Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 listopada 2015

Kulisy k-popu: dzieci w show-biznesie

Praca w szow-biznesie nikogo nie oszczędza. Chroniczne przepracowanie, niedożywienie, niedosypianie i praca od świtu do świtu dnia następnego, to chleb powszedni wielu idoli i aktorów. Czy zatem i dzieci, które raz po raz pojawiają się na naszych ekranach, grając młodsze wersje głównych bohaterów dram, lub występują na scenie, też nie znają miłosierdzia od producentów i menagerów?

[Kim Yoo Bin]

W przeszłości na pewno tak. Jang Geun Suk zaczął swoją karierę aktorską w wieku lat 10-ciu i w jednym z wywiadów przyznał, że nie miał chwili wytchnienia w latach swojego dzieciństwa.

Kiedy patrzę w przeszłość, czuję, że byłem non stop w biegu, bez szansy, by się zatrzymać i rozejrzeć wokoło. W Korei nie ma praw chroniących aktorów dziecięcych, ani żadnych ograniczeń co do czasu ich pracy ani edukacji. Nieletni aktorzy pracują tutaj w zdecydowanie innych warunkach, niż aktorzy dziecięcy w innych krajach. (…)

Nagrywałem ujęcia od rana do poranka dnia następnego i do tego wszystkiego, musiałem jeszcze opuszczać szkołę. Któregoś dnia chciałbym mieć pewność, że zostaną tworzone prawa, które zadbają o przyszłość naszych młodych aktorów. Chciałbym mieć pewność, że będą mieć wolność i czas dla siebie.

[Jang Geun Suk]

Wygląda na to, że apele Jang Geun Suka zostały wreszcie wysłuchane, gdyż pod koniec lipca 2015 roku w Korei weszło w życie prawo chroniące prawa nieletnich pracowników show-biznesu.  

W świetle nowych rozporządzeń, nieletni aktorzy i trainee agencji gwiazd mają zagwarantowane prawo do nauki, odpoczynku i snu. Jedynym wyjątkiem od tej reguły mogą być dalekie podróże, jednak by zabrać dziecko ze szkoły, niezbędna jest zgoda jego prawnych opiekunów.

Dzieci poniżej 15-tego roku życia nie mogą pracować dłużej niż 35h tygodniowo, podczas gdy godziny pracy młodzieży pomiędzy 15 a 18-tym rokiem życia nie mogą przekroczyć 40h tygodniowo. Nielegalne jest też planowanie jakichkolwiek zajęć pomiędzy 22-gą a 6-tą rano. Prawo przewiduje wyjątek od tej reguły, ale tylko za wyraźną zgodą prawnych opiekunów nieletnich gwiazd. Zabronione są też frywolne stroje oraz dwuznaczne ruchy taneczne w choreografiach nieletnich artystów.

[Choi Ji Woo i Kang Ji Woo]

W przypadku łamania owych praw przez agencje gwiazd, czy managerów programów rozrywkowych, zostanie wystosowane upomnienie od Ministerstwa Kultury, a w przypadku braku poprawy, zostanie nałożona grzywna w wysokości 10 tys. dolarów (niecałe 39 tys. polskich złotych). Zmuszanie dzieci do brania udziału w scenach gwałtu lub molestowania seksualnego dla potrzeb filmu może zakończyć się wyrokiem nawet do 5 lat więzienia. Kara do 2 lat więzienia oraz 10 tys. dolarów grzywny czeka na reżyserów, którzy zatrudnią nieletnich do reklam wszelkich produktów, które są szkodliwe dla młodzieży (np. alkohol czy papierosy).

I tak jak nowe prawo brzmi naprawdę dobrze i bez wątpienia było potrzebne, wciąż jest sporo luk i kruczków, które wciąż pozwalają agencjom kontynuować swoje praktyki. Za pozwoleniem rodziców wciąż można przecież nagrywać sceny dram do późnej nocy, albo ćwiczyć choreografię do upadłego. Wszyscy zdają sobie doskonale sprawę z konkurencji, jaka tylko czeka, by ktoś odmówił brania udziału w nocnych scenach. Zawsze znajdzie się ktoś inny na to samo miejsce, więc albo rodzice wypiszą ten papierek, albo mogą zabierać swojego dzieciaka do domu.

[dla niektórych presja jest zbyt duża]

Ta jedna ustawa, chroniąca prawa dzieci pracujących w show-bizesie, nie rozwiązuje właściwie niczego. To zaledwie wierzchołek góry lodowej. Koreański show-biznes jest tak przepełniony i bezwzględny, że naprawdę nie ma jak chronić młodych ludzi przed wykorzystywaniem. Branża rozrosła się do monstrualnych rozmiarów, z niezliczoną ilością agencji i firm produkcyjnych. Zyski z popularnych grup czy seriali są ogromne, więc kuszą coraz to nowych inwestorów, do wejścia na rynek. Każda z agencji opiekuje się przynajmniej kilkoma zespołami i przygotowuje kolejnych kilkunastu (albo i więcej) trainee do dnia debiutu. By odnieść sukces na rynku muzycznym trzeba być wciąż lepszym niż konkurencja, bardziej szokować, bardziej wyróżniać się w tłumie. To z kolei napędza machinę bezwzględnych treningów i oczekiwań od młodych ludzi, by osiągnęli mistrzostwo w jak najkrótszym czasie.

[na planie "Big"]

Stacje telewizyjne obecnie same nie produkują swoich seriali. Zlecają ich produkcję prywatnym firmom. Wybór takiego przedsiębiorstwa w dużej mierze, oczywiście, zależy od kosztów, jakie dana firma produkcyjna przedstawi stacji telewizyjnej. By dostać zlecenie, często zaniża się więc koszty, licząc na dużą popularność dramy i późniejsze zyski. Dlatego właśnie bardzo często scenariusze pisane są w dzień przed emisją kolejnego odcinka, a nagrania trwają po 24h na dobę, by wyrobić się na czas. Tylko w taki sposób można nanieść oczekiwane przez widzów zmiany i mieć pewność, że serial zyska odpowiednią popularność. Więcej o kręceniu koreańskich dram można poczytać tutaj.

Przy takim systemie pracy, by osiągnąć popularność, a tym samym zyski, nie ma innej opcji, ale trzeba popychać swoje gwiazdy do granic wytrzymałości. A że nie każdy wytrzymuje taką presję… No cóż… Każdy biznes musi liczyć się ze stratami, prawda?

