Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ha Ji Won. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ha Ji Won. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2012

Przepis na dramę doskonałą

Mając na koncie obejrzanych choćby kilka dram, od razu można zauważyć pewne elementy, które pojawiają się niemal w każdym serialu, krążąc jak motyw sokoła w klasycznych nowelach. Mając na koncie tych dram kilkanaście, można już wysnuć pewne teorie, jakie wątki powinien zawierać serial, by stać się popularnym. Ja z kolei, obejrzawszy już dwadzieścia-kilka tytułów, postanowiłam się pokusić o skompilowanie gotowej recepty na dramę idealną!


1. Bohaterowie:
  • ona: aegyo-kopciuszek
    Jakkolwiek głęboko nasza bohaterka starałaby się to ukryć – w głębi duszy jest uroczą, delikatną istotą o gołębim sercu. Może i łazi ubrana jak facet i przetrzepuje paszcze okolicznym łobuzom, ale i tak posiada kilka ujmujących cech, którym nie sposób się oprzeć.
    Podobno urody jest przeciętnej, ale albo ja mam coś nie tegest z gustem, albo telewizja wypięknia, ale niemal zawsze aktorki odgrywające główne role są prześliczne i nawet w workowatych, obszarpanych ciuchach wyglądają zjawiskowo.

    [Ha Ji Won w dramie Secret Garden]

    No i jak na Kopciuszka przystało – ma większe lub mniejsze kłopoty finansowe, które zmuszają ją do podjęcia oryginalnych rozwiązań.
    No i najważniejsze, ich doświadczenie w związkach niemal w 90% przypadków równa się zeru. Tak było choćby w: Mary stayed out all night, Hong Gil Dong, Secret Garden, Capital Scandal, You’re beautiful, Coffee Prince, 1% of Anything, Coffee House, Bad Guy, Boys Over Flowers, City Hunter, Goong i w wielu innych.Ewentualnie główna panienka zakończyła właśnie w burzliwy sposób swój pierwszy romans i w niedługim czasie zostanie pocieszona przez innego przystojnego pana, jak choćby w: Flower Boy Ramyun Shop, Personal Taste czy The Exhibition of Fireworks.
  • on: opcja 1: lodowy książę
    Zimny on jak lód, a spojrzenie jego pięknych oczu mrozi bardziej niż obecna pogoda. Jest wyniosły, opanowany i pewny siebie. Zwykle bawi się kobietami, niewoląc je swoją urodą, a potem porzucając bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Ewentualnie lodowy książę może być ponad takimi przyziemnymi sprawami, jak kobiety. Aż do chwili, gdy jego drogę przetnie nasz niepozorny aegyo-kopciuszek. Przykłady? A proszę bardzo: Secret garden, Bad Guy, City Hunter, You’re beautiful, Goong, Magic, Coffee House, Mary stayed out all night itp.

    [Lee Min Ho w City Hunter]

    opcja 2: namiętny narwaniec
    Nie ważne ile ma lat, wciąż zachowuje się jak rozpieszczony dzieciak. Wrzeszczy i tupie, gdy coś idzie nie po jego myśli i lepiej nie wchodzić mu w drogę, gdy ma zły nastrój. Zwykle pomiata ludźmi i przekonany jest o swojej wspaniałości. Nim uświadomi sobie, że zakochał się po uszy w zupełnie nie pasującym do niego aegyo-kopciuszku, nie raz omal nie trafi go atak apopleksji podczas spotkań z lubą. Dziewczyna za każdym razem wytknie mu błędy, wyśmieje słabości a podczas wybuchu furii, będzie krzyczeć głośniej niż on. Któż był taki nerwowy? … Lee Jae-In (Kang Dong Won) z 1% of Anything, Cha Chi-Soo (Jung Il-woo) z Flower Boy Ramyun Shop, Cha Ji Heon (Ji Sung) z Protect the Boss, Lee Young-jae (Rain) z Full House no i oczywiście Gu Jun Pyo (Lee Min Ho) z Boys Over Flowers.

    [jeśli chodzi o samochody, to Cha Chi-Soo (Jung Il-woo)
    łatwo się denerwuje... (Flower Boy Ramyun Shop)]


  • Co jest wspólnego dla obu tych typów? Niezmienny i niezaprzeczalny fakt, że główny bohater (jego rywal z resztą też) jest nieprzyzwoicie przystojny/piękny (niby różne są gusta i każdemu podoba się co innego, ale jeśli ktoś lubi skośnookich panów, ciężko będzie mu zaprzeczyć). Bohaterki zwykłe co prawda twierdzić, że ich późniejszych lover nie był w ich typie, ale to chyba stwierdzenia tylko dla przekory, by choć co nie co spuścić powietrze z rozdmuchanego do granic ego ich partnerów. No bo bez kitu, jak można twierdzić, że Lee Min Ho nie był w czyimś guście?! Jak się coś nie podoba, to oddawać! :P (tak na marginesie mam tu na myśli Park Min Young, odtwórczynię głównej roli żeńskiej w City Hunterze, która to jeszcze do niedawna była partnerką Min Ho w prawdziwym życiu. Rozstali się niecały miesiąc temu)

