej kobiecie, która ma choćby jaki taki szacunek do własnej osoby, podobne przedstawienie tematu musi wywoływać słuszne oburzenie.

A przynajmniej powinno ;)

 
[jedyna scena na której było przynajmniej na czym oko zawiesić ;)]

Więcej na temat u mnie:
 
Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

sobota, 28 lipca 2012

Tu przytniemy, tam podpiłujemy i będzie git!

Czyli o cudownych następstwach diet i przebytych chorób (albo o operacjach plastycznych w Korei, jak kto woli).

[Shin Dong z Super Junior 
to zdjęcie to tylko kawał z okazji pierwszego kwietnia
ale oczęta pociachać sobie już dał :(]

Całkiem niedawno Koreańczycy zapłonęli słusznym gniewem, gdy okazało się, że uroda nowo wybranej Miss Korea 2012, Kim Yu Mi, nie jest dziełem Matki Natury. Po tym, jak zgarnęła tytuł i koronę najpiękniejszej, do internetu wyciekły jej szkolne zdjęcia, na których zbyt podobna do obecnej siebie nie jest… Dziewczyna mężnie przyznała: „nigdy nie twierdziłam, że urodziłam się piękna.”, ale tytułu bynajmniej oddawać nie zamierza. Dodała jeszcze, iż „od teraz, mam nadzieję, stać się sławną ze względu na moje wewnętrzne, a nie zewnętrzne piękno.” Ma dziewczyna poczucie humoru, nie ma co.

[Kim Yu Mi, obecna Miss Korea
dziś i kiedyś]

Rozumiem oburzenie, bo w końcu były to wybory Miss Korei a nie Miss sprawności rąk chirurgów. Trudno jednak zrozumieć nagonkę mediów, która poniekąd się rozpętała po wyznaniu Kim Yu Mi. Zjawisko występowania podwójnych standardów jest, niestety, na półwyspie zjawiskiem dość częstym. Cenzura, która przepuszcza albo zakazuje klipów i piosenek wg tylko sobie wiadomych standardów (tutaj), sposób kreowania girls bandów, a dopuszczalne społecznie normy zachowań (tutaj), cały fan-serwis w męskim wykonaniu, a poziom tolerancji osób o odmiennej orientacji seksualnej (tutaj) i na koniec operacje plastyczne. W kraju, gdzie współczynnik wykonywanych zabiegów w przeliczeniu na ilość mieszkańców jest najwyższy na świecie i gdzie pewnie połowa gwiazd i celebrytów na którymś etapie swojego życia poprawiła sobie to i owo, otwarte przyznanie się do chirurgicznej korekcji urody jest ogromnym tabu.

[ilość wykonanych operacji plastycznych liczona na 1000 mieszkańców
dane z 2010 roku
różnoniebieskie paski pokazują ty operacji. Od lewej:
skóra i włosy; piersi; tłuszczyk; twarz i włosy; reszta ciała]

Im dłużej interesuję się kulturą wschodu, tym bardziej jestem pełna podziwu dla mieszkających tam ludzi. Przyznaję, że mi ciężko byłoby się odnaleźć w gąszczu sprzecznych sygnałów i powinności. Z jednej strony nacisk na to, by być pięknym i bogatym jest obezwładniający. Z każdego zakątka ulicy oraz lodówki wyskakują niemożliwie piękne twarze znanych i lubianych celebrytów, po biurze krążą wycyckane i zadbane panie, których nienaganny styl i drogie dodatki onieśmielają, do tego pokutuje popularne przeświadczenie, że ładni mają w życiu łatwiej i szybciej dostają dobrą pracę, niż ci mniej urodziwi… Nie mówiąc już o tym, że z wątpliwą urodą, nie ma nawet co marzyć o znalezieniu wyśnionego partnera. A przecież piękno jest niemal na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zaoszczędzić nieco i odwiedzić dzielnicę Gangnam w Seulu, która znana jest jako plastyczne zagłębie Korei (teraz już wiecie, dlaczego najnowsza piosenka Psy „Gangnam Style” jest tak genialna?).