[So Jin]

W lutym tego roku tragicznie zginęła Ahn So Jin, trainee DSP Entertainment. Dziewczynę znaleziono nieprzytomną przed budynkiem, w którym mieszkała. Szybko przetransportowano ją do szpitala, ale niestety, nie udało się jej uratować. Policja, po krótkim dochodzeniu, zamknęła sprawę jako przypadek samobójstwa, stwierdzając, że Sojin wyskoczyła z okna swojego mieszkania na 10-tym piętrze.

Co popchnęło 22-letnią dziewczynę do tak desperackiego kroku? Nikt tego dokładnie nie wie, gdyż nie znaleziono listu pożegnalnego. Można się jednak domyślić, że mogła mieć z tym coś wspólnego decyzja DSP Entertainment o nie przedłużaniu kontraktu z dziewczyną po tym, jak nie udało jej się dostać miejsca w zespole KARA. Przez kilka miesięcy Sojin rywalizowała w programie telewizyjnym „Kara Project: Kara the Beginning” o miejsce w sławnej grupie. Dzięki programowi dziewczyna zdobyła całkiem dużą popularność, to jednak nie wystarczyło, by wygrać show. Po latach treningu opiekująca się nią agencja doszła do wniosku, że Sojin nie przyniesie im oczekiwanych zysków i postanowiła się z nią pożegnać, skoro nadarzyła się okazja.

[Lee Jun Ki i Lee Chae Mi]

Można powiedzieć, że takie życie. Że podpisując kontrakt trainee nikt nie gwarantuje debiutu i sukcesów. Trudno jednak oczekiwać od młodych ludzi, którzy pełni nadziei i ambicji przestępują po raz pierwszy bramy wyśnionej agencji, by rozważali dokładnie wszystkie możliwe konsekwencje i niebezpieczeństwa swojej decyzji. Szczególnie, że gdy podpisują swój pierwszy kontrakt, maja po 14-16 lat.

Stając się tranee, traci się swoje dotychczasowe życie. Adepci muszą przeprowadzić się do mieszkania wynajmowanego przez agencję i dzielić swoją przestrzeń z innymi tranee. Codzienny kalejdoskop zajęć i treningów nie pozostawia żadnego czasu na odpoczynek, młodzi ludzie odcięci są od świata zewnętrznego i mają bardzo ograniczony kontakt ze swoimi bliskimi. Codziennie, przez długie godziny treningów wkłada im się do głowy, że są coś warci, tylko jeśli dadzą z siebie wszystko i odniosą sukces w branży. Przez kilka lat takiego prania mózgu, poczucia, że mieszkający z tobą trainee, są twoimi potencjalnymi konkurentami, braku kontaktu z normalnym światem, rodziną i dawnymi przyjaciółmi, nie trudno stracić poczucie, co jest w życiu naprawdę ważne. A stąd już tylko krok do tragedii.

[oby wszystkie małe gwiazdy były takie zadowolone!]

Czy naprawdę, jako fani, chcemy by nasi ulubieńcy musieli przechodzić przez piekło na ziemi, tylko ku naszej uciesze? Czy chęć zysków rozgrzesza nadużycia w agencjach gwiazd? I przede wszystkim, co można zrobić, by zmienić ten stan rzeczy?

Z mojej strony, nie pozostaje nic innego, jak siedzieć i utyskiwać na smutnym losem koreańskich gwiazd. I mieć nadzieję, że nie tylko mnie obchodzi ich los.

Więcej na temat:
Seria o kulisach k-popu: Część I, II, III, IV, V

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

czwartek, 17 września 2015

Za kulisami koreańskiej dramy

Czasem mam wrażenie, że Koreańczycy nie uznają czegoś takiego jak odpoczynek. Czas wolny to zapewne w ich oczach narzędzie Szatana, które trzeba zdusić w zarodku, podpalić, a prochy głęboko zakopać. Całość nie byłoby źle przywalić głazem, żeby przypadkiem coś z ziemi nie wypełzło.

["Rooftop Prince"]

Czy to dzieckow szkole, czy pracownik korporacji, czy gwiazda show-biznesu: żaden z nich nie pracuje dostatecznie ciężko, jeśli nie zaliczył kilku omdleń albo przynajmniej solidnego krwotoku z nosa. Aktorzy występujący w dramach na czas nagrań muszą zapomnieć o takich fanaberiach jak sen, czy czas dla najbliższych. Czy w Korei ktoś w ogóle sypia po nocach?

Problem z koreańskimi dramami polega na tym, że w przeważającej większości nagrywane są bardzo krótko przed emisją. Praca nad serialem zaczyna się zazwyczaj na dwa, trzy miesiące przed planowaną premierą, ale przygotowane „na zapas” odcinki szybko topnieją i zaczyna się wyścig z czasem, gdzie nie rzadko dany epizod nagrywany, edytowany i emitowany jest w telewizji tego samego dnia.

[Park Min Young zapewne sie tak cieszy, bo jest wreszcie w horyzontalnej pozycji!
"Sungkyunkwan Scandal"]

Czemu więc nikt nie zaczyna nagrań dużo wcześniej? Cóż… Koreańska pomysłowość, jak osiągnąć maksimum zysków po najniższych kosztach, nie zna granic. Po co ryzykować, że przemyślany i dopracowany scenariusz, zrealizowany z rozmachem i dbałością o detale nie osiągnie oczekiwanej oglądalności? Lepiej spreparować szkic, do którego można dopisać albo wykreślić kilka epizodów, w zależności jaki jest odbiór dramy przez publiczność. W internecie nie brakuje miejsc, gdzie można się wypowiedzieć i podzielić wrażeniami! Widzom nie podoba się, że główny bohater za bardzo jest bufonowaty? Co za problem wprowadzić dramatyczną przemianę duchową w trakcie następnego odcinka?! Widzowie woleliby, by gieroj wybrał jednak koleżankę głównej bohaterki? No dobra… Nie było jeszcze sceny na baranka? Bum! Czego lud sobie życzy, lud dostanie.

By odpowiadać na zapotrzebowania i sugestie widzów, nagrania nie mogą odbywać się z dużym wyprzedzeniem. Scenarzyści nie śpią po nocach, by wypłodzić coś w miarę sensownego na jutro, bo przecież za dwa dni ten sam odcinek musi ukazać się w telewizji! Aktorzy uwijają się jak mróweczki by jak najszybciej nagrać wszystkie sceny, a edytorzy i montażyści spędzają kolejną bezsenną noc, byle tylko zebrać cały tej bajzel do kupy.