    [Lee Min Ho i Park Min Young]

    Inną wspólną cechą jest obrzydliwe bogactwo. Wyłączając oczywiście dramy historyczne, niemal każdy główny bohater dramy jest albo synem jakiegoś koreańskiego potentata, albo synem szefa wielkiej korporacji, albo następcą tronu, albo celebrytą. Zaledwie kilka udałoby się zliczyć seriali osadzonych we współczesnych realiach, gdzie facet borykać by się musiał z kłopotami finansowymi (i ile się nie mylę, z tego co widziałam, to było to tylko Mary stayed out all night i Magic).
    Wszyscy panowie posiadają też organiczną niemoc w zakresie wyrażania uczuć, co nieodmiennie pakuje ich w coraz większe sercowe kłopoty. Bajer, owszem, niektórzy posiadają całkiem niezły, ale gdy przychodzi wyłuścić ukochanej, co naprawdę wobec niej czują, nieporadni są jak dzieci z podstawówki.
    I co ciekawe, większość serialowych panów to straszni pedanci!
  • ten trzeci
    przystojny, bogaty (najczęściej; czasem może i nie był obrzydliwie bogaty, ale na pewno jakoś radzi sobie w życiu), przemiły, przesympatyczny, w przeciwieństwie do swojego rywala, umie się wysłowić w każdej sytuacji, dba o wybrankę swojego serca i generalnie posiada wszystkie kwalifikacje, by stać się partnerem doskonałym. No i też zawsze biedak zostaje na lodzie… Jaki z tego morał? Olać te wszystkie głupie, serialowe baby – ja was pocieszę! :D

    [zdecydowanie mój ulubiony "ten trzeci" - Kim JaeJoong w Protect the Boss]
  • ta trzecia
    Są dwie opcje: albo ta trzecia to przyjaciółka głównej bohaterki, która nieszczęśliwie zakochała się w tym samym facecie, ale stara się zwalczyć to uczucie, czuje się winna i generalnie jest elementem nadającym dramatyzmu i złożoności całej fabuły, albo… i to ma miejsce w 90% przypadków, ta trzecia (nierzadko też niegdysiejsza przyjaciółka aegyo-kopciuszka) to wredny babiszon – piękny jak poranna zorza, szykowny i elegancki, ale pozbawiony morali i bezwzględnie dążący do osiągnięcia swojego celu (czyt. zdobycia głównego bohatera). Na koniec dochodzi jednak do rozumu, wspaniałomyślnie pozwala facetowi odjeść i odnajduje swoją drogę zen.

    [etatowa "ta trzecia", czyli Wang Ji Hye. Taką rolę zagrała w Personal Taste i Protect the Bossi pewnie jeszcze w jakichś innych serialach, których jeszcze nie widziałam]
 
  • rodzina
    No cóż. W koreańskich serialach rodzice głównych bohaterów padają jak muchy i na palcach jednej ręki zliczyć rodziny, w których oboje rodziców nadal żyją. A jak już jakiemuś uda się przetrwać falę zachorowań na raka, katastrof lotniczo-samochodowych, to zwykle tylko snują się po ekranie marudząc i zmuszając swoją pociechę do mariażu, na który ich dziecko zupełnie nie ma ochoty. Specjalistkami w tej materii są zołzowate matki bogatego boya, które szybciej odgryzą sobie publicznie tipsa, niż pozwolą, by ich cenny syneczek umawiał się z jakąś dziewuchą z plebsu.

    [Park Jun Keum jako demoniczna matka Joo Wona w Secret Garden]

2. Jakich scen NIE MOŻE zabraknąć:
  • Scen pod prysznicem. Nasz przystojny bohater (ewentualnie drugi, co do ważności, bohater) bierze dłuuuuugi i ciepły prysznic. Kropelki spływają po jego nagim torsie/plecach, a on dłuuuugo trzyma głowę pod strumieniem wody i myśli o czymś z poważną miną. Jakoś się nie dziwię, dlaczego tak często można oglądać taką scenę. Kochani scenarzyści – byle tak dalej! :D

    [najgorętsza prysznicowa scena ostatnich lat.
    Znów Lee Min Ho. Jakoś dużo go dzisiaj, w tym wpisie (City Hunter)]
 
  • Wall-kiss czyli ścianocałunek. Niestety – wybuchy spontanicznej namiętności to nie jest domena azjatyckich produkcji (przynajmniej serialowych). Ileż to razy człowiek ogląda sobie dramę, czeka i czeka na połączenie kochanków, odcinki lecą, kolejne godziny odchodzą w niebyt, aż tu wreszcie, jest! On pochyla się nad nią powolutku, ona zamyka oczy i wreszcie ich usta łączą się w… Eeee… Czy aby na pewno łączą? Owszem, usta są. Ale w większości seriali upragniony pierwszy pocałunek ma w sobie mniej więcej tyle namiętności, co przytknięcie do siebie dwóch kartek papieru. Praktyka wygląda tak, że nasz bohater dociska swoje usta do ust wybranki na bezdechu, za punkt honoru przyjmując sobie, by nie drgnął mu przy tym ani jeden mięsień na twarzy. Wytrzymuje tak chwilę, po czym odsuwa się. I już, drodzy państwo. Dziewczęta mdleją, faceci szaleją, starsi ludzie kręcą głowami nad bezeceństwami, które pokazuje się teraz w telewizji. No cóż…