No i tu zaczynają się schody. Być brzydkim zdecydowanie nie wypada. To już ustaliliśmy. Jeśli jednak ktoś podejmie próby wpasowania się w obowiązujące standardy (więcej o koreańskich standardach urody tutaj) za pomocą skalpela i, nie daj Boże, przyzna się do tego otwarcie, i tak zostanie zepchnięty w odmęty tej samej szarej strefy, z które wyszedł. Bo piękno musi być naturalne, albo przynajmniej musi na takie dobrze pozować.

 [są też i tacy, którzy nie wierzą w naturalne pochodzenie boskiej krzywizny nosa Mihonka (Lee Min Ho)]

My, szare żuczki, i tak nie mamy tak źle. Jasne, że presja idealnych ciał i buź, wyskakujących zza każdego zakrętu bywa przytłaczająca, ale pomyślcie o tym, co muszą przeżywać wszyscy ci, którzy znajdują się na medialnym świeczniku. Już słyszę uszami wyobraźni te wszystkie komentarze, że aktorzy i piosenkarze sami się pchali, więc mają co chcieli. Ja jednak pozostanę wierna swoim przekonaniom, że fakt posiadania talentu i podzielenia się nim ze światem, nikogo jeszcze uprawnia, by podnosić takiego delikwenta do boskich kategorii, gdzie ludzkie przywary i słabości nie mają dostępu. To są tacy sami ludzie jak my, może ładniejsi, może zdolniejsi i z parciem na szkło, ale zapewne z takimi samymi (jak nie większymi) kompleksami i problemami.

A trudno nie popaść w kompleksy, gdy non stop przebywa się w towarzystwie zjawiskowo pięknych i uzdolnionych ludzi, a własny manager daje talon na wykonanie operacji plastycznej.

Było już kilka gwiazd w historii koreańskiego przemysłu rozrywkowego, które zakończyły swój żywot, odbierając sobie życie z powodu przepracowania i zbyt dużej presji. To był ogromny szok, gdy w 2010 roku gwiazda jednego z największych międzynarodowych hitów koreańskiej telewizji „Winter Sonaty”, Park Yong Ha, został znaleziony nad ranem w swoim domu, powieszony na kablu. Na ratunek było już niestety za późno.

[Park Yong Ha]

A presja jest ogromna. Nie tylko trzeba śpiewać i tańczyć perfekcyjnie, ale równie perfekcyjnie prezentować się przed kamerami. K-pop jest niestety zupełnie nastawiony na wygląd i często uroda przyszłych członków zespołów jest dużo ważniejszym czynnikiem, niż ich talent wokalny czy aktorski. Ostatnio sporo sensacji wzbudziła wypowiedź rzecznika YG Entertainment odnośnie planowanej, nowej grupy dziewczęcej:

„W skład nowego grils bandu wchodzą tylko te dziewczęta, które nigdy nie poddały się operacjom plastycznym. Ich kontrakt podpisany z Yang Hyun Sukiem  zawiera klauzulę o „braku operacji plastycznych”… Operacje plastyczne mają swoje dobre strony, ale jednocześnie sprawiają, że jest coraz mniej naturalnych piękności w zespołach… Widząc tyle grup z pięknymi buziami w zespole, zaczęliśmy się zastanawiać, jak te dziewczęta poradziłyby sobie, gdyby przyszło im wykonywać muzykę YG.”

[Kim Eun Bi, jedyna znana członkini nowego girls bandu YG,
znana z udziału w programie "Superstar K2"]

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i przeniósł punkt ciężkości z urody, na muzykę. Po głębszym zastanowieniu, dochodzę do wniosku, że nic bardziej mylnego! Skoro dziewczęta mają klauzulę o braku operacji plastycznych w kontrakcie, znaczy to tyle, że będą piękne z natury. Co dalej implikuje, że głównym założeniem przyświecającym przesłuchaniom, było znalezienie urodziwych buź, których nie trzeba by było udoskonalać. Co więcej, stwierdzenie „Widząc tyle grup z pięknymi buziami w zespole, zaczęliśmy się zastanawiać, jak te dziewczęta poradziłyby sobie, gdyby przyszło im wykonywać muzykę YG” nie tylko jest policzkiem dla wszystkich pięknych dziewcząt z koreańskiego show-biznesu, sugerującym, że nie potrafią śpiewać, ale również spycha je do gorszej kategorii „tych poprawionych skalpelem”.