[za kulisami "Secret Garden"]

Przy takim trybie pracy, nie trudno się więc dziwić, że czasem kunszt aktorski niedomaga, a logiczność i prawdopodobieństwo zdarzeń pozostawiają wiele do życzenia. Straszliwa powtarzalność niektórych scen i schematów (kilka przykładów tutaj) też nagle nabiera sensu, bo jest to coś, czego ogół widzów sobie życzy! Koreańczycy w przeważającej większości bardziej cenią sobie zaskakujące zaskoczenie, niż logikę całego przedsięwzięcia, więc są w stanie wybaczyć dużo schizofrenicznych zachowań i zupełnie nieprawdopodobnych zrządzeń losu, byle tylko dostać coś, czego się nie spodziewali. Czasem dochodzi do naprawdę przekomicznych sytuacji, kiedy umierająca na raka osoba, dostaje od losu drugie życie, zupełnie zdrowe chłopiska padają nagle na śmiertelne choroby jak muchy, kochankowie zżerają pierścionki zaręczynowe (więcej tutaj!), a Mihonki miotają się w pościeli, to odpychając, to przyciągając wygłupioną niewiastę. Serio, tyle ile było w dramach skiepszczonych zakończeń, które zupełnie nie trzymały się kupy, wiedzą tylko takie koreańskie maniaki jak my.

[tak, mowa tutaj o „Personal Taste”]

Jakim cudem udaje się znaleźć producentom obsadę do dram? Koreańskie seriale gwiazdami stoją i bez znanych nazwisk trudno w ogóle liczyć na jakikolwiek sukces!

Rzecz jasna w grę wchodzą pieniądze. Ogromne pieniądze! Gaża dwóch głównych aktorów wynosi zazwyczaj 20% (ale może być i połowę!) całości budżetu przewidzianego na wyprodukowanie dramy! Gwiazdy życzą sobie rekompensaty za nieludzkie warunki pracy, co jestem w stanie zrozumieć. Problem polega jednak na tym, że te szalone sumy trzeba skądś wytrzasnąć. A jak najlepiej zorganizować dodatkowe kilkaset tysięcy wonów? Oszczędzając na wszystkim innym, a głównie na wypłatach pomniejszych aktorów i pracowników. Wysokimi wynagrodzeniami zamyka się też usta gwiazdom, bo przecież nie mają prawa narzekać na warunki pracy, skoro zarabiają takie krocie! Nikt jednak nie bierze pod uwagę, że zmęczony aktor, to marny aktor i przy wiecznym niedosypianiu i przepracowaniu, nie trudno o błędy, które w przypadku np. scen akcji, mogą zakończyć się tragicznie.

[na krzesłach też sie oszczędza]

Mniemam, że jak długo nie stanie się coś przerażającego na planie, nikt nie będzie się specjalnie przejmował obecną sytuacją. Chciałoby się, by chociaż Koreańczycy byli mądrzy przed szkodą, ale póki co się na to niestety nie zapowiada.

Wielkie dzięki dla Madzi K., która zasugerowała ten temat! ^^
Jeśli też macie propozycje tematów, które warto poruszyć, walcie śmiało!

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

czwartek, 7 sierpnia 2014

Ściano-jebs! Czyli o podniecającym fenomenie kabe-don

Jak wiadomo nie od dziś, kobieta to bezwolne stworzenie, które lubi, gdy silny samiec ciąga je gdzieś za nadgarstek, tudzież utrzymuje w miejscu przemocą. Która to dziewczyna nie marzy, by jakiś pan pochylił się nad nią, przyszpilając jej ramiona do ściany, lub generalnie o ową ścianę ją rzucił. Eh, fantazje…


To co wygląda emocjonująco na ekranie tudzież na papierze, nie do końca musi być tak fajne w rzeczywistości. Ja bym raczej przyłożyła pierwszemu, który chciałby mnie gdzieś zaciągnąć wbrew mej woli, nie mówiąc już o tym, że nie życzę sobie, by ktoś miotał mną po ścianach. Koreańskie dramy nie mają jednak racji bytu, jeśli nie ukaże się w nich choć kilka scen ciągnięcia głównej bohaterki za rękę przez swojego przyszłego (więcej o stałych punktach programu w dramach tutaj), za to japońskie mangi pełne są fenomenu zwanego kabe-don, czyli sytuacji, gdy silna męska postać uderza dłonią/pięścią w ścianę, by tym samym zatrzymać (najczęściej) zlęknioną niewiastę. Nie dość, że delikwent pokazuje w ten sposób swoją samczą siłę, to jeszcze znajduje się nagle tuż-tuż wybranki swego serca… Emołszyn latają, romans wisi w powietrzu! Termin kabe-don oznacza tyle co „ściano-jebs!” (kabe znaczy ściana a don to po prostu dźwięk uderzania w coś twardego), a więc idealnie obrazuje naturę fenomenu. Każdy, kto trzymał w ręku mangę, lub obejrzał chociaż kilka anime doskonale wie o czym mowa.

 [och, taka jestem zniewolona...]

Japończycy pokochali kabe-don na swój sposób i w internecie można znaleźć radosną twórczość na temat. W Kraju Kwitnącej Wiśni wszystko trzeba skategoryzować i nazwać, więc nawet kabe-don doczekał się podziału na typy:

1: Standardowy kabe-don
2. Co nie co drapieżny kabe-don
3. Miły kabe-don (prawie jakby gościu chciał zrobić tulu tulu)
4. Cykada-don, lub ninja-don, jak kto woli

Portal Rocketnews24 sugeruje, że zapomniano pewnie o ostatecznej wersji kabe-dona:


Są też cosplaye albo live action, jak np. te:



 [znalezione na k\Kanwakyu_dai]

Gdy ściano-jebsuje nas ktoś w typie Joowonka (Joo Won) czy innego Kang Ji Hwana, to pewnie można by wybaczyć gwałtowność aktu i nie jedna by się zarumieniła. Gorzej, jeśli robi to ktoś takiej urody:


Jak bronić się przed niechcianym kabe-donem? Pewien Japończyk występujący na Tweeterze pod pseudonimem Nakashima723 przygotował mały poradnik dla dziewcząt, jak radzić sobie w podobnych sytuacjach! Jego kurs obejmuje cztery stopnie wtajemniczenia. W zależności jak bardzo irytuje nas ściano-jebsujący delikwent, możemy zacząć od delikatnego dania do zrozumienia, że nie podoba nam się zaistniała sytuacja, albo od razu można przejść do akcji, która może skończyć się wielomiesięczną hospitalizacją nieszczęśnika. Tak więc bazując na stopniu naszego zniecierpliwienia, możemy zastosować różne techniki:

Stopień I
Ta prosta acz dotkliwa technika wyraźnie zasygnalizuje kabe-donowi, że ma się odkleić od ściany i tym samym od nas. Należy wystosować szybki „kłujk” usztywnioną dłonią i wbić się paluchami w miejsce zaraz pod pachą natręta. Takie dziabnięcie w żebra na pewno ostudzi jego romantyczne zapały.

