poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Oddajcie mi moją twarz! Korea w poszukiwaniu prawdziwego piękna?

Połajanki, utyskiwania, złośliwości… Ot, co aż wylewa się z postów na tym blogu. Nie jeden pewnie zastanawia się, czemu głoszę miłość do Azji, skoro jedyne o czym piszę, to o ciemnych stronach show biznesu. No cóż… Miłość bywa przewrotna. Nie moja to wina, że ostatnimi czasy koreański przemysł (szczególnie muzyczny) nie daje mi zbyt wielu powodów do artystycznych uniesień.


Dziś jednak nie zamierzam przetrzepywać niczyich portków (trzepanie spódnic zostawiam sobie na później! hihihi). Dziś powieje optymizmem i nadzieją, a to z powodu reality show, które niedawno wyemitowała stacja SBS. Pogram nazywa się Back to my face i daje uczestnikom szansę na dokonanie operacji plastycznej. Ostatniej operacji, która przywróciłaby im wygląd sprzed czasów, kiedy podkusiło ich, by za pomocą skalpela wymodelować to i owo. Wszyscy uczestnicy programu mają na swoim koncie kilka lub nawet kilkanaście przeprowadzonych ingerencji chirurgicznych, które w ich mniemaniu miały przekształcić ich z poczwarek w motyle.

Czy potrzebowali tych operacji? W społeczeństwie, gdzie operacja modelacji oczu traktowana jest jak wyjście do kosmetyczki na wosk (więcej o operacjach tutaj), a firmy wybierają sobie pracowników w równej mierze w oparciu o edukację co i wygląd (obowiązkowe jest dodanie zdjęcia do CV), nie ma co się dziwić, że współczynnik chirurgicznych ingerencji na głowę jest najwyższy na świecie. Bycie nieatrakcyjnym to porażka na wszystkich możliwych polach. Marna praca, brak widoków na ożenek, ograniczone grono przyjaciół… Jeśli coś w życiu się nie układa, to na pewno wina tego, że nos jest zbyt płaski, a oczy zbyt małe! Nie daj Boże, na brzuszku pojawi się jakaś fałdka! Katastrofa w sprawach damsko-męskich jest nieunikniona!

Kilka uczestniczek i ich zdjęcia sprzed i po operacjach:




Back to my face rzuca wyzwanie utartym schematom i pyta, co jest bardziej wartościowe: chirurgicznie skrojony ideał, czy naturalne piękno. Czy pogoń za twarzą bez skazy dała komukolwiek radość i wzmocniła poczucie własnej wartości?

Uczestnicy programu zmuszeni zostali do zastanowienia się, czy przebyte operacje były im rzeczywiście niezbędne do życia i czy przypadkiem nie zgubili siebie w pędzie do samoulepszenia. Poproszono ich np. by wyruszyli na ulice miasta ze swoim zdjęciem sprzed operacji i spytali przechodniów, co myślą o ich nietkniętej jeszcze twarzy. Jak nie trudno się domyśleć, odzew był bardzo pozytywny i niemal każdy komplementował ich naturalną urodę. Innym zadaniem było narysowanie siebie i skonfrontowanie wyobrażeń na własny temat z rzeczywistością.

Po dyskusjach, spotkaniach z terapeutami i psychologami nadszedł wielki moment, kiedy to uczestnicy programu mieli podjąć decyzję: czy chcą zostać ze swoją ulepszoną wersją siebie, czy chcą poddać się ostatniej operacji, która ma przywrócić ich twarz sprzed romansu z chirurgią plastyczną.

Można się kłócić, czy taki program robi coś dobrego, czy nie… Siłą rzeczy dzieło jest dość tendencyjne, bo jak widać na zdjęciach, żaden z uczestników nigdy tak naprawdę nie potrzebował dotknięcia skalpela. To tylko ich własne (często wydumane) kompleksy pchnęły ich do takich rozwiązań. Ale czy w 99% przypadków tak właśnie nie jest? Czy zbyt grube kostki albo odstające uszy zamieniają nas w potwory, na które nawet nikt nie chce spojrzeć? Są gusta i guściki, każdy ma inne preferencje a piękno to odczucie bardzo subiektywne. Może i w Korei istnieje przepis na urodę idealną (więcej tutaj), ale nie znaczy to, że bez podwójnej powieki i wydatnego nosa, nie można być atrakcyjnym. Przesłanie, jakie śle nam program jest godne pochwały i potencjalna dyskusja, jaką może wywołać, zdecydowanie może przynieść tylko dobro. Widziałam już komentarze po obejrzeniu programu, że ktoś tam postara się bardziej kochać swoją twarz.