Dlatego większość gwiazd szybciej popełni publiczne harakiri, niż otwarcie przyzna się, że zrobiła sobie operację plastyczną. A bardziej lub mniej uzasadnionych spekulacji jest całe mnóstwo. Chyba nie ma celebryty, którego nie podejrzewano by o poprawienie sobie tego i owego.

Najczęstszymi wymówkami są: utrata wagi, zbawienny wpływ ćwiczeń i zabiegów kosmetycznych. Jessica z SNSD idzie w zaparte, że jej nagła zmiana kształtu szczęki to wyłącznie wynik schudnięcia z przepracowania. Gdy sytuacja jest jednak zbyt oczywista i nie da się dłużej brnąć w zaprzeczania, kolejną taktyką jest przyznanie się do przejścia operacji, która wymuszona była jakaś chorobą albo wypadkiem, a ładniejszy kształt nosa, czy kości policzkowych to tylko miły efekt uboczny. Kim Hyun Joong tłumaczył swoją zamianę nosa na lepszy model tym, że dawno temu dostał w niego kamieniem i chcąc nie chcąc, musiał się biedaczysko pod nóż położyć.

 [Jessica z SNSD i jej podejrzana linia szczęki]

Gdy wszystko inne zawiedzie, ewentualnie można się przyznać do zrobienia sobie operacji, by uzyskać podwójną powiekę. Jest to zdecydowanie najpopularniejszy zabieg w Korei (pewnie też w Azji, ale pewna nie jestem) i czasem mam wrażenie, że traktowany jest jak wypad w kapciach do warzywniaka na zakupy. Zaskakujące jest jednak, jak wiele taka z pozoru niewielka zmiana jest w stanie namieszać na czyjejś twarzy! Patrząc na zdjęcia Shin Donga z Super Junior albo Uee z After School, rzeczywiście, trudno nawet zauważyć różnicę. Ale to co zaszło z buziami Goo Hary z KARY i Kyu Hyuna (też SuJu), to już jest po prostu magia…

 [Goo Hara z KARA]

 [Kyu Hyun z Super Junior]

Są jednak postaci heroiczne i godne podziwu. Zdecydowanie najjaskrawszym przykładem jest Kwang Hee z ZE:A. Chłopak sam z siebie przytaszczył do studio podczas kręcenia variety show „Strong Heart” swój wielki portret sprzed kilku lat i bez żenady wyznał, że przeszedł tyle operacji plastycznych, że do 20-tego roku życia nie mógł pić alkoholu, bo ciągle był albo rekonwalescentem, albo przygotowywał się do kolejnego zabiegu. Nie da się ukryć, że przemiana… robi wrażenie.

  [Kwang Hee z ZE:A]

Trzech panów z legendarnego Shinhwa: Shin Hye Sung, Jun Jin, i Kim Dong Wan przyznało się po latach, że też mają kilka rzeczy poprawionych na swoich buziach. Ich fanklub jest już jednak tak mocno zakorzeniony, że podobne rewelacje nie mogą im już zaszkodzić. Choć bez wątpienia oddziałują na opinię publiczną. No bo skoro wystarczy sobie tu coś rozciąć, tu podpiłować i wyglądać jak gwiazda ekranu, dlaczego by nie podjąć tego wyzwania!?