Stopień II

Gdy dziabanie w żebra nie pomaga, zależy odwołać się do siły pięści. Celować należy w środek klatki piersiowej, mniej więcej na tym samym poziomie, na którym znajdują się jego łokcie. Ta zapierająca dech w piersiach technika bez wątpienia odsunie nieszczęśnika od nas na kilka kroków. Gdy zegnie się w pół, można od razy zakończyć sprawę zdecydowanym podciągnięciem kolana… ^^ To taki dodatek ode mnie ^^

Stopień III
Drań zasługuje na więcej? Wymierzmy mu zatem porządnego sierpowego w szczękę! Czy będzie to prawy czy lewy sierpowy, zależy od pozy natręta. Jedna z jego dłoni będzie spoczywać na ścianie tuż obok Twojej głowy, ale druga pewnie włożona będzie nonszalancko w kieszeń, bo przecież gościu sądzi że jest taki cool! Wykorzystaj tę lukę w jego defensywie i sprezentuj mu szybkie uderzenie w bok szczęki. Znawcy tematu mówią, że uderzenie z boku ma większą szansę pozbawić napastnika świadomości, niż proste walnięcie, więc… do dzieła!

Stopień IV, ostateczny

Jeśli już naprawdę nie możesz znieść towarzystwa namolnego kolegi, przykucnij i całym impetem walnij go z główki w szczękę. Ta technika może okazać się nawet śmiertelna, więc lepiej stosować z umiarem, jeśli nie chcemy mieć problemów z policją.

A tak w ogóle, to ja nikogo do przemocy nie namawiam, tak sobie tylko tłumaczę, co znalazłam ciekawego ^^

Skośnooki Blog® nie ponosi odpowiedzialności za przypadkowe bądź celowe skutki użycia przedstawionych tu technik.

Swoją drogą, lepiej po prostu dziewczyn nie zaczepiać ^^


Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

piątek, 15 marca 2013

Korea a k-pop

Jak według przeciętnego, zagranicznego miłośnika k-popu dzieli się koreańskie społeczeństwo? Na fanów rozhisteryzowanych, fanów zadeklarowanych, fanów szalonych i niewielką grupę fanów normalnych. Ewentualnie czyjaś stuletnia babcia może nie mieć pojęcia kim jest Super Junior, ale już mama z pewnością podkrada potajemnie córce najnowszy album 2PM.

[Dzień jak co dzień. Przypadkowe zdjęcie, przypadkowa ulica ;)]

Takie przynajmniej można odnieść wrażenie przeglądając różnej maści strony i fora internetowe poświęcone koreańskiej muzyce popularnej. No bo czy żyjąc w samym sercu tego kolorowego szaleństwa, sposób mu się oprzeć?! Kiedy wyśniony oppa albo ponętna noona są na wyciągnięcie ręki, a najnowsze hity rozbrzmiewają w każdym radiu i na każdej ulicy? Zagorzałym fanom gatunku z pewnością nie mieści się to w głowie. Sami Koreańczycy jednak ze sporą dozą zdziwienia spoglądają na rozłażące się po świecie k-popowe macki.

Prawda jest taka, że oczywiście fani k-popu w Korei istnieją i jest to niemała grupa, jednak nie każdy, kto żyw, ustawia się w kolejkę o piątej nad ranem, byle tylko dostać świeżuteńki krążek z najnowszymi pieśniami JaeJoonga. Tak jak nie każdy Polak jest automatycznie fanem Piaska i Sylwii Grzeszczak, tak nie każdy Koreańczyk kocha BIGBANG i Girls’ Generation. Chcą nie chcąc, na pewno usłyszy się przypadkiem w centrum handlowym jakiś hit, albo nawet natknie na wywiad w telewizji, ale to jeszcze nie czyni z nikogo fana popu: tak polskiego jak i koreańskiego. Ilu ludzi w kraju tyle i gustów i preferencji muzycznych. Trudno nawet upatrywać jakiejkolwiek odkrywczości w tym stwierdzeniu.

[Takie tłumy ściąga na swoje koncerty Kim Hyun Joong]

Międzynarodowej społeczności fanów k-popu może jednak wydawać się inaczej, ponieważ widzą koreańskie społeczeństwo jedynie przez pryzmat muzyki, której słuchają. A że lokalni fani gatunku są jednymi z najbardziej namiętnych i głośnych na świecie, nie trudno odnieść wrażenie, że wszyscy w Korei oszaleli na punkcie pląsających dziewcząt i chłopców. Bo Koreańczyk, jeśli już coś robi, to porządnie. Jeśli kogoś kocha, to po grób, jeśli nienawidzi, to załączają się w nim mordercze żądze. Jeśli jest czyimś fanem, to lojalnie kupuje wszystkie wydawane płyty i wyda ostatni, uciułany won, byle tylko dostać się na koncert swojego ukochanego wykonawcy. A już na pewno, kiedy jest nastolatkiem i ze wszystkich stron atakują idealne buzie i ciała, którym nie sposób się oprzeć. Bo prawda jest taka, że fani k-popowych zespołów to w przeważającej większości ludzie młodzi: dzieci i nastoletnie podrostki. Dwudziestokilkulatkowie bardzo rzadko przyznają się do k-popowych sympatii i w większości preferują zespoły zagraniczne, lokalne indie i rzewne balladki. Pokolenie rodziców, jeśli w ogóle ma czas słuchać muzyki dla relaksu, sięga po hity swojej młodości albo po piosenki statecznych div, które stojąc przed mikrofonem, wyśpiewują o dojrzałej miłości. Odpowiednikiem k-popu dla starszej generacji jest tak zwany trot. Tym mianem określa się skoczne i proste utwory, do złudzenia przypominające swojskie disco-polo (ino, że śpiewane po koreańsku).