    [książkowy wall-kiss w wykonaniu Lee Min Ho (ja nie wiem, czemu on się dziś tak często przewija, w koreańskich serialach grają naprawdę też inni faceci!) i Koo Hye Sun w Boys Over Flowers]

    W świecie seriali, gdzie seks w większości nie istnieje, pocałunek nie może być zbyt zmysłowy, by nie implikować ciągu dalszego. Do tego zwykło się wysnuwać różne fantastyczne teorie, jeśli odgrywającym główne role bohaterom pocałunek wyjdzie jakoś podejrzanie realistycznie. Zdarzają się jednak chlubne wyjątki: Gong Yoo w Coffee Prince się nie obijał na planie (w tym serialu, tak na marginesie, sugestia łóżkowa była bardziej niż czytelna! @_@), tak samo jak Lee Jun Ki w Time of Dog and Wolf i Joo Ji Hoon w Goong.
  • Odkręcona woda w kranie (zwłaszcza w publicznej toalecie) w jakiś szczególny sposób wpływa na przebieg procesów myślowych – a już szczególnie tych smutnych i melancholijnych, związanych najczęściej z nieszczęśliwą miłością. Czy jest choć jedna drama w której nie ma sceny, gdy któryś z bohaterów nie patrzy nieobecnym wzrokiem w lustro, a woda z kranu siura strumieniem? Czy tylko ja wrzeszczę wtedy do monitora, by gościu/dziewczyna poszanował/a przyrodę i zakręcił/a wreszcie ten kurek?
  • Ciągnięcie głównej bohaterki przez któregoś z głównych panów. Tego jestem w 100% pewna. Nie ma, ale to naprawdę nie ma serialu, w której główny bohater nie wyciągnąłby skądś swojej lubej/przyszłej lubej, łapiąc ją za nadgarstek i wlekąc za sobą, nie bacząc na jej sprzeciwy. Zwykle powodowane jest to zazdrością, gdy przyłapał kobietę na spotkaniu z innym panem. Jest to w jakiś sposób męskie i ekscytujące, ale jakoś tak trąca dla mnie neandertalską jaskinią… Czy wychodzi na to, że Koreanki lubią, gdy się nimi tak pomiata?

    Pogrubienie[Ha Ji Won i Hyun Bin w Secret Garden]
 
  • Branie „na barana” (tak zwany piggyback ride), czy właściwie noszenie na plecach głównej bohaterki przez jej przyszłego ukochanego. Podobna scena motywowana jest zazwyczaj jednym z dwóch przypadków: panienka przeholuje z alkoholem i nie jest w stanie przemieszczać się o własnych siłach lub (nieco rzadziej) wywróci się/stąpnie nieostrożnie/czort wie co jeszcze i nadweręży sobie nogę i nasz bohater rycersko postanawia zanieść ją do domu/szpitala. Gdy ten akt pierwszych cielesnych kontaktów się dokonuje, zazwyczaj oboje jeszcze nie wiedzą, że w niedługim czasie zapragną być sobie jeszcze bardziej bliscy. Żadna szanująca się drama nie może pominąć takiej sceny w swoim scenariuszu! Poniżej tylko skromna próbka:

    [Biedny Jang Geun Suk. Mimo wagi zbliżonej do noszonej przez niego dziewczyny, poradził sobie dzielnie. Jak mężczyzna! :D (kadr z Mary stayed out all night)]

    [no ba, Min Ho miało by zabraknąć? Chłopak gorszy nie jest i niósł swoją współlokatorkę jak prawdziwy facet! :D (Personal Taste)]

    [tym razem Min Ho się zagapił i jego lubą sprzątnął mu sprzed nosa kumpel - Kim Hyun Joong (Boys over Flowers)]

    [kto powiedział, że tylko faceci mogą nosić na plecach swoje kobiety? Yoon Eun Hye radzi sobie nie gorzej z noszeniem zapijaczonych worów (Gong Yoo) w Coffee Prince]

    [no i wszystko jest, jak być powinno. Ta sama para, ten sam serial]

3. A jakich scen próżno wyczekiwać:
  • Nagości (w zakresie większym, niż kawałek pleców/torsu, ewentualnie kobiecego brzucha)
  • Seksu (czasem pojawiają się zawoalowane aluzje, ale w większości temat po prostu nie istnieje)
  • Rozbudowanych scen przemocy. W dramach sensacyjnych, rzecz jasna, leją się po pyskach i strzelają do siebie jak do kaczek, ale daleko tym scenom do (hiper)naturalizmu i brutalności amerykańskich produkcji.
  • Poważnego potraktowania tematu homoseksualizmu. Tu i tam pojawiają się aluzje, błędne interpretacje fatów, ale nigdy główny bohater nie był gejem czy lesbijką.