Korea wyrasta obecnie na mekkę chirurgii plastycznej i znęceni widmem pięknolicych idoli mieszkańcy wschodniej Azji (choć nie tylko! Kliniki chirurgii plastycznej goszczą obywateli np. Mongolii czy krajów Arabskich) masowo przyjeżdżają „na wakacje” na półwysep po to, by poprawić sobie to i owo. Nie można również zapomnieć o sporej ilości pacjentów z USA. Mieszkający tam Azjaci wolą przylecieć do Korei, by oddać się w ręce specjalistów, którzy rozumieją specyfikę azjatyckiej urody, niż skorzystać z usług lokalnych klinik. A nóż będzie nas operować chirurg, który dotykał boskich powiek któregoś z koreańskich idoli?!

 [nietknięte powieki Ga In z Brown Eyed Girls]

Zastanawia mnie tylko, do czego to wszystko prowadzi. Czy jeszcze trochę otoczeni będziemy armią idealnie pięknych i zupełnie wyzutych z jakichkolwiek ludzkich cech idoli? Czy wyobraża sobie ktoś Gonga Yoo (vel. Guniaczka) z podwójną powieką?! Albo Ga In z Brown Eyed Girls? To by była jakaś tragedia! Widać, mnie Europejce, łasej na wszystko co inne i azjatyckie, nie dane nigdy będzie pojąć, jak komuś mogą się nie podobać te przepiękne, migdałowe oczy.

 [Guniaczek]

Z wszystkiego, najsmutniejsze jest to, że my sami, fani w ogóle, nakręcamy tę chorą spiralę. Gdyby nie było popytu, nie byłoby i podaży. Skoro publiczność domaga się pięknych buź, to je dostaje. Nie ma co się czarować, show-biznes, jest tylko biznesem i robienie kasy zawsze było priorytetem…

P.S. Nie zapomnijcie wypowiedzieć się w ankiecie na pasku obok →
i na facebookowym fanpage'u, gdzie pytałam o to, jakiej muzyki słuchaliście przed rozpoczęciem przygody z k-popem

Więcej na temat:
Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

niedziela, 10 czerwca 2012

Nie to ładne, co ładne…

…ale co się Azjatom podoba.
Czyli o standardach urody na dalekim wschodzie.

 [Im Yoon Ah]

Czy i Wam zdarzyło się zastanawiać, co takiego szczególnego jest w Im Yoon Ah z SNSD, że niemal połowa (a może i więcej?) celebrytów odpowiadając na pytanie, jaka gwiazda jest dla nich ideałem piękna, wymienia właśnie ją? Nie, żebym twierdziła, że brak jej urody! Jasne, że jest śliczna, ale… hmm… Czy aż tak? Mi zapewne z wiadomych względów ciężko oceniać, ale refleksja ta skłoniła mnie do pochylenia się nad zagadnieniem, jakim są kanony urody obowiązujące u naszych skośnookich braci.

Sprawa jest tym ciekawsza, iż wygląda na to, że zwłaszcza dla Koreańczyków istnieje uniwersalny zbiór idealnych cech, które razem tworzą idealnego człowieka. W zachodniej kulturze istnieje presja piękna, ale myślę, że nie jest ona aż tak daleko posunięta (więcej tutaj). Poza tym, u nas istnieją jakieś tam ogólne wytyczne (np. gęste włosy, zdrowa cera, pełne usta), jak wygląda piękna kobieta/przystojny mężczyzna, ale mimo wszystko jest to sprawa bardzo indywidualna. Są tacy, którzy lubią kościste panie, ale są też tacy, którzy wyznają starą ludową zasadę, że „bez piersi i brzucha, to nie dziewucha” (serio, nie wymyśliłam tego! :P). Jedni lubią blondynki, inni brunetki, jeszcze inni szaleją za rudymi. Dla każdego coś miłego!

[a ja np. lubię pana Kanga ^^]

W Korei zaś istnieją pewne, ustalone cechy, które pojmowane są przez ogól jako atrakcyjne. Im więcej dany osobnik posiada w sobie tych cech, tym bardziej jest urodziwy w oczach swoich ziomków. W związku z tym nie powinny już tak bardzo dziwić zatrważające statystki wykonanych operacji plastycznych w tym kraju. No bo skoro, by stać się pięknym, wystarczy tylko poprawić kilka elementów, wysiłek wart jest zachodu!