Będąc w Korei odniosłam wrażenie, że mieszkający tam ludzie najbardziej lubią spokojne i lekkie piosenki. W kawiarniach i supermarketach z głośników sączą się nastrojowe balladki i różnej maści słodkie jak pączek z lukrem kawowe songi. Busker Busker czy Nell, wykonawcy wywodzący się ze sceny indie, są bardziej niż popularni a wielkoformatowe plakaciska z ich podobiznami zdobią budynki w najmodniejszych dzielnicach Seulu. Główne radiostacje również zdają się preferować stonowane utwory ze ścieżek dźwiękowych ostatnich dram czy filmów i tylko z rzadka usłyszy się jakiś znajomy przebój.


Miejscem, w którym można być pewnym zmasowanego ataku k-popem, jest Myeongdong. I to tylko dlatego, że dzielnica ta jest Mekką zagranicznych (głównie chińskich i japońskich) turystów. Na każdym rogu można spotkać uśmiechniętego Jang Geun Suka albo chłopców z JYJ, zachęcających do zrobienia kosmetycznych zakupów właśnie w tym, a nie innym sklepie. Ich podobizny wydrukowane są na darmowych próbkach kosmetyków, na plakatach, szyldach, buteleczkach toniku do twarzy i kto wie na czym jeszcze… Tu uśmiechnie się do nas z billboardu Lee Min Ho, tam GD puści oko do przechodniów. W ulicznych straganach można nabyć niemal wszystko opatrzone zdjęciem naszego ulubieńca. Od kalendarzy i notatników począwszy, na obudowach do najnowszego Samsunga Galaxy S ileś-tam i skarpetach kończąc. Takie skomasowanie koreańskich idoli występuje tylko tu. W miejscu, gdzie stężenie obcokrajowców na metrze kwadratowym zdecydowanie przewyższa udział lokalsów. W miejscach, gdzie zakupy robi przeciętny Koreańczyk, owszem, od czasu do czasu pojawi się jakaś znana twarz, ale zdecydowanie dyskretniej i niemalże wstydliwie. Na większości mieszkańców półwyspu wyśniona noona i boski oppa nie robią większego wrażenia. Ot, reklama jak każda inna.

[Jeden ze sklepów z kosmetykami w dzielnicy Myeongdong]

Sklepy muzyczne również nie pękają w szwach i nikt nie wyrywa sobie z rąk kolekcjonerskich wydań ostatniego albumu f(x). Ośmieliłabym się nawet powiedzieć, że w dziale z k-popem jest dość pustawo. A i sam dział zazwyczaj nie jest tak imponujący, jak by się mogło wydawać (albo marzyć). Owszem, są najnowsze wydania, są całe dyskografie takich tytanów jak Girls’ Generation, BIGBANG czy SHINee i… to by było na tyle. Nawet w specjalizującym się w k-popie sklepie na wspomnianym już Myeongdong próżno szukać starszych wydań mniej popularnych artystów.

[Tłumów nie widać...]

Co innego, gdy chodzi o dramy. W tej kwestii łatwiej będzie nam nawiązać nić porozumienia z naszymi koreańskimi braćmi. Niemal każdy zaliczył choć raz w swoim życiu wielogodzinny seans z serialem, który w magiczny sposób wessał go do swojego świata, przeżuł i wypluł dopiero po zakończeniu serii. Zazwyczaj Koreanki (o Koreańczykach się nie wypowiadam, bo nie znam tylu, by się wysnuwać jakiekolwiek wnioski) mają jeden lub dwa ulubione seriale, które co tydzień oglądają w telewizji. W końcu oferta dramowa jest tak bogata, że każdy może naleźć coś dla siebie a i trzeba coś robić w niedzielne popołudnia… W tej dziedzinie babcie i gospodynie domowe mogłyby zagiąć nas swoją wiedzą i nawet ci, którzy twierdzą, że obejrzeli już setki tytułów, mogliby nie wytrzymać konkurencji. No cóż. One bez wątpliwości są w tej uprzywilejowanej pozycji, że przez całe życie od koreańskich dram dzielił je jeden ruch kciuka.

[Tyle się nałaziłam po i w okolicach niemal wszystkich możliwych pałaców w Seulu a Mihonka jak nie było, tak nie było!]

Ten, kto pojedzie do Korei wyłącznie po to, by pławić się w k-popowym światku, może się nieco rozczarować. Żadnych Kang Dong Wonów biegających po ulicach, dostanie biletu na koncert gwiazd pokroju B2ST graniczy z cudem, jeśli nie jest się w oficjalnym fan klubie, w JYP, SM i YG Entertainment nie przyjmują sprzątaczek do odwołania, a ekipy filmowe jak na złość nie rozkładają się ze sprzętem tam, gdzie my akurat się znajdujemy. Jeśli jednak chcielibyście przeżyć na własnej skórze wszystkie te drobnostki, które przydarzają się dramowym bohaterom i samemu obejrzeć, jak wyglądają seulskie autobusy od środka, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą!

wtorek, 26 lutego 2013

Miłość nie wybiera?

Podróżując przez Azję wiele razy zastanawiałam się, co takiego magicznego jest w k-popie, że zasłuchują się w nim całe nacje, a przez koreańskie seriale nie wysypia się połowa ludności globu (Chińczycy kochają koreańskie dramy, a oni swoją liczebnością zawyżają statystyki). Wielkie plakaty z podobiznami chłopców z DBSK wiszą na skrzyżowaniach miast w Japonii, Jang Geun Suk uśmiecha się do ciebie na półce w chińskim supermarkecie z butelki soczku a w Wietnamie najnowsze hity Girls’s Generation sączą się z co drugiej ulicznej knajpy…
[komu soczek z Jang Geun Suka?]

Dlaczego Azjaci lubią k-pop można poniekąd zrozumieć. To podobny krąg kulturowy i odległość niewielka, więc nie ma problemu z zaimportowaniem tego i owego na własny grunt. Ale dlaczego my, Europejczycy, albo konkretniej, spójrzmy na to z własnej perspektywy, Polacy, wygapiamy się godzinami w pląsających skośnookich?
 