4. Oraz kilka zaskakujących faktów:
  • Co z tego, że w Seulu mieszka ponad 10 milionów osób? Wszyscy przecież wiedzą, że to tak naprawdę trochę większa wioska. Zgubiłeś kogoś? Po prostu wsiądź za kółko i zrób kilka rundek po okolicy. Poszukiwana przez ciebie osoba na pewno siedzi gdzieś nieopodal, zajadając ramen instant przed którymś z osiedlowych sklepów. W związku z tym, nie ma się co łudzić, że uda nam się ukryć romans na boku. Choćby nawet ktoś przytulił cię w afekcie w odludnej, ciemnej uliczce na obrzeżach miasta, akurat twój chłopak będzie przechadzał się tamtędy, w poszukiwaniu zaginionego ogryzka sprzed pięciu lat. Albo coś koło tego.

    [Ach, jaki ten Seul mały... (Flower Boy Ramyun Shop)]
 
  • Kto by tam pukał, czy używał takich reliktów przeszłości, jak dzwonek do drzwi? I co z tego, że to mieszkanie gościa, którego szczerze niecierpisz i słusznie przypuszczasz, że ma ochotę na twoją dziewczynę. Skoro się do niego wybierasz, masz pełne prawo wparadować w buciorach prosto do jego sypialni. Tylko po to, by zastać tam twoją dziewczynę w jego objęciach (po tym, jak któreś z przyłapanych na gorącym uczynku, potknęło się/zachwiało/nagle zasłabło i niechcący przewróciło na drugiego). I oczywiście wybiegniesz stamtąd, nie chcąc nawet słuchać niczyich wyjaśnień. I masz pretensje do całego świata.
  • Każdy deszcz jest śmiercionośny. Jeśli złapała cię ulewa, a ty nie masz parasola – już po tobie. Możesz być pewien, że nie doczekasz wieczora, a będziesz mdlał z wycieńczenia chorobą.

    [już po niej (Mary stayed out all night)]
 
  • Nieważne, jak bardzo wypiękniony, niecierpiący wymiętych ciuchów i wypachniony jest główny bohater. Jak trzeba, przywali rywalowi/złoczyńcy w zęby jak szef gangu z dwudziestoletnim stażem (bywają pocieszne wyjątki, kiedy panowie nie do końca wiedzą, jak się używa pięści – starcie kogucików w Protect the Boss warto zobaczyć! :D)

Jaka jest zatem moja konkluzja? Najśmieszniejsze jest to, że pomimo wszystkich tych przewidywalnych i naiwnych konceptów, nieustająco uwielbiam koreańskie dramy. Co więcej, wciąż zdarza mi się siedzieć niemal do świtu, podtrzymując palcami powieki, powtarzając sobie, że to już naprawdę ostatni odcinek na dzisiaj. Cóż zatem każe mi zarywać kolejną noc, byle tylko dowiedzieć się, co było dalej?
Pomińmy takie oczywistości jak przystojni skośnoocy i kobiece zamiłowanie do romantycznych opowieści. Azjatyckie seriale lubię szczególnie za to, że mają ograniczoną ilość docinków. 16, 20 czy 24 i koniec. Sporadycznie pojawiają się kontynuacje serii, ale jeśli już do tego dojdzie, to po drugim sezonie na pewno nastąpi definitywny koniec dramy. Taka ilość epizodów pozwala serialowi być naprawdę ciekawym i wciągającym, bo zawiera w sobie jeden koncept, myśl przewodnią, która zostaje zrealizowana w z góry określonej ilości czasu i już. Żadnego wymyślania na siłę, kombinowania scenarzystów, jak by tu jeszcze skomplikować bohaterom życie, by dotrwać jakoś do tysięcznego odcinka. Seriale nie tracą więc na świeżości i ogląda się je jednym tchem. Niestety…

[zdecydowanie jeden z moich naj najulubieńszych seriali!]

No i ta pewna niewinność dram. Może i wspomniane wcześniej wall-kissy nie są spełnieniem moich marzeń i chciałoby się zobaczyć nieco bardziej realistyczne wybuchy uczuć, ale… Całkiem przyjemnie popatrzeć sobie na romantyczne sceny, bez wykładania od razu kawy na ławę. Naprawdę nie potrzeba mi oglądać ujęć z kamery zainstalowanej na penisie, by domyślić się finału kolacji przy świecach. Niedopowiedzenie i domysł są dużo bardziej ekscytujące.
Sumując – ku mojej rozpaczy – oglądanie dram cały czas mi się nie nudzi i pewnie długo jeszcze tak będzie. A Wam?