Czym zatem powinien charakteryzować się piękny mieszkaniec Azji? (co ciekawe, w przypadku Korei cechy te odnoszą się nie tylko do kobiet, ale też do mężczyzn! Więcej o męskim dbaniu o siebie: tutaj)

Jasna cera

 [Park Bom z 2NE1
trochę do siebie niepodobna, ale na pewno biała]

Hordy skwierczących na europejskich plażach, niegdyś białych ciałek są dla Azjatów wszelkiej maści (od Hindusów, poprzez Tajów, aż po Japończyków) niczym sceny z horrorów. Tak jak my kochamy słoneczko i z radością wystawiamy swoje buzie na działanie wiosennych promyków, tak dla Azjaty to wróg z sortu tych najgorszych. Nigdy nie zapomnę widoku wietnamskich ulic, gdzie w 40-stopniowym upale, z wilgotnością powietrza przekraczającą 110%, przechadzały się zgrabne panie w skafandrach iście kosmicznych: długie spodnie, kolorowa kurteczka, rękawiczki, maska na twarzy, kapelusz z rondem i okulary przeciwsłoneczne. I bez takich widoków normalny człowiek rozpływa się w tym upale i nawet nie chcę myśleć, jak czułabym się w takim stroju!


Ale dla ochrony przed słońcem nie ma takiej rzeczy, do której nie posunąłby się Azjata! Parasolki i kremy z wybielaczami i filtrami (które moje koreańskie koleżanki aplikowały na twarze nawet w Polsce przy 20-sto stopniowym mrozie i śnieżnej zawiei) to chleb powszedni. Koreańskie ajumy (i ponoć Chinki również) noszą czasem hełmy nieco podobne do tych, które mieli chłopaki z Big Bang w „Fantastic Baby”, wszystko w trosce o to, by pozostać białym jak ta śnieżynka.


[Ajuma vs. G-Dragon. I kto jest bardziej stajlisz? :>]

Duże oczy z podwójną powieką

 [Kang Dong Won godnie prezentuje, czym jest podwójna powieka]

Była już o tym mowa (tutaj), ale dla przypomnienia: podwójna powieka to marzenie nie tylko każdego Koreańczyka, ale niemal każdego mieszkańca skośnookiej Azji. Japończycy mają nawet na nią swoją nazwę (czy na coś nie mają?): futae mabuta. Jest to najczęściej wykonywany zabieg plastyczny w Azji, często robiony od razu z operacją powiększenia oka. Nacina się wtedy zewnętrzny kącik oka, by je bardziej „otworzyć” i sprawić, by wyglądało na większe. Sama myśl o podobnych przyjemnościach sprawia, że gałki oczne niemal same mi z wrażenia wypływają, ale czego się nie robi, by być pięknym…

[jak można mieć coś przeciwko takim cudnym oczętom?! @_@
Yoon Si Yoon i jego boskie pojedyncze powieki]

Jeśli jednak nie ma się na zbyciu 1,2 tysiączka dolarów (cena stąd), żeby sobie machnąć podwójną powiekę, można zawsze uciec się do metod dla ubogich. Azjatycki rynek wyspecjalizował się w specjalnych taśmach i klejach, którymi podkleja się górną powiekę, by uzyskać upragnione futae mabuta. Miałam okazję wypróbować ten specyfik i muszę przyznać, że wrażenie jest dziwaczne. Jakby coś utknęło pomiędzy mózgiem a gałką oczną i nie pozwalało zamknąć do końca oka. Zdecydowanie nie jest to doznanie, które chciałabym kiedykolwiek powtarzać!

Tu mała wizualizacja:

 
Ale to jeszcze nie koniec znęcania się na oczyma! By wydawały się większe, oprócz kleju tudzież operacji, koniecznie trzeba zainwestować w tak zwane circle lenses, czyli szkła kontaktowe powiększające tęczówkę oka. Niektóre naprawdę są ogromne i aż ciężko mi sobie wyobrazić, jak można je zaaplikować na oko. Choć, jeśli mam być szczera, jest to akurat jeden z obiektów, które mieszczą się w sferze moich fantazji o ich posiadaniu… Ekhm… Ostrzegałam już chyba kiedyś, czym grozi nadmierna fascynacja Azją (tutaj)!