Jasne, że u nas fascynacja k-popem daleka jest do azjatyckiego, czy nawet amerykańskiego szału. PSY przetarł co nie co pojęcie k-popu w naszym kraju, ale ciągle pozostaje on zagadnieniem mocno niszowym. To co jednak znamienne, dla wielu przelotne spotkanie z koreańskim show-biznesem przerodziło się w trwającą wiele lat miłość, o intensywności której próżno szukać wśród miłośników zachodniego popu, o innych gatunkach muzycznych nawet nie wspominając. Jak to możliwe, że kultura tak inna i odległa skradła nasze serca i bynajmniej nie chce ich oddawać?
To oczywiście tylko moje przemyślenia, żadne tam pogłębione studia, ale wydaje mi się, że właśnie owa egzotyczność jest jednym z kluczowych pojęć dla k-popu. Koreańska muzyka, dramy, variety-shows, cała związana z nimi kultura i język tworzą odrębne uniwersum, w którym można się zanurzyć i dzięki któremu można zapomnieć o własnym, czasem dość szarawym i nieciekawym, podwórku. W świecie koreańskich dram wszystko jest tak inne, ale jednak ogólnoludzko znajome i bliskie. Nie jest to czysta abstrakcja, jak powieści fantasy czy sience-fiction. Jest to namacalny świat: na tyle różny, by fascynować, a na tyle bliski, by czuć z nim więź.
 
Ogrom oferowanej przez Koreańczyków rozrywki sprawia, że jeżeli naprawdę chce się być w temacie, trzeba odstawić na dalszy plan wszystko inne. Stąd już prosta droga do zostania koreańskim/azjatyckim świrem, który nie ma pojęcia kim jest Rihanna czy Justin Bieber. Już kiedyś rozwodziłam się nad tym, do czego może prowadzić miłość do Azji, więc nie będę się powtarzać. Fakt jest niezaprzeczalny, że im bardziej człowiek chce się wgryźć w temat, tym bardziej on go wciąga i pozostawia w stanie totalnej ignorancji na wszystko inne. A stąd prosta droga do fetyszyzacji Korei i wszystkiego z nią związane oraz umiejscowienia swojego wyobrażenia o raju na ziemi właśnie tam.
 
[przeciętna ulica w Korei... :>]

Dla wielu fanów gatunku dramy i k-pop to jedyne źródło wiedzy o Korei, przez nie trudno popaść w ekstatyczny zachwyt na tym cudownym krajem. Bo nie dość, że ulicami przechadzają się sami nieziemscy przystojniacy i zapierającej dech w piersiach urody panienki, to jeszcze miłość swojego życia można poznać w barze, na ulicy albo nawet we własnej piwnicy… (bo czemu by i nie?) Wystarczy być i rozsiewać swój ukryty głęboko czar. Książę z bajki… tfu! Co ja plotę, dziedzic fortuny Samsunga i tak nas wyhaczy w tłumie. Zdaje się, że panów słuchających k-popu/oglądających dramy jest w naszym kraju zdecydowanie mniej niż dziewcząt, ale i oni mogą bez trudu pławić się w przyjemnych fantazjach. Doskonale znaną prawdą jest, że Azjatki uwielbiają niebieskookich Europejczyków. A w Korei przecież każda dziewczyna piękniejsza od drugiej. Każda uroczo uśmiechnięta i tryskająca subtelnym aegyo, niczym fontanna di Trevi. Dramy i klipy mają więc tą przewagę nad bajkami o księżniczkach i rycerzach w lśniących zbrojach, że dają złudzenie realności. Amerykańskie filmy są tak powtarzalne, a kultura tak przewidywalna, że trudno uwierzyć w kolejny happy end komedii romantycznej. Ale Korea… Kto wie, może tam rzeczywiście codziennie spotyka się Lee Min Ho wyskakującego z wrót czasu, a dziewczęta ćwiczą grupowe układy choreograficzne na każdym rogu?

[kto wie? Może rzeczywiście?]

Inną mocną stroną k-popu jest jego silnie wizualny charakter. Nie oszukujmy się. Chwytliwy bicik to jest to, ale czymże byłby k-pop bez osławionych synchronicznych pląsów i wystudiowanych min przed kamerą? Do tego dochodzi całe mnóstwo zdjęć promocyjnych, w których nasi ulubieńcy wyglądają jak bożyszcze spływające wprost z nieboskłonu. W dramach głównych ról też nie grywają brzydale. A nawet jeśli w jakimś filmie trafi się ktoś mniej atrakcyjny, to machnie sobie serię operacji plastycznych i będzie piękny jak marzenie. A morałem płynącym z takiego obrazu będzie apel o prawo ludzi do piękna. Poprawionego chirurgicznie…

[„200 Pounds Beauty”]

W zachodnim popie również nie brak takiego podejścia, ale mam wrażenie, że k-pop jest jednak bardziej kolorowy. Kicz, przesada, lekki surrealizm i neonowe barwy wymieszane są zgrabnie i z artystycznym zmysłem, tworząc nieład, który mnie osobiście ujmuje za serce i nieustannie poprawia humor.
 
[ta sesja jest tak kiczowata i przeładowana wszystkim, co możliwe, że aż boska! :D]

Na zachodzie na tym polu bez dwóch zdań króluje Lady Gaga, jednak jej kreacje posunięte są do skrajnych granic absurdu a i klipy pełne są nie zawoalowanych, seksualnych podtekstów. Nie żebym twierdziła, że k-pop nie sprzedaje seksu. O nie! Tak naiwna to nie jestem. W k-popie też właściwie chodzi tylko o to. Te rozrywane koszulki na koncertach, wymowne pocieranie usteczek, dwudziesto-kilkuletniepanny odziane w infantylne sukienusie i robiące słodkie minki do kamery… Jednak wersja, w jakiej sprzedaje się seksualne podteksty w Korei jest zdecydowanie bardziej subtelna i ukryta (no, przynajmniej w większości. Taka Rania się nie oszczędzała…). Czasem podteksty bywają niepokojące, czasem każą zastanowić się dwa razy nad tym, co się właśnie obejrzało, mimo wszystko jednak zdecydowanie preferuję taką formę „epatowania seksem”, niż tę, którą serwują nam zachodnie media. Nazywajcie mnie hipokrytką, ale ja tam nie lubię, jak mi się przy pierwszym spotkaniu wywala kawę na ławę.
 