Więcej na temat:
Film/Telewizja

sobota, 21 stycznia 2012

Kang Dong Won i jego dokonania - filmy (2004 - 2005)

Kang Dong Won jak na razie ma na sumieniu 10 filmów (a to tylko dlatego, że go do woja zabrali w zeszłym roku, zbóje!), z czego najnowszy niestety nie jest jeszcze dostępny w sieci. Jak nie trudno policzyć, do przeanalizowania mamy zatem aż 9 filmów, co stanowi pewne wyzwanie dla moich grafomańskich zapędów. Postaram się streszczać, aczkolwiek nie daję żadnych gwarancji :P


Too Beautiful to Lie (2004)
[Zbyt piękna, by (mogła) kłamać]

Któregoś, pięknego dnia w małym, prowincjonalnym miasteczku zjawia się piękna dziewczyna – Ju Young-ju (Kim Ha Neul) z pierścionkiem z brylantem na ręku, poszukując aptekarza Choi Hee-chula (Kang Dong Won). Cóż ją sprowadza? Dziewczyna nie chce powiedzieć nic konkretnego, ale rodzina i znajomi Hee-chula szybko łączą fakty: pierścionek, który Young-ju usiłuje zwrócić, należał niegdyś do matki aptekarza, a gdy rodzina nagabuje ją o powody swojej decyzji, dziewczyna mdleje. Po odwiezieniu jej do lokalnego szpitala i przyuważeniu, jak wychodzi z gabinetu ginekologicznego, nie było już żadnych wątpliwości – Hee-chul nie dość, że zmalował pannie dziecko, to jeszcze się jej wyparł i usiłuje wymigać się od problemu!

Biedny Hee-chul nieco zdziwi się powitaniem, jakie zgotuje mu jego własna rodzina, gdy wróci do domu… Zwłaszcza, że straszna z niego poczciwina i już na pierwszy rzut oka widać, że nie byłby zdolny do takich niecnych czynów. No, ale czy te niewinne, dziewczęce oczy mogą kłamać?

Jak nie trudno się domyślić, „Too beautiful to lie” to szalona komedia pomyłek, gdzie niedomówienia i zbyt szybkie wyciąganie wniosków połączone z wątkiem kryminalnym prowadzą do tego, że szanowany i powszechnie lubiany aptekarz nagle przeistacza się w kipiącego testosteronem brutala. Przynajmniej w oczach swoich bliskich… Jak to się wszystko zakończy? Wiadomo, że dobrze, ale naprawdę przyjemnie sobie pooglądać, jak Hee-chul wyplątuje się z matni kłamstewek i niedomówień. To pierwsza i ostatnia (póki co) rola Kang Dong Wona w komedii romantycznej, w której wszystko jest łatwe, miłe i przyjemne i gdzie odgrywa rolę zwykłego, zakompleksionego chłopaka z sąsiedztwa. Na pewno jest to dobra propozycja na takie jak dziś, paskudne szare i styczniowe dni.

Temptation of Wolves (2004)
[Pokusa wilków]


Na temat tego filmu w Internecie można przeczytać miażdżące recenzje. I kiedy to piszę, mam naprawdę na myśli miażdżące. Rozwałkowujące, przyklepujące łopatą i dla pewności poprawione jeszcze walcem. I choć zwykle daleka jestem do lekkiego formułowania podobnych opinii, bo łatwo jest siedzieć z boku i na wszystko kręcić nosem, to tutaj muszę co nie co racji przyznać.
Nie żeby film był totalnie do niczego! Mamy młodego Kang Dong Wona. Mamy młodego Kang Dong Wona, który wygląda bosko w poczochranej czuprynie i w znoszonych tenisówkach. Mamy młodego Kang Dong Wona, który trzaska po pyskach wszystko, co się rusza, uśmiechając się przy tym w owy cudownie łobuzerski sposób. Mamy młodego Kang Dong Wona, który bawi się z przesłodkim rudym kociaczkiem (trudno ocenić, które stworzenie jest bardziej urocze). Mamy nawet młodego Kang Dong Wona śpiewającego w barze karaoke. Jakby jeszcze tego było mało, mamy młodego Kang Dong Wona biegającego po deszczu.


Tyle pozytywów. Teraz zajmijmy się resztą.

Trzeba rzec, że autorzy scenariusza za dużo naczytali się ckliwych mang shojo z nienajwyższej półki. Mamy brzydkie kaczątko (i w tym przypadku faktycznie jest to prawda, Lee Cheong-ah za lat młodzieńczych urodą nie grzeszyła – wyrobiła się z wiekiem, tudzież skalpel ją wyrobił?), mamy dwóch pięknych chłopców, skaczących nad nią i oklepujących sobie wzajemnie paszcze z tego powodu, mamy bójki, niespełnione pierwsze miłości, wojnę gangów, zazdrosne i knujące po kątach dziewczęta, zagubionego brata z nieprawego łoża, śmiertelną chorobę, pojednanie rodzin, kazirodczy wątek, łzy wzruszenia… Czego scenarzyści nie zdołali upchnąć w to skromne 113 minut! No i tu właśnie leży pies pogrzebany, że z filmu zrobiła się jakaś kiczowata mieszanka nie pasujących do siebie elementów i daleko doszukiwać się logiki w miłosnych wyborach bohaterów. Miałam się nie rozpisywać, ale naprawdę nie mogę przemilczeć pewnych kwestii.

