poniedziałek, 17 grudnia 2012

Kobiety, seks, pieniądze i k-pop


Czyli o portrecie współczesnej koreańskiej kobiety, widzianym przez pryzmat najnowszych k-popowych klipów.

[GaIn]

Oglądając k-popowe klipy ciężko być obiektywnym. Mając swoje lata, świadomam (teoretycznie) chwytów, jakimi posługują się wytwórnie i ich artyści, jednakowoż… W obliczu wyskakujących nagle, ni z tego ni z owego, roznegliżowanych i przyjemnie umięśnionych męskich klat, które do tego wirują mi przed oczyma (czytaj: „Love SongRaina), trudno zachować zdrowy osąd. Podjęłam co prawda heroiczną próbę oddania sprawiedliwości nadwerężanym ostatnio klatom w innym poście (tutaj), zazwyczaj jednak kończy się na moim rozanielonym wzroku i piskach zachwytu, podczas gdy nad koreańskimi girls bandami w większości kręcę z niesmakiem nosem.

Mniemam, że dokładnie tak samo jest z girls bandami i odbiorem ich poczynań przez męską część publiczności. To co kobietom od razu rzuca się w oczy i niesmaczy od pierwszej sekundy, mężczyznom jakoś unika… Do tego dochodzi drobna nutka zazdrości, że myśmy nie tacy piękni, gładcy i gibcy jak pląsający na ekranie piosenkarze i skrajne opinie gotowe.

Czegóż się jednak nie robi w walce o zachowanie poziomu w k-popowej dyskusji. Mogę nawet obejrzeć klipy Hyuny! Bo to właśnie ona, a właściwie jej najnowszy „Ice cream” skłonił mnie do napisania tego, co nastąpi.

  
[taaaa.... definitywnie Batman gdzieś przepadł.... 
i też bym chciała wiedzieć chłopcze, kiś zacz :>]

Pisałam już nie raz (np. tu, tu i tu), że społeczeństwo koreańskie ulega gwałtownym przemianom obyczajowym, czego odbicie można znaleźć również w k-popie. W ciągu zaledwie 20 czy coś około lat rola kobiety na scenie przeobraziła się od statecznej diwy, poprzez rozkosznie pląsające aegyo-dziewczątko, do zipiącego seksapilem monstra. Myślę, że to, co przyciągnęło do koreańskiej pop-kultury wielu z nas, była pewna doza niewinności w MV i filmach w porównaniu z zachodnimi odpowiednikami. Im dłużej jednak człowiek siedzi w temacie, tym boleśniej uświadamia sobie, że klipy niewiele mają wspólnego z niewinnością, a fakt, że kawa jeszcze nie została wyłożona na ławę (przynajmniej w klipach, bo na filmach to i owszem) to tylko zasługa mojego ulubionego Ministerstwa do spraw Równouprawnienia i Rodziny, które tnie przy pniu wszystkie próby złamania obowiązujących wzorców. A przynajmniej takie, które nie mieszczą się w ich pojęciu przyzwoitości, a jak wiadomo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ. O tym jednak nie dziś (więcej tutaj), bo to temat rzeka, liźnięty już przeze mnie jakiś czas temu tutaj.

Ostatnie dokonania śpiewających pań rzucają nowe światło na temat seksualności kobiet w Korei oraz ich walki o równouprawnienie. Szczególnie trzy klipy wybijają się na tym tle i jest to wspomniana HyunA z jej „Ice cream”, GaIn w „Bloom” oraz Miss A w „I don’t need a man”. Każdy z tych klipów ujmuje kobiecą niezależność i seksualność inaczej i nie każdy wart jest poklasku. Zacznijmy jednak od pozytywnych wzorców.

 [GaIn w "Bloom"]

GaIn, zirytowana faktem, że wspomniane wcześniej Ministerstwo nałożyło restrykcje na jej poprzedni teledysk (choć tak naprawdę nie było ku temu wielkich powodów) postanowiła tym razem dać im takowy. Jak rzekła tak i uczyniła, bo „Bloom” zdecydowanie wybija się ponad przeciętność k-popowej twórczości. Nie dość, że w klipie możemy obejrzeć miłosne igraszki piosenkarki i być może pierwszy utrwalony na k-popowej taśmie kobiecy orgazm, to jeszcze GaIn kocha się sama ze sobą na kuchennej podłodze!

Wow.