[Lady Gaga]
 
Fakt, że tak na dobrą sprawę mało kto w naszym kraju wie, co to takiego k-pop, również nie jest bez znaczenia. Wtajemniczeni mogą czuć się lepsi od nieoświeconego motłochu. Na imprezach można pobrylować w towarzystwie, jakie to się ma wyszukane zainteresowania. Zauważyłam, że u nas fani k-popu nie mają misjonarskich zakusów. Zazwyczaj dzielą się swoim małym szaleństwem tylko z najbliższymi przyjaciółmi, wciągając zaledwie kilku wybrańców do kliki azjatycko zakręconych i na przemian wykrzykują „omo!” i „aygoo!”, chichocząc nad nowym klipem Nu’est, pozostawiając całą resztę w stanie najwyższego osłupienia. Troszkę podkoloryzowałam, ale mniema, że wiecie co mam na myśli. Co gorsza, sama tak poniekąd mam. Chociaż w moim szeroko pojętym pisarsko-dziennikarsko interesie, popularyzacja k-popu w Polsce powinna następować lawinowo! ;)
 
Podsumowując, na moje polskie oko, k-pop ma raczej marne szansę osiągnąć w naszym kraju skalę popularności, jaką posiada np. w Anglii czy Francji. Nasze społeczeństwo jest wciąż mocno zamknięte na inne kultury, głównie dlatego, że nie mamy zbyt wiele kontaktu z obcokrajowcami, a już najmniej z Azjatami. Dla przeciętnego Polaka skośnooki to „żółtek” z wietnamskiego targu. Ani to jakoś urodziwe, ani ciekawe… Ma za to duży potencjał chwycenia za serce wszystkich tych, którzy interesują się innymi kulturami i mają słabość do skośnych oczu. Jako że koreański show-biznes opiera się w przeważającej mierze na urodzie występujących w nich bohaterów, azjatycka definicja piękna musi do nas przemawiać.
 
[no cóż.. do mnie przemawia. Właściwie to KRZYCZY!
Lee Jong Suk]
 
A stąd już tylko krok do nieuchronnego. Łatwo zapomnieć o własnych problemach, oglądając maniakalnie miłosne perypetie naszego skośnookiego ulubieńca do czwartej nad ranem (czy jest ktoś, kto potrafi zachować umiar i zdrowy rozsądek w obliczu koreańskich dram? Ręka w górę! Ja jestem niestety totalnie niepoprawna…) albo przeglądając tony zdjęć na tumblrze naszej akutalnej „miłości”… A jeśli jeszcze analizowanie klatka po klatce układu choreograficznego z najnowszego klipu SHINee stanowi niewyczerpane źródło radości… czego chcieć od życia więcej?
Dobrze jest mieć swój własny świat i swoje kredki. Jak długo ten świat nie przesłania tego prawdziwego, albo nie stanowi jego substytutu, nie ma co marudzić.

sobota, 26 maja 2012

O co całe to ujadanie?

Czyli, czy Mężczyźni Korei (organizacja zajmująca się ochroną praw mężczyzn w Korei: Man of Korea) mają jakąś awersję do psów?


Wow, minęło już nieco czasu, od kiedy Baek Ji Young wydała swój pierwszy singiel w karierze (w 1999 roku). Minęło również sporo czasu od wydania ostatniego singla, a obecnie promowany utwór „Good Boy” jest pierwszym od trzech lat tanecznym przebojem, w którym można ją podziwiać. Nie znaczy to jednak, że Ji Young leżała przez ten czas do góry brzuchem. Najbardziej znana jest ze swoich balladowych dokonań i pięknych pieśni umilających oglądanie takich dramowych hitów jak: Iris, Secret Garden, czy Rooftop Prince.

["Good Boy"]
 
Nic w tym dziwnego, że jej powrót z żywszym repertuarem wzbudził sporo zainteresowania w Korei. Ciekawość była tym większa, że w ojczyźnie kimchi panuje obiegowe przekonanie, że mając swoje lata (a Ji Young ma ich 36), nie wypada już pląsać po scenie i wyginać się kusząco w mini spódniczkach. Od dojrzalszych piosenkarek oczekuje się stateczności diwy operowej i cnotliwego prowadzenia się. Pani Baek może i nie zgrzała się za bardzo podczas wykonywania swojego tańca, ale na pewno wysłała rodakom czytelny sygnał: „wsadźcie sobie te wasze głupie zasady i uprzedzenia. I tak będę robić to, na co mam ochotę!”. Dobra robota, Ji Young! Wiek nie powinien być czymś, co ogranicza artystów. Jak długo mają wystarczająco energii i kondycji, by biegać i skakać po scenie, nikt nie powinien im tego zabraniać.

Zaskakująco, to nie próba przełamania stereotypu stała się najgłośniej komentowanym wydarzeniem wokół singla „Good boy”, a piosenka sama w sobie. A właściwie jej tekst.


Utwór opowiada o związku starszej kobiety z młodszym mężczyzną. Nie ma najmniejszych wątpliwości, kto w tym układzie ma władzę. Narzekania mężczyzny porównane są do ujadania, a kobieta przedstawiona jest jako łaskawa pani niegrzecznego psiaka. Z resztą, przeczytajcie tekst sami:

Jesteś grzecznym chłopcem, który się mnie słucha
Robisz wszystko, o co cię poproszę
Ale gdy sprawiasz kłopoty, jesteś niegrzecznym chłopcem
Kiedy cię pochwalę, stajesz się zbyt pewny siebie

[refren]
Więc po tym, jak zaczęłam dobrze cię traktować
Kim ty jesteś, żeby sobie ze mną pogrywać?
Oh oh oh oh oh mama
Spróbuj tylko coś wywinąć, a już po tobie

Miłość jest okrutna, zawsze była
Jeśli myślisz, że dziewczyny są łatwe, będziesz cierpiał
Mówiłam „tak”, prawiłam ci komplementy
A ty serio myślisz, że to naprawdę

Zakochana do szaleństwa, zraniona przez ciebie
Oczywista konkluzja miłości

Twoje słowa stały się szorstkie (kim ty jesteś, twardym facetem?)
Wszystko co mówisz, to kłamstwa (twoja twarz nawet się nie zmienia)
Ale tańczysz mi na dłoni
Kogo ty usiłujesz oszukać? (nie bądź dzieckiem)

[refren]

Obejmujesz mnie i puszczasz mnie, jak tylko masz ochotę
Nie jestem twoją mamą, ten pieprzony dramat (x2)

[Yong Jun Hyung z BEAST]
Nienawidzę tej miłosnej gry
Traktowałem cię jak królową
Ale od kiedy zostałaś moją panią?
Dla ciebie to OK, ale nie dla mnie
Ciągle mnie odpychasz i odpychasz
Przestań mówić, że jestem młody, to co ty robisz, jest takie dziecinne
To, co mówisz, bla bla bla
Jestem tylko kawałkiem z twojej doskonale skrojonej układanki

[Baek Ji Young]
Nie jesteś już po okresie dojrzewania? To takie niedojrzałe. Przestań ujadać

[Yong Jun Hyung]
Jesteś jak kawałek lodu pod moją stopą, zaczyna mnie to już męczyć

[Baek Ji Young]
Ha, tak dobrze cię traktowałam, a to jest jak odpłacasz swojej pani?