Zacznijmy od najbardziej irytującego elementu – głównej bohaterki. Han-kyung jest przeciętną nastolatką, która po śmierci swojego ojca przyjechała z prowincji do wielkiego miasta, by zamieszkać ze swoją matką. Rodzice byli rozwiedzeni a jej matka zdążyła ponownie wyjść za mąż i ma nawet dziecko z tego związku. Zagubiona Han-kyung trafia do wielkiej szkoły, gdzie toczy się regularna wojna między dwoma szkolnymi gangami, na czele których stoją dwa największe szkolne ciacha – Jung Tae-sung (Kang Dong Won) i Ban Hae-won (Jo Han Sun). Jak to się stało, iż oboje na zabój zakochali się w naszym brzydkim kaczątku? Hmm… Obejrzałam początek filmu jeszcze raz, w nadziei, że za pierwszym razem coś mi umknęło, ale niestety… Związek przyczynowo-skutkowy w tym względzie pozostaje dla mnie zaskakująco… nieobecny. Po prostu, Han-kyung zjawia się w mieście i buch! Wszystkie największe przystojniaki jak na akord zaczynają za nią szaleć. A czemu ona w końcu ulega gwałtownemu Ban Hae-wonowi, który pomiata nią jak ścierką? Najwyraźniej dziewczyny lubią jak się im mówi, co mają robić i ciąga ze sobą, nie zważając na sprzeciwy. Choć spójrzmy prawdzie w oczy – jej sprzeciwy są tak śmiesznie nieporadne, że ciężko powiedzieć, by faktycznie miała coś przeciw ciąganiu ją to w tę, to w tamtą.

[o jejku, jejku! I co ja mam, biedna, zrobić?]

Główna bohaterka zapewne celowo miała być przeciętna, by każda dorastająca koreańska nastolatka mogła się z nią utożsamiać, ale jej przeciętność została posunięta aż do bólu, zamieniając ją w wyblakłą postać bez charakteru. Jej największym dokonaniem przez cały film jest stanięcie w obronie Jung Tae-sunga, którego tłum usiłował zmasakrować (zrobiła to chyba tylko przez przypadek, nie bardzo wiedząc, co czyni), bo jej główne umiejętności sprowadzają się do żałosnego chlipania co chwilę, jąkania się i posyłania głupkowatych uśmiechów.

Kang Dong Won też nie miał zbytniej możliwości wspięcia się na aktorskie wyżyny, ale przy takim filmie i tak odwalił kawał dobrej roboty. Nie oszukujmy się, gdyby nie jego osoba, ciężko by było obejrzeć dzieło do końca. Wygląda bosko, uśmiecha się jak zawsze przeuroczo, a sceny z koteczkiem wydarły mi z piersi błogie westchnienia. No i tym pozytywnym akcentem zakończmy omawianie owego filmu.

[tylko, co on wyrabia z tym biednym koteczkiem?]

The Duelist (2005)
[Pojedynek]

Ktokolwiek doradził Kang Dong Wonowi wzięcie udziału w tym przedsięwzięciu, odwalił kawał dobrej roboty! Tym filmem kończy się era głupkowatych romansideł z udziałem KDW a rozpoczyna się piękny okres dobrych filmów.

The Duelist na pewno się do dobrych filmów zalicza i warto go obejrzeć nie tylko ze względu na wiadomo kogo. Fabuła jest dość prosta. Któregoś dnia w obiegu pojawia się duża liczba podrabianych pieniędzy. Podróbki są na tyle dobre, że laikowi ciężko rozróżnić kopię od oryginału, co skutkuje galopującą inflacją i problemami gospodarczymi. Miejscowi stróże prawa usiłują rozwikłać tę sprawę, ale jedynym tropem jest tajemnicza postać nieuchwytnego wojownika. W samym sercu wydarzeń znajdzie się para ekscentrycznych detektywów: chłopczyca Namsoon (Ha Ji-won), o charakterze bardziej wybuchowym niż mina przeciwpiechotna oraz podstarzały policjant – detektyw Ahn (Ahn Sung-ki), który traktuje dziewczynę jak swoją córkę. Po tym, jak Namsoon i Ahn staną się świadkami brawurowej ucieczki zamaskowanego wojownika, który ma przy sobie wory fałszywych monet oraz wzorniki do ich odlewania, osobiście zaangażują się w poszukiwania przestępcy. Problem jednak w tym, że im dłużej będzie postępować śledztwo, bym bardziej oczywiste stanie się rodzące się uczucie pomiędzy porywczą funkcjonariuszką a podejrzanym, o którym wiadomo tylko tyle, że ma „smutne oczy” (Kang Dong Won).

Jeśli zaś chodzi o gatunek, do jakiego należałoby film zakwalifikować, tu sprawa nie jest taka oczywista. Z jednej strony jest to film akcji, osadzony w realiach dawnej Korei, z drugiej kryminał, gdzie w mroczne sprawki uwikłani są najwyżsi urzędnicy i nie wszystkie motywy są do końca jasne, z trzeciej zaś… wszystko wydaje się być opowieścią wyjętą wprost z repertuaru ulicznych koreańskich teatrów. Nie raz ma się wrażenie, jakby oglądało się wizualizację epickiej opowieści jakiegoś barda, gdzie walki zawsze są widowiskowe, a uczucia gorące.