GaIn już od dłuższego czasu wyrastała na moją nową ulubienicę, ale tym klipem przechyliła szalę. Pomimo szokujących, jak na k-pop, obrazów, udało jej się dokonać niemożliwego, a mianowicie całemu klipowi daleko jest pornograficznej wulgarności. Jest to przyjemny dla oka, zmysłowy portret kobiety, która kocha, jest kochana, rozkwita seksualnie i czerpie przyjemność z miłości. Klip nie jest wyrwanym z kontekstu dziełem spragnionych sensacji twórców, a stanowi ilustrację do tekstu, który opowiada o miłości, związku łączącym dwojga kochanków i budzącej się zmysłowości. GaIn przyrównuje się do kwiatka, który rozkwita w pełni pod dotykiem swojego ukochanego.


To, co czyni klip wyjątkowym, jest fakt, że kobieca seksualność przedstawiona jest w realistyczny, niewyuzdany sposób. Owszem, GaIn wygina się ponętnie w skąpym stroju, otoczona czwórką tancerzy, jednak w scenach miłosnych jej uwaga skupiona jest jedynie na dokonującym się akcie i przyjemności, jaką on z sobą niesie. Nie ma tu żadnych mrauki-super-duper-sexy min i darcia powietrza pazurami, ani maniakalnego ocierania wyimaginowanych okruszków z twarzy. Jest za to zadowolona, piękna kobieta, na którą przyjemnie popatrzeć nie tylko z męskiego, ale również z damskiego punktu widzenia.


O Hyunie i jej „Ice cream” niestety już tego powiedzieć nie można. Moje zęby mimowolnie zgrzytają, ilekroć widzę tę panią. Jej interpretacja kobiecej seksualności zapewne schlebia panom, bo to dla nich dziewczę tak się wygina i rozchyla usta (żeby tylko usta), z damskiej perspektywy jednak… No cóż…


Główna różnica pomiędzy Hyuną a GaIn polega na tym, że ta pierwsza za wszelką cenę chce podniecić i uwieść męską część publiczności, co staje się dla niej celem samym w sobie, podczas gdy GaIn seksualność wykorzystuje jako ilustrację do historii, którą chce opowiedzieć. Może to drastyczne, ale mniemam, że dobrą metaforą byłby film pornograficzny versus film obyczajowy ze sceną łóżkową. Czasem i w jednym i w drugim mało pozostaje dla wyobraźni, ale cel wykorzystania seksu jest zgoła odmienny.

Hyuna nie oszczędza się w „Ice cream”. Wykorzystuje doskonale nam znane z wszystkich jej poprzednich produkcji chwyty, z pocieraniem się tu i tam i onanizowaniem sobie twarzy włącznie, a nawet idzie kilka kroków dalej, tańcząc (ujeżdżając?) na tyłku jednego ze swoich tancerzy. Jedyne co mnie rozczarowuje, to dlaczego w takim ociekającym tanim erotyzmem klipie zabrakło sztandarowej pozy z ręką wetkniętą pomiędzy nogi?! No jak to tak?! Nieśmiała inauguracja zaszła w „Change”, potem była większa „gracja” w „Bubble Pop”, w „Troublemakerze” Hyuna osiągnęła już niemal tytuł magistra pozy a tu nic?! Why, Hyuna, why?!


Pomijając permanentny problem Hyuny z zamykaniem buzi i utrzymaniem rąk przy sobie, zastanawiające jest też „przesłanie” klipu. Przez 4 minuty trwania piosenki przewija się mrowie kolorowych outfitów, morze drogich dodatków i wielkich jak pięść brylantów. Ciekawe skąd ona na to ma? Sprzedając TAKIE LODY, jakie widzimy na klipie, obawiam się, do wielkiej fortuny dojść ciężko… Przeanalizowawszy, losowe sceny w pianie oraz z roznegliżowanym panem przestają być takie losowe.

 [jeśli jeszcze raz usłyszę w jakiejś piosence "bling bling" zacznę krzyczeć! wrrrrrrrr!]

Skoro już jesteśmy przy pieniądzach i sposobach zarabiania na życie, Miss A niedawno wypuściły piosenkę, która urasta do rangi feministycznego manifestu: „I don’t need a man”. Jest to afirmacja samodzielności i niezależności finansowej kobiet. Dziewczęta z Miss A przekonują, że nie potrzeba im mężczyzny, że same doskonale potrafią o siebie zadbać. Same płacą swój czynsz, same płacą za torebki i obiad w restauracji. Pracują ciężko i nie zawsze starcza im na wszystkie zachcianki, ale ich niezależność napawa ich dumą i miłością do własnej osoby.