[refren]
Miłość jest okrutna…

Jesteś taki sam, a ja też jestem całkiem sfrustrowana
Jestem jeszcze bardziej żałosna, że zaufałam i oddałam moje serce facetowi takiemu jak ty
Mówiłam „tak”, prawiłam ci komplementy
A ty serio myślisz, że to naprawdę

Obejmujesz mnie…

[tłumaczenie z angielskiego: www.kpoplyrics.net]

Wspomniana na samym początku organizacja chroniąca prawa mężczyzn w Korei (wow, jestem pod wrażeniem samej idei zakładania takiej organizacji w tym kraju) złożyła oficjalne wezwanie do władz, by zakazać wyświetlania piosenki, jako uwłaczającej męskiej godności. Uzasadnienie organizacji ze wszech miar warte jest zacytowania:

[…] W teledysku możemy rzeczywiście zobaczyć psa, który sugeruje, że mężczyźni są traktowani jak psy, które słuchają posłusznie [swojego właściciela]. Młody mężczyzna, który tak jak pies słucha posłusznie starszych kobiet, może wyrażać fantazję [owych starszych kobiet] o romansie i bestialstwie (ciekawe, co mieli na myśli?), ale normalny, zdrowy mężczyzna czuje się całkowicie dotknięty takimi piosenkami. Nawet w czasach, gdy mężczyźni rządzili światem, nigdy nie traktowali kobiet jak psy.

Faktycznie. Były czasy, kiedy faceci traktowali kobiety gorzej jak psy. Nie ma do czego się przyczepić.

Żeby było zabawniej, ta sama organizacja swojego czasu bezskutecznie wojowała z filmem „You’re my pet” (2011) z Jang Geun Sukiem i Lee Ha-neul w rolach głównych. Był to remake mangi i japońskiej dramy pod tym samym tytułem i opowiadał historię ambitnej kobiety sukcesu, której któregoś pięknego dnia przyszło zamieszkać pod jednym dachem z młodszym od niej tancerzem i lekkoduchem. Warunkiem wspólnego pożycia był fakt, że chłopak zostanie prywatnym zwierzątkiem właścicielki domu, na co zainteresowany bez najmniejszych problemów przystał. Obrońcom praw mężczyzn tak samo jak i teraz, nie spodobała się idea traktowania mężczyzny jak psa i starali się jak mogli, by zdjęto film z ekranów.

Dobra, przyznaję, że idea traktowania faceta jak psa, nie jest może najbardziej szczytnym wymysłem, jaki zrodził się w czyjejś głowie. Z drugiej zaś, ja jakoś nie obrażam się, jak ktoś nazywa mnie kotkiem…

["You're my pet"]

Zoologiczno-lingwistyczne żarty na bok. Poniekąd rozumiem umiarkowany entuzjazm mężczyzn do produkcji takich jak „Good boy” Baek Ji Young, czy filmu „You’re my pet”. Jednak robienie z tych niezbyt częstych przypadków „nieokazywania facetom należnej czci i szacunku” takiego problemu, jest nieco przesadzone. Zwłaszcza w kraju, gdzie (jak jeszcze pisałam dwa dni temu tutaj) co drugi mąż bije albo znęca się psychicznie nad swoją żoną. Najwyraźniej patriarchalny porządek świata mocno chwieje się w Korei, skoro panowie poczuli potrzebę założenia organizacji chroniącej jej prawa. Tylko, że mam wrażenie, że tego typu instytucja potrzebna jest tak samo, jak organizacje chroniące prawa białych w Stanach. Zwłaszcza w świetle ostatniego postu, wydaje mi się to śmieszne, albo nawet bardziej – żenujące. Koreańczykom najwyraźniej mocno doskwiera fakt zmian społecznych i wszelkimi środkami usiłują chronić swoją dawną pozycję. Nie wydaje mi się, żeby tekst „Good boy” był aż tak bardzo uwłaczający, zwłaszcza, że męska rapowa wstawka wyraźnie pokazuje, że chłopak też ma charakterek. Jakoś Mężczyznom Korei nie przeszkadzały występy Teen Top w „No more perfume on you”, który wyraźnie promował zdradę, albo „Shut upU-KISS, gdzie chłopaki wyśpiewywali głupiutko uśmiechniętej panience, jak bardzo jej nienawidzą i że powinna się przymknąć. To jakoś nie szkodziło wizerunkowi mężczyzn jako takich.

A Ji Young ma powody, by nie odczuwać zbyt wiele szacunku do mężczyzn po tym, jak jej manager, z którym miała romans, nagrał bez jej wiedzy ich romantyczne uniesienia i szantażował ją, że upubliczni ich intymne wideo, gdy chciała zmienić managera w szczycie jej kariery. Sprawiedliwość na szczęście dosięgła owego pana, bo obecnie odsiaduje w więzieniu w Los Angeles karę za seks z nieletnią, który to akt bardzo sprytnie sam nagrał.


Koreankom zaś nie ma co się dziwić, że lubią filmy w stylu „You’re my pet”. Przynajmniej na krótkie dwie godziny mogą uciec od rzeczywistości i dla odmiany poczuć się paniami sytuacji. Chociaż w owym sławetnym filmie i tak Jang Geun Suk pozostaje całkiem męski (w porównaniu do japońskiego pierwowzoru z Matsumoto Junem) i nie bez znaczenia jest fakt, że obu stronom zaproponowany układ doskonale odpowiadał z wielu względów.

Przyznam, że ciekawa jestem odpowiedzi komisji, do których zostało wysłane owo żądanie zakazania piosenki Ji Young. Przy „You’re my pet” się nie ugięli, gdyż zapewne byli niebezinteresowanie stymulowani przez korporacje odpowiedzialne na wypuszczenie filmu. W przypadku pojedynczej piosenki lobby może nie okazać się aż tak silne. Będę monitorować sytuację i dam znać, jak się sprawy mają.

Więcej na temat:

Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...