Nie da się ukryć, że film dopracowany jest w najmniejszych detalach. Tła dopasowane są do najdrobniejszego listka do charakteru i nastroju odgrywanych scen, feeria barw i faktur scenografii sprawia, że film ogląda się jak ruchome dzieło sztuki. Kolorowe płótna powiewają na długich linach, gdy Smutne Oczy ukrywa się z mieczem w ręku przed panią detektyw. Lekko surrealistyczne, różnobarwne, szklane bańki, które niewiadomo dlaczego noszone są w siatkach na plecach niemal każdego przechodnia, migają nam przed oczyma, gdy Namsoon obserwuje podejrzanego. Nawet śnieg nie pada tu bez powodu. Ujęcia również są niebanalne i tworzą nieco odrealniony, ale na pewno piękny świat.

Kluczowymi dla filmu są długie sekwencje walk, a właściwie tańcy z mieczem, w wykonaniu Namosoon i Smutnych Oczu. To właśnie w owych starciach wyraża i pogłębia się ich uczucie, a wraz ze zwarciem broni, w powietrze wzlatuje coś więcej, niż tylko skry z metalu. Zdecydowanie były to najbardziej namiętne i wciągające sceny walk, jakie przyszło mi kiedykolwiek oglądać.


Cykl KDW i jego dokonania:
  • 1% of Anything
  • Magic
- filmy (2004 – 2005)
  • Too beautiful to lie
  • Temptation of Wolves
  • The Duelist
- filmy (2006 – 2007)
  • Our Happy Time/Maundy Thursday
  • Voice of Murderer
  • M
- filmy (2009 – 2010)
  • Jeon Woo Chi
  • Secret Reunion
  • Psychic
  • Camellia Love for Sale

niedziela, 15 stycznia 2012

Aegyo a czynnik romantyczny

Skoro już mniej więcej wiemy, czym jest aegyo (a jak nie wiemy, to się szybko edukujemy tutaj), możemy zacząć powolny rozkład. To znaczy, rozkład aegyo, jako zjawiska, na czynniki pierwsze. Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie fakt, że aegyo jest kluczem do zrozumienia wielu fenomenów związanych z pop-kulturą Korei, tak jak koncept kawaii tłumaczy niemal wszystko w Japonii. Raz na jakiś czas będę powracać do tegoż, jakże słodziuteńkiego tematu. Niestety, tylko po to, by przekonać się, że właściwie wcale tak słodko i różowo nie jest. Ale nie uprzedzajmy faktów.

[SNSD lub Girls' Generation, jak kto woli]

Co aegyo ma do randkowania? Głupie pytanie. WSZYSTKO! Właśnie o to się rzecz rozbiega, by robiąc urocze minki i skromnie opuszczając wzrok, złapać tego jednego, jedynego. A skoro kobiety robią to w tak masowym natężeniu, wniosek jest prosty – to musi działać! Tyle oczywistości. Teraz warto zastanowić się, dlaczego faceci z uśmiechem na ustach kleją się do słodkich dziewczyn(ek) jak muchy do lepu. Cóż takiego pociągającego jest w dorosłej kobiecie, która z całych sił stara się przekonać świat, iż tak naprawdę wciąż ma 5 lat?


Odpuśćmy sobie na razie trop pedofilski (o tym będzie kiedy indziej). Skupmy się na normalnych, zdrowych facetach, których pociągają fizycznie dojrzałe kobiety, ale jakoś nie mogą oprzeć się urokowi tęsknych, słodkich wołań typu: „oppaaaa~”.

Dziewczyna, która jest aegyo, jest jak dziecko. Lubi kolorowe, urocze rzeczy (dobra, ja też lubię -_-`, ale to jeszcze nie czyni mnie aegyo), wrzeszczy na horrorach, rumieni się po usłyszeniu sprośnego żartu, łapie swojego mężczyznę za rękaw, wlepia w niego oczy zbitego psiaka i cieniutkim, słodkim głosikiem prosi, by gdzieś poszli, coś zrobili, coś jej kupił. Nie przypomina Wam to scenki dziecka z rodzicem? Dziecko ładnie pyta o zgodę, płacze i tupie nogami, gdy nie dostaje tego, co chce, ale tak czy owak, ostateczna decyzja należy do dorosłego – w tym przypadku faceta.

[Jessica z SNSD]

Wiadomo, że nie wszyscy, ale nie oszukujmy się – większość mężczyzn lubi mieć władzę i czuć się panami każdej sytuacji. A z kobietami ostatnio porobiły się jakieś dziwne rzeczy… Już nie siedzą cicho w kuchni, gdzie ich miejsce i nie chcą całego swojego życia poświęcać na dogadzanie mężowi i wychowywanie dzieci. Pracują, kształcą się, wyjeżdżają za granice, mają swoje zdanie i nie raz bezlitośnie wytykają mężczyźnie błąd lub porażkę. Przyzwyczajonym do patriarchalnego modelu rodziny przedstawicielom płci teoretycznie brzydszej grunt nagle zapalił się pod nogami. Ich ojcowie bez problemu dyrygowali matkami, zawsze rano czekało na nich ciepłe śniadanie a świeżo wyprane i wyprasowane ubrania ułożone były w schludną kosteczkę. Dlaczego mieliby nagle z tego wszystkiego rezygnować?