Przyznaję, że co do tej pozycji mam mieszane uczucia. Ogólne przesłanie jest jak najbardziej chlubne, szczególnie w patriarchalnym, koreańskim społeczeństwie, gdzie wciąż pokutuje przekonanie, że szczytem kobiecych ambicji powinien być udany mariaż. Z drugiej jednak… Czyżby dotychczas mężczyzna kobiecie był potrzebny tylko i wyłącznie w charakterze chodzącego portfela? Coraz częściej łapię się na tym, jak naiwne bywają moje poglądy, bo mi zawsze wydawało się, że w relacjach damsko-męskich jest nieco więcej romantyzmu. Nie mówiąc już o tym, że takie ujęcie sprawy stawia nas, kobiety, w delikatnie mówiąc, nie najkorzystniejszym świetle. No bo jeśli tak, jedynym sensem kobiecej egzystencji zdaje się być zdobycie odpowiedniej ilości luksusowych produktów, typu designerskie torebki, drogie perfumy i błyszczące buty na wysokim obcasie (jak sugerują wstawki w MV). Pod takim rozumieniem niezależności ja się nie podpisuję.

No, ale nie marudząc za dużo, zadowolona jestem z pierwszych jaskółek zmian, jakie raz po raz przelatują nad k-popowym światkiem. Chciałoby się, by takich odważnych i niesztampowych wystąpień było jak najwięcej. Co zaś tyczy się ujęć kobiecej seksualności, jakim raczy nas HyunA ze swoimi managerami, trzeba pamiętać, że zostały one stworzone dla mężczyzn i ku uciesze ich oczu. I jak długo panom będzie się to podobać, Hyuny będą się mnożyć i sobie wesoło egzystować. Próżno jednak oczekiwać entuzjastycznych okrzyków z damskiej części publiczności. W każdej heteroseksualnej kobiecie, która ma choćby jaki taki szacunek do własnej osoby, podobne przedstawienie tematu musi wywoływać słuszne oburzenie.

A przynajmniej powinno ;)

 
[jedyna scena na której było przynajmniej na czym oko zawiesić ;)]

Więcej na temat u mnie:
 
Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

środa, 12 grudnia 2012

„Oppan Gangnam Style!”


Mniemam, że spora część czytelników, zobaczywszy ten tytuł, doznała nagłych spazmów. „Gangnam Style” jest tak bardzo popularny, że zdążył już większości porządnie obrzydnąć. Do mnie jednak, na moją indyjską wioseczkę, konikowy szał nie dotarł, więc możecie sobie tylko wyobrazić moje zaskoczenie, gdy odkryłam, iż nawet Barack Obama odgrażał się, że zatańczy „Gangnam Style”, jeśli ponownie wygra wybory prezydenckie*.


A tak poza tym, czym byłby ten blog, gdybym nie napisała choć kilku słów o tym fenomenie?

Przyznaję szczerze, że nie wiem co jest zabawniejsze: sam klip, czy reakcje nań. A właściwie pogłębiony dyskurs „naukowy” narosły wokół fenomenu. No bo jak to tak?! – grzmią media (a już na pewno te amerykańskie) – żeby jakiś „gruby facet” z jakiegoś „Jang-jang” stał się z dnia na dzień bardziej popularny niż Justin Bieber i Brad Pitt razem wzięci?!

Zapisane kursywą określenia bynajmniej nie są moim wymysłem, a cytatami z ust Billa O’Reilly, gospodarza popularnego amerykańskiego talk-show The O’Reilly Factor. Mnie pan nie jest znany, ale śmiem twierdzić, że jeśli ktoś dorobił się programu w FOX News Channel i do tego pozwolono mu zatytułować show własnym nazwiskiem, jest ważnawą publiczną personą. W jednym z ostatnich odcinków swojego programu O’Reilly postanowił dotrzeć do jądra popularności PSY, analizując fenomen z psychiatrą, doktorem Ablo. Mniemam, że w zamyśle twórcy rozmowa miała być prowadzona lekko i z przymrużeniem oka na całe to szaleństwo, ale wyszło cynicznie, ignorancko, by nie rzec: rasistowsko. Pan O’Reilly nie zadał sobie nawet trudu sprawdzenia z jakiego kraju pochodzi PSY, imitując przy opisywaniu jego narodowości chińsko-brzmiące (zapewne w jego przekonaniu dowcipne) dźwięki. Co więcej, kilkakrotnie w rozmowie przewija się stwierdzenie, że „Gangnam Style” pozbawione jest jakiegokolwiek znaczenia (gdyż nie jest śpiewana po angielsku i biedaczek, prowadzący, nie może zrozumieć ani słowa), a pan doktor radośnie przyrównał hit PSY do niebezpiecznego narkotyku.

