Czy jest coś, do czego nie posunęłaby się agencja, by wypromować
swoich podopiecznych na gwiazdy i zagarnąć tym samym grubą forsę? Patrząc na
ostatnie działania YG Entertainment, można mieć pewne wątpliwości.
Większość pewnie słyszała już o popularnym programie Who
is next: WIN. Jest to reality show produkowane przez YG Entertainment, dokumentujące losy
dwóch grup trenujących pod skrzydłami tej agencji chłopców. W cotygodniowych
odcinkach możemy oglądać przygotowania uczestników do comiesięcznej ewaluacji,
podczas której będą musieli zaprezentować nową piosenkę i układ taneczny. Celem
programu jest wyłonienie zwycięskiego teamu (poprzez głosowanie widzów), który
zgodnie ze słowami agencji „zadebiutuje w
dzień po emisji ostatniego odcinka show”. Co z przegranymi? No cóż… „grupa może zostać rozwiązana, albo wymienimy
kilku jej członków. Nie da się niczego przewidzieć”.
Brzmi dość brutalnie? Ależ nikt się tego nie wypiera!
Wytwórnia na oficjalnej stronie z opisem programu stwierdza: „Program może wydawać się bezwzględny, jednak
jest to rywalizacja, której żaden profesjonalny artysta nie może uniknąć w tej
branży. Będzie to program portretujący rzeczywistość w najbardziej
transparentny sposób.” Acha… Więc aby ułatwić swoim podopiecznym życie, YG
postanowiło rzucić swój narybek na pożarcie publiczności. Skoro tak czy owak
będą zmuszeni zmierzyć się z „bezwzględną rywalizacją”, czemu nie zafundować im
tego na starcie, pod obstrzałem kamer 24h na dobę 7 dni w tygodniu. Co tam, że część
chłopców nie ma skończonych nawet 18-tu lat. Niech od małego uczą się, że w
życiu nie ma lekko.
[w grupie B znajduje się
dwóch chłopców, którzy mają 16 lat i jeden 17-nastolatek. Pozostali to dwie
osiemnastki i jeden 19-nastolatek]
Im dłużej interesuję się koreańskim show biznesem, tym
częściej zadaję sobie pytanie, ile jeszcze z ludzi pozostało w większych i
mniejszych gwiazdkach szklanego ekranu. Czy managerowie agencji gwiazd patrzą
na swoich podopiecznych jeszcze jak na drugiego człowieka, czy jak na produkt. A
właściwie to półprodukt, który trzeba odpowiednio urobić, doprawić, wstawić na określony czas do pieca i voila! Gorące ciacho ląduje na stole, wzbudzając aplauz zebranych!
Niemal w każdym człowieku siedzi głęboko zakorzeniona
potrzeba uznania i znajdowania się w centrum uwagi. Bardziej lub mniej
rozwinięta, bardziej lub mniej uświadomiona, ale gdzieś tam jest. Nie potępiam
nikogo, kto chce zrobić użytek ze swojej ładnej buzi albo rzucającego na kolana
głosu i zdobyć krajową albo i światową sławę. Marzenie by zostać piosenkarzem,
aktorem czy modelką nie jest niczym złym a mieniący się złotym blaskiem świat
celebrytów musi kusić młodych i uzdolnionych. Niby mówi się o tym, jak ciężki
jest to los, jak wiele będzie wymagał wyrzeczeń i pracy ponad siły, ale czy dzieci
(bo właśnie dzieci rekrutuje się jako materiał na potencjalne gwiazdy) zdają
sobie w pełni sprawę na co się piszą, przestępując próg danej agencji? Mocno
nie sądzę. Skoro nawet rodzice nie są w stanie w pełni ocenić sytuacji i na co
zgadzają się, oddając swoją pociechę na trening, jak można oczekiwać od
kilkunastoletnich rekrutów, że wiedzą, co robią? Jeśli któryś z koreańskich
gigantów wybierze ich jako swoich trainees, jedyne co odczuwają w tym momencie
to euforię, jakby chwycili pana Boga za nogi. Zgadzają się więc na wszystko,
byle tylko ich marzenia mogły się spełnić.
Agencje wiedzą o tym doskonale i wykorzystują to do granic
przyzwoitości. Niewolnicze kontrakty, nadużycia władzy, poniżanie, czasem i
molestowania na tle seksualnym (o tym niebawem)… K-pop nie zawsze jest cukierkowo
słodki. Władza absolutna deprawuje, a szefowie i managerowie agencji taką
władzę posiadają nad swoimi podopiecznymi. Przywołując astronomiczne liczby
chętnych na miejsce każdego trenującego, firmy zmuszają swoich trainees do
ślepego posłuszeństwa. W tej branży naprawdę przetrwać mogą tylko ci najbardziej
zdeterminowani, a więc i tacy, którzy zgodzą się na każdy szalony pomysł, byle
tylko utrzymać swoją pozycję i mieć szansę na debiut.
Będąc trainee jest się właściwie ubezwłasnowolnionym.
Szefowie agencji oraz managerowie posiadają status bliski bogom i nic nie
podlega dyskusji. Pomijając utrwaloną w koreańskim społeczeństwie hierarchię
bazującą na wieku, gdzie starszy ma zawsze rację i należy mu się odpowiedni
szacunek, to jeszcze nakłada się na to drabina profesjonalnych zależności,
która jest równie, jeśli nawet nie silniejsza. Po prostu starszemu/wyżej w
hierarchii się nie podskakuje i koniec. A managerowie i bez tego mają
wystarczająco narzędzi, by podporządkować sobie trenujących pod ich skrzydłami
młokosów. W końcu to oni mają więcej doświadczenia i wiedzy, wypromowali już w
swoim życiu nie jedną gwiazdę, więc po co mieliby w ogóle tracić cenne sekundy,
wysłuchując jaki pomysł ma na siebie i swoją karierę dany dzieciak. Młodzi dostają
na tacy gotowe piosenki i układy choreograficzne, na próby przyjeżdżają wybrane
przez szefów kostiumy, a pan czy też pani fryzjerka i tak wiedzą lepiej, w
jakiej fryzurze będzie im do twarzy. Uczą się jak odpowiadać na pytania podczas
wywiadów, by nie wypaść głupio, a jakakolwiek próba okazania ludzkich uczuć,
czy dezaprobaty kończy się połajanką, że jeśli się nie podoba, zawsze można wyjść
z sali ćwiczeń i już nie wrócić. To tyle. Przyjęli? WYKONAĆ!