Zamiast użerać się z wyemancypowanymi babami, czyż nie lepiej jest poszukać sobie delikatnej i uroczej partnerki życiowej, której nieskomplikowany, dziecinny umysł pozwoli się w łatwo kształtować? Zamiast zaciekłych pojedynków na argumenty, wpatrzone z nabożną czcią oczęta, spijające słowa z ust, niczym prawdy objawione. Zamiast pustej lodówki i sprzeczek, kto tym razem robi zakupy, pachnący obiadek na stole, z kimbapem podawanym wprost do dzióbka. Zamiast kolejnej bluzki w szafie, kupionej niewiadomo kiedy i z kim za własne pieniądze, przeciągłe jęki i prośby o kupno nowej sukienki… Czyż nie brzmi to kusząco?

[kadr z dramy "Protect the boss"]

Nie da się ukryć, że dramy i przemysł muzyki rozrywkowej dołożyły swoje. Czy możecie wymienić choćby jeden tytuł serialu, w którym główna bohaterka nie byłaby w jakiś sposób aegyo? Niemal zawsze schemat jest ten sam: on – bogaty, zadufany w sobie egoista, pomiatający ludźmi i ciężką pracą, ona – biedna, pracowita, o gołębim sercu. Taka, co to i staruszkę przez ulicę przeprowadzi i przyklei plasterek na kolanko przypadkowo spotkanemu dziecku i choć czasem usiłuje to głęboko ukryć, tak naprawdę w jest przeurocza i przesłodka. W „Secret garden” Gil Ra Im (grana przez Ha Ji Won) niby jest twardą kobietą, która bez mrugnięcia okiem przywali każdemu, kto wpadnie jej pod rękę (w końcu jest kaskaderką), a za każdym razem, gdy dostanie SMS, powtarza za swoim telefonem cieniutkim głosikiem „masz wiadomość”. Nie mówiąc już o tym, co w nią wstępuje, gdy rozmawia ze swoim idolem, Oską…

[Ha Ji Won i Hyun Bin w "Secret Garden"]

Omawiając aegyo i randkowanie nie sposób pominąć temat „matching clothes”. Staram się nie nadużywać angielskich terminów, ale niestety nie jest to łatwe, bo w większości nie mamy odpowiedników danych zjawisk, a tworzone na szybko tłumaczenia brzmią mocno głupkowato. „Matching clothes” znaczy dosłownie „pasujące ubrania” i oznaczają sposób ubierania się par, by ich stroje do siebie pasowały, a najlepiej były swoimi wiernymi kopiami. Przemysł koszulkowy czerpie z tego tytułu niesamowite profity i na wszelkie sposoby stara się podtrzymać tę modę.



Skąd w ogóle wziął się taki pomysł? Rzecz jasna z Japonii. W Azji wschodniej publiczne okazywanie sobie uczuć nie jest kulturowo przyjęte, więc wszelkiej maści obściskiwanie i całowanie się (ba, nawet chodzenie za rękę po ulicach) może wywoływać okrzyki zgorszenia. Młodzi ludzie nie byliby jednak sobą, gdyby nie starali się buntować przeciw skostniałym regułom i coraz częściej można spotkać obejmujące się, czy trzymające za ręce pary. Innym sposobem na oznajmienie światu wzajemnej miłości są właśnie „matching clothes”. Mogą to być po prostu ubrania w tym samym kolorze, ale przeważnie są to owe koszulki z pasującymi do siebie nadrukami. Niektóre są naprawdę kiotta*!

[dowód na to, że w Korei istnieją nie tylko filigranowe piękności!]

[jak mówiłam, pasować do siebie mogą nie tylko koszulki...]


Czy koncept aegyo jest nam aż tak bardzo odległy? Nie sądzę. Chyba każdy na początku związku przechodzi podobną fazę okresowego zdziecinnienia i zachowuje się jak oszalały kilkulatek. Wydaje mi się naturalne, że chcąc okazać swojemu partnerowi miłość i czułość, sami zachowujemy się jak duże dzieci. „Zaopiekuj się mną, bo taka jestem biedna”, „przytul mnie, bo tak się boję”. Czy z ręką na sercu, któraś z nas może powiedzieć, że nie uciekała się kiedyś do podobnych niecnych metod manipulacji? Poza tym miło jest być z kimś, przy kim można czuć się tak bezpiecznie i swobodnie jak za dziecinnych lat. Póki takie zachowanie wypływa z rzeczywistej potrzeby serca i przychodzi naturalnie, nie wydaje mi się, by było to coś złego. Gorzej tylko, jeśli ktoś pozuje w ten sposób, by przypodobać się swojej domniemanej „połówce”. Któregoś dnia będzie musiało się wydać, że słodka wybranka męskiego serca wcale taka urocza i naiwna nie jest. A co się wtedy dzieje? Tego już dramy nie pokazują…



* kiotta – od ang. cute, czyli uroczy, słodki. Przykład sławetnego konglishu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...