 [Bill O'Reilly i doktor Ablo 
dla zainteresowanych i znających angielski cały wyjątek z programu
TUTAJ]

Jeszcze lepsze są artykuły napisane dla poważnych amerykańskich dzienników czy magazynów, jak np. The Atlantic, który doszukuje się w „Gangnam Style” głębi, o którą sam PSY zapewne się nawet nie podejrzewa, czy Wall Street Journal, który tak dogłębnie analizuje korzenie fenomenu, że wywodzi styl PSY od stylu śpiewaków-artystów gwang-dae. Gwang-dae dosłownie znaczy „klaun” i rzeczywiście, kilka wieków temu owi grajkowie robili furorę na dworach, ale… Takowe porównanie… To coś jakbyśmy stwierdzili, że dzisiejsza popularność Piotra Rubika wywodzi się w prostej linii od panów śpiewających w chorałach gregoriańskich. No co, u niego też się chóralne śpiewy przewijają w piosenkach, nie? Nie?

Co do szarych ludków, to reakcje są podzielone. Niektórzy kochają, niektórzy nienawidzą i za nic w świecie nie mogą pojąć narosłego wokoło szału. Ot, życie. Zastanawiająca bywa natomiast reakcja niektórych miłośników k-popu. Tu i ówdzie w sekcji z komentarzami natknęłam się na zrozpaczone wyznania, że popularność „Gangnam Style” zupełnie k-popowi nie służy, a tak w ogóle to woleli, gdy ich koreańskie szaleństwo pozostawało owiane nimbem tajemniczości i znane było tylko wąskiemu kręgowi wybranych.


Trochę to przykre, nazywać się czyimś fanem i skąpić swojemu ulubieńcowi popularności. Niestety, niektórzy lubią snobizować się znajomością czegoś, co dla innych jest niedostępne i tracą zainteresowanie, gdy tylko wiedza tajemna, przestaje być tajemna. Tak jakby z wstąpieniem do ogólnoświatowego nurtu dana muzyka przestawała być dobra, bo ściera się, docierając do zbyt wielu uszu… Zabawnie wygląda to zwłaszcza w przypadku k-popu, który jest tak popularny w Azji, że bardziej byłoby już trudno.

Tak na marginesie, śmiem wątpić, by sukces PSY miał znacząco przysłużyć się promowaniu k-popu na zachód. Nie bez przyczyny to właśnie PSY robi furorę a nie Big Bang czy SHINee. Czołowy ujeżdżacz wyimaginowanego konika nie za wiele ma wspólnego z typowym przedstawicielem wycyckanego i błyszczącego świata k-popu. Nie jest ani uderzająco piękny (co kto lubi), daleko mu do muskulatury Raina tudzież zwiewności Taemina, miny które strzela do obiektywu nie do końca mają na celu porażenie drapieżnym seksapilem damskiej części populacji (czyżby? :>), a już na pewno tańcowi daleko do wystudiowanych wygibasów z „Lucifera”. Jest za to chwytliwy bicik, mnóstwo prostego humoru i zabawy.

[jak lubię chłopaków, to tutaj ktoś wyraźnie przesadził...
SHINee]

Myślę, że przeciętnemu zjadaczowi zachodniego chleba ciężko jest przełknąć fakt, że koreańskie zespoły w 99% przypadków nie są spontanicznym przebłyskiem lubiących muzykować kumpli, a wyprodukowanym ogromnym nakładem pracy i środków produktem. Nam, osobom co nieco bardziej wgryzionym w temat, ten drobny detal już zupełnie nie przeszkadza, albo przynajmniej uporaliśmy się z nim na tyle, by przejść nad nim do porządku dziennego. Poza tym nie wydaje mi się, by w jakikolwiek sposób ujmowało to coś koreańskim twórcom. Jak by nie patrzeć, to ich talent i ciężka praca zaprowadziły ich tam, gdzie znajdują się dziś. Inną rzeczą, która może odpychać jest fakt, że występujący w klipach artyści są tak przeraźliwie… perfekcyjni. Piękni, z buźkami gładszymi niż pupy niemowlaków. Cudnie tańczą, rewelacyjnie śpiewają, przed kamerami prezentują się jak marzenie. Czasem aż ciężko uwierzyć, że ci pląsający na ekranie ludzie są naprawdę istotami z gatunku homo sapiens.

Oglądając zaś wygłupy PSY… Wszystkie powyższe problemy znikają. Jest szalony facet, z którego można się pośmiać, jest uzależniająca muzyczka, jest łatwy do naśladowania ruch sceniczny. Coś a’la Lambada czy Macarena obecnego lata. Jasne, że może dzięki „Gangnam Style” znajdzie się kilka osób, które będą na tyle zafascynowane kolorowym światem koreańskiego show-biznesu, że zechcą poznać i innych artystów, ale na masowe googlowanie pojęcia „k-pop” bym nie liczyła.