Ta dziewczyna zdecydowała się poddać operacji, która miała przywrócić jej naturalne piękno (jeśli można jeszcze mówić o naturalności)
Porównanie z operacjami i po ostatniej operacji

A tu porównanie zdjęć sprzed jakiejkolwiek ingerencji chirurgicznej z ostateczną wersją.

Bo i jest co kochać. Różnorodność jest piękna sama w sobie, a wizja państwa chodzących klonów, napawa słusznym przerażeniem. Mam niestety wrażenie, że koreański show-biznes robi wszystko, by urzeczywistnić nasze lęki, bo z roku na rok coraz ciężej rozróżniać mi nie tyle poszczególnych członków girls i boys bandów, co same grupy… Wszystkie te chudziutkie panienki o wielkich oczach i małych dzióbkach, wszystkie te gładziutkie chłopczyki… Naprawdę… Nie mam pojęcia kto jest kim szczególnie w debiutujących grupach, wszyscy wyglądają dla mnie tak samo. Ciężko mi zazwyczaj znaleźć choćby jednego członka zespołu, który byłby na tyle charakterystyczny, by przypisać go do nazwy zespołu, w którym pląsa. A nikt nie może mi zarzucić, że nie rozróżniam Azjatów, bo w Azji spędziłam dwa lata swojego życia. Miałam szansę się napatrzeć.

Innym światełkiem w tunelu jest niszowy (może kiedyś przestanie być niszowy?) magazyn o modzie 66100, gdzie najnowsze trendy prezentują modelki w rozmiarze „plus”, co jak na moje niewprawne oko wygląda po prostu na normalny, dziewczęcy rozmiar. Naczelna pisma uzależnia kolejne wydania od odzewu na pierwszy, ale z tego co udało mi się wyczytać, sprzedaż poszła przyzwoicie.


Może powoli w koreańskich umysłach rodzi się sprzeciw wobec unifikacji i dyktatu mediów?

Tego im życzę.

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

środa, 11 czerwca 2014

Świetlana przyszłość: kim chcą zostać koreańskie dzieci, kiedy dorosną

My, mieszkańcy dalekich krain, możemy nie wiedzieć, jak wyglądają realia pracy w koreańskim show-biznesie. Koreańczycy zaś powinni najlepiej orientować się, jak nieludzkie są warunki pracy ich gwiazd i że blichtr i światło jupiterów ukrywają całkiem mroczne i niepokojące realia (a jak nie wiedzą, to niech poczytają mój cykl artykułów pt. „Kulisty k-popu”, część I tutaj). Czy ta smutna prawda jest jednak w stanie odstraszyć przyszłych adeptów synchronicznych pląsów i chóralnych śpiewów? Bynajmniej!

[koreańskie słodziaki]

W 1983 roku przeprowadzono ogólnokrajową ankietę, gdzie spytano dzieci w wieku szkolnym, kim chciałaby zostać, gdy dorosną. 23,3% marzyło o karierze naukowca, 14,1% chciało zostać nauczycielami, 11,5% sędziami, kolejne 11% lekarzami, a zaledwie 7,8% stwierdziło, że bycie artystą (czy to plastykiem, czy aktorem albo wiążąc się z branżą muzyczną), to jest właśnie to.

Dwadzieścia lat później powtórzono badanie i bynajmniej w czołówce nie znalazły się takie profesje jak lekarz czy policjant. 42% dzieci chciałoby zostać aktorami, a 8,5% piosenkarzami. Zaledwie 1% marzy, by dokonywać rewolucji w nauce i technice jako uznany naukowiec. Nie trzeba wyższej matematyki, by zorientować się, że co drugie dziecko chciałoby zabłysnąć w blasku fleszy. Jasne, że w szczenięcym wieku lubi się być w centrum uwagi i pewnie stąd to zainteresowanie światłami jupiterów, jednakowoż…

[wersja mini?]