Dla zainteresowanych skośnookimi oczyma, więcej na blogu Skośnoocy Flower Boys
I o circle lenses na Azjatyckim Cukrze.

Prosty, wąski i „wystający” nosek, w zagranicznym stylu

[Lee Min Ho i jego słynny nos]

Wiele Azjatów ma kompleks na punkcie swoich nosów, które wg nich są płaskie, jakby się zderzyli w dzieciństwie ze ścianą. Fakt, że w porównaniu do naszych nochali, ich są w większości niewielkie i zgrabne, ale w życiu bym nie powiedziała, żeby nasze były w jakikolwiek sposób lepsze! Głównie chodzi im o to, żeby chrzęść była bardziej wystająca, tworząc wyraźny grzbiet. I znów, jeśli nie ma się kasy, by sprawić sobie takie „cudo” spod noża, znajdzie się terapia zastępcza! Na rynku są specjalne przybory do masażu, które niby to mają wydłużyć i uwydatnić azjatycki nosek, albo klipsy do noszenia po domu (mam nadzieję, że tylko po domu :>), by nos nie był taki szeroki. Pomijając skuteczność podobnych innowacji, czasem zastanawiam się, kto wpada na te wszystkie urodowe pomysły… Doprawdy… -__-`


Mała buzia i V-line

O literkach w ludzkim ciele było już sporo mowy (tutaj), warto jednak podkreślić, że tak zwana V-line jest absolutnym obiektem pożądania płci obojga. Myślę, że ten trend jest akurat najbardziej koreański spośród wszystkich na razie wymienionych. Nie zauważyłam w reklamach innych azjatyckich krajów, by tak eksploatowano tę cechę. A o co ten hałas?

[Ga In z Brown Eyed Girls]

V-line to oznaczenie kształtu twarzy, który u nas określilibyśmy mianem trójkąta. Dolna część buzi powinna być szczupła i tworzyć z brodą linię V. Z moich obserwacji wynika, iż Hyun Bin może się takową pochwalić i np. Ga In z Brown Eyed Girls. Generalnie jeśli chodzi o twarz, powinna być ona drobna i w żadnym wypadku nie posiadać pulchnych pulikasków (tylko co to za przyjemność, jak nie ma za co złapać i wytarmosić?). Żeby było śmieszniej, większość Koreańczyków posiada kompleks na tym tle i sądzi, że ich policzki są zbyt wydatne, albo kości policzkowe zbyt szerokie i zasłaniają je na zdjęciach wszystkim doskonale znanym gestem „V”. Albo przykładając piąstkę do policzka, albo układając dłonie w kształt linii V na wysokości brody, albo ustawiają się zawsze tak, by było widać tylko połowę twarzy (więcej o zdjęciowych trickach: tutaj). Jednym z większych komplementów, jakie możemy zatem usłyszeć z koreańskich ust jest posiadanie „małej buzi”.

[Hyun Bin]

Wracając do otwierającej post Yoony, w ankiecie przeprowadzonej w 2010 roku przepytano niemal 300 nastolatków i aż 67% z nich powiedziało, że chciałoby mieć taką buźkę jak ona. Jak to ładnie ujęto w artykule: „Linia jej twarzy wyraża jej przyjazny i niewinny wizerunek”.

Generalnie wydaje się, że Yoon Ah ma na swojej buźce wszystko, co trzeba:


Do tego jest szczupła, zwiewna i bardzo delikatna. Ubiera się dziewczęco, uśmiecha uroczo i śmieje zakrywając wstydliwie ustka. Czegóż chcieć więcej? Do kopiowania przystąp!

A chirurdzy plastyczni zacierają ręce…

Więcej na temat:
Społeczne fenomeny

Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...