Obawiam się, że już po kilku miesiącach takiego treningu w
młodocianych umysłach muszą następować poważne spustoszenia i zachwiania
poczucia własnej wartości, by nie powiedzieć własnej osoby… A przeciętny
trening na gwiazdę trwa 3-5 lat. 2-3 lata to absolutne minimum, choć i zdarzają
się rekordziści, którzy spędzili w szeregach rekrutów ponad 10 lat! Choćby taki
BIGBANG szykował się do swojego
debiutu 7 długich lat. Co dzieje się z ludzką psychiką przez tak długi czas
prania mózgu? Lepiej się nie zastanawiać…
Wracając do YG. Tak więc panowie z agencji wykoncypowali
sobie, że po co ryzykować wypuszczenia na rynek dwóch boys bandów, kiedy można zaprezentować
publiczności 11 chłopców na raz i pozwolić, by to widzowie wybrali tych,
których polubili najbardziej. Dla firmy czysty zysk: wyprodukowany minimalnym
kosztem reality show będzie promował od razu wszystkich uczestników, zwycięski
zespół ze startu będzie miał pokaźną fan bazę i odpowiedni medialny szum wokół
siebie, co dobrze wróży jego przyszłości. Przegrani… No cóż… Mogli postarać się
bardziej. YG podniesie ręce do góry i powie, że przecież to nie oni
zadecydowali o ich losie, a publiczność. Minimum ryzyka, maksimum profitów.
Bardzo sprytnie!
Tyle tylko, że zamysł wydaje mi się być dość wątpliwy
moralnie. Czy uczestnicy mieli w ogóle jakiś wybór, czy chcą wziąć udział w
programie i znajdować się pod nieustannym obstrzałem kamer przez 10 tygodni?
Pewnie dostali propozycję nie do odrzucenia: albo bierzesz udział w programie i
masz szansę zadebiutować po jego zakończeniu, albo będziesz cieszył się statusem
trainee jeszcze przez dłuuuuuuuugie lata. Nie mówiąc już o tym, że kto jak kto,
ale firma z pozycją i wpływami jakie posiada YG nie powinna w ogóle uciekać się
do podobnych środków, by wypromować swoich podopiecznych. Jeśli tak szanowani
giganci, którzy jeszcze do tego szczycą się uczciwym traktowanie swoich
pracowników, nazywając ich rodziną (YG Family), to lepiej nie myśleć o tym, co
może wpaść do głów innym, nieco bardziej zdesperowanym szefom mniejszych
wytwórni.
Generalnie można zaobserwować trend, jakoby agencje gwiazd
szczyciły się tym, jak podle traktują swoich trainees. YG otwarcie przyznało,
że program jest „bezwzględny”, ale
już w kolejnym zdaniu stwierdza, że taki jest show biznes, więc postawmy przed
tym kamerę i przekujmy ludzkie dramaty na rozrywkę dla mas. Tak samo głośny
dokument o Nine Muses, przygotowany
dla BBC i wyświetlony podczas międzynarodowego festiwalu filmowego w
Amsterdamie w zeszłym roku, został akredytowany przez agencję dziewcząt, Star Empire. Stacja Al Jazeera
przygotowała raport o pracy ponad siły dziewcząt z grupy Rania i podobnie jak w przypadku „Nine Muses of Star Empire” i ten film został pobłogosławiony przez
agencję zespołu (więcej tutaj).
Przesłanie wydaje się być jasne. Biznes jaki jest, taki
jest. Po co się z tym ukrywać? Lepiej przyznać się otwarcie i uczynić z tego
ogólnie znaną i akceptowaną prawdę, niż usiłować cokolwiek zmienić. Bo czemu by
zmieniać coś, co świetnie działa i przynosi profity? A że złamie się charakter
i być może całe życie kilku młokosom… No cóż… Taka jest cena sławy. Agencjom na
pewno dużo łatwiej pracować z gwiazdami, które są jej poddańczo posłuszne.
Kontrolując wszystko, co tylko można, od planu dnia, poprzez dietę, do tego z
kim i kiedy można się spotkać i czy można mieć chłopaka/dziewczynę, czy nie,
minimalizuje się ewentualne niebezpieczeństwa związane ze skandalami i
osłabnięciem motywacji danego delikwenta do ciężkiej pracy. A jak ciężko
pracuje się w koreańskim show biznesie można przeczytać chociażby tutaj.
W wspomnianym wyżej dokumencie o Nine Muses, Sera (jedna z dziewcząt z zespołu) stwierdza
pod koniec filmu: „Nie wiem czy to co
powiem, będzie przydatne, ale to co się zmieniło, to przed debiutem było między
nami człowieczeństwo. Wtedy to miałyśmy. Ale już tego nie ma.”
[Sera z Nine Muses]
I niech ten cytat posłuży za puentę dzisiejszego postu.
Więcej na temat:
Seria o kulisach k-popu:
Część I: Dzień jak co dzień
Część II: Presja
Część III: Najmłodszy w rodzinie
Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com