Biorąc pod uwagę tłumy, jakie nieustająco walą na każdy casting, każdej możliwej agencji gwiazd czy programów typu K-POP STAR, leciwe już badanie nie straciło na aktualności. I przesadne zainteresowanie dzieci show-biznesem powinno niepokoić. Kto będzie dorzucał paliwo jądrowe w elektrowniach, by zasilić te wszystkie jupitery, jeśli połowa nacji będzie w pląsać w ich światłach? Jeśli dodać do tego sztab managerów, choreografów, reżyserów, oświetleniowców, charakteryzatorów, scenarzystów, doradców do spraw wszelakich, to może być, że i samych Koreańczyków by nie starczyło, by te wszystkie fuchy obsadzić! Nie mówiąc już, że kto byłby wtedy w stanie choćby z grubsza ogarnąć, co się dzieje w szoł bizie.

Nie mówię, że młodzi i zdolni powinni wyrzec się swoich marzeń, ale za coś żyć jednak trzeba. Szansa zostania idolem i wyżycia ze swej pląsającej profesji jest mniej tak duża, jak wygrana w lotto. Dzieciom i młodzieży zapewne ciężko obiektywnie spojrzeć na branżę i swoje umiejętności, więc wydawałoby się, że rodzice powinni stać na straży dobra swoich pociech i wyperswadować nietrafione pomysły, bądź przynajmniej zasugerować, że pozostawienie sobie furtki, w postaci studiów czy choćby innego zawodu, na wypadek niepowodzenia, byłoby wysoce rozsądne. Ktoś jednak podpisuje za młodocianych ich niewolnicze kontrakty i zazwyczaj za roztrzęsionym z emocji nastolatkiem, który to właśnie ma zaprezentować się przed mądrymi głowami wytwórni XYZ, stoi nie mniej rozentuzjazmowana mamusia, która pcha swą latorośl w macki machiny, jaką jest koreański show-biznes.


Jasne, że parcie na szkło i pchanie swojej córeczki czy synka ku tzw. „karierze w mediach” nie jest czymś unikatowym w Korei. Gdyby przyjrzeć się z bliska, światowy show-biznes za pewne nie jest mniej nieludzki i restrykcyjny, a nadambitnych tatusiów i mam nie brak na każdym kontynencie i w każdym kraju. Ale czy ja osobiście chciałabym by moje ewentualne potomstwo przeszło pranie mózgu i zostało fizycznie wyniszczone tak, jak to się dzieje w Korei? Nie wydaje mi się. 


Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

czwartek, 15 maja 2014

Czaderska przyszłość: Chad Future i jego miejsce w k-popie

Jakiś czas temu natknęłam się na tę piosenkę:

 „Rock the world”

Jako, że już dawno zgubiłam się w natłoku debiutów i nowych twarzy, po obejrzeniu klipu pomyślałam sobie, wow, nowy band z białasem w obsadzie! @__@ Świat się kończy! Jakie było moje zdziwienie, gdy dokształciwszy się szybko zorientowałam się, że białas nie jest częścią nijakiego zespołu, a artystą solowym, który machnął sobie piosenkę z raperem z VIXX! I to dosłownie „machną sobie”, bo Chad Future jest nie tylko wokalistą, ale posiada własne studio nagraniowe, komponuje i pisze teksty.

Przyznaję bez bicia, moje pierwsze odczucia były dość mieszane. Piosenka mi się spodobała od pierwszego przesłuchania (nie ma to jak ciężki bicik ^^), ale… No jak to tak, białas w k-popie? Zdarzały się już takie rzeczy, ale bladolice panienki raczej robiły za tło, a nie za głównego gieroja (więcej tutaj)! Ale właściwie, w czym problem? Czym tak naprawdę jest k-pop? Popem śpiewanym po koreańsku? Popem produkowanym w Korei przez Koreańczyków? A może popem z silnym naciskiem na wizualną część przedsięwzięcia?


Jeśli przyjąć pierwszą tezę, w „Rock the world” mamy rodzimego użytkownika języka koreańskiego jakim jest Ravi. W innych piosenkach Chad stara się też sam coś po koreańsku zaśpiewać. Daleka jeszcze droga, ale chłopina się stara. Jeśli przyjąć tezę drugą; co z tymi piosenkami, które zostały stworzone przez zagranicznych artystów, nie mówiąc już o całej rzeszy Chińczyków, Filipińczyków i Tajów, którzy pląsają jak równy z równym w k-popowych zespołach? Jeśli skłaniacie się ku ostatniej propozycji: Chadowi zupełnie nic nie brakuje. Ładniutki jest, jego klipy są naprawdę dopracowane i przyjemne dla oka, feszyn też pozostaje bez zarzutu, jeśli chodzi i k-popową pstrokaciznę. Chłopak pląsa i pociera się tu i ówdzie, przyczepić się do czego nie ma. No, może poza tym, że nie ma skośnych oczu…

I tu rodzi się pytanie, czyżby bladolica część miłośników koreańskich dokonań muzycznych przejawiała rasizm w stosunku do własnych współplemieńców? Jasne, że niestety nie mam dostępu do koreańskich forów i portali, by wiedzieć, jaka jest reakcja Koreańczyków na Amerykanina, próbującego wedrzeć się szturmem w ich „rodzimy” gatunek, ale jakoś nie przypuszczam, by pluto na niego jadem, jak zdarza się naszym zachodnim braciom.


OK, zgodzę się, że „Rock the world” to zdecydowanie najlepsza piosenka Chada (bo napisana przy współpracy z kompozytorami, którzy pracują m.in dla Jay-Z, Girls’ Generation, BIGBANG czy 2NE1) a jego poprzednie występy w „Hello”, czy z zespołem Heart2Heart w najlepszym razie nie powalają. „Facebook official” bez większych wyrzutów sumienia można uznać za totalny arcygniot torturujący nie tylko uszy ale i oczy, ale… Czy naszym skośnookim ulubieńcom nie zdarzały się takie żenujące przypadki debiutów? I tak, do Was piję, moje U-KISSki (w przypadku pytań, to powinno wyjaśnić wszystko)! Z drugiej strony zabawne, że to co robią na co dzień pracujących w show-biznesie Koreańczycy i inni przedstawiciele skośnookich nacji, wydaje nam się zupełnie naturalne i ponętne, ale jeśli przedstawiciel kultury zachodu poważy się zrobić to samo, nie ma dlań litości. Ci, którzy najgłośniej krzyczą, jaki to Chad jest „pedalski” i żenujący, nie rzadko są miłośnikami k-popu…

[Chad i 2NE1]

Dla dobra nauki przejrzałam większość wideo, jakie ma na swoim koncie na Youtube Chad. Po obejrzeniu kilku wywiadów i dokumentu zrealizowanego dla Mnet America rozwinęła mi się pewna słabość w stosunku do tego chłopaka. Chad jest tak przemiły, uroczy i szczery w swoich działaniach, że trudno go nie polubić. Podziwiam go za jego upór i determinację w dążeniu do realizacji swoich marzeń. Zawziął się chłopina i po kilku latach mozolnej pracy zdołał przebić się na tyle, by pozwolić sobie na nagranie piosenki z Ravim. Jakby nie spojrzeć, Chad robi to, o czym wielu fanów k-popu marzy w skrytości serca: nagrywa, śpiewa ze swoimi idolami, przeprowadza wywiady z największymi gwiazdami koreańskiej sceny, sam ma nie liche zaplecze fanów. A że zawsze będą tacy, co to im się nie będzie podobać… Chłopak zdaje się nie przejmować „hejtem” i po prostu robi swoje.

I życzę mu jak najlepiej! Moim zdaniem ma talent i predyspozycje, by zrobić karierę, czy to w Ameryce, czy w Korei, czy gdziekolwiek ma ochotę. Jedyne, czego bym jemu i sobie życzyła, to by rzeczywiście poszedł za tym, co mówi, by to on wyznaczał trendy, a nie jest kopiował. Pomimo mojej całej sympatii, póki co Chad trochę stroi się w k-popowe piórka… Pierwsze ujęcia z klipu do „Rock the world” to tak wyraźne nawiązanie do „Warrior” B.A.P, że już wyraźniej się nie da. Wszystko, od muzyki, po fryzurę i stylizacje, wydaje się być zainspirowane Koreą. Nie ma niczego złego w fascynowaniu się czymś i robieniu tego, na co ma się ochotę, ale było by fajnie, gdyby nie skończył jako świetny odtwórca k-popwych coverów (które swoją drogą warto obejrzeć, bo są naprawdę niezłe!). 


Ciekawa jestem, co Wy sądzicie na temat Chada. Bez dwóch zdań jest to postać, która budzi sprzeczne emocje. Jesteście otwarci na to, by w k-popie pojawiało się więcej nie-koreańśkich twarzy, czy wolelibyście, by był to gatunek zarezerwowany dla skośnookich? No i co tak naprawdę czyni k-pop k-popem? Zapraszam do podzielenia się przemyśleniami poniżej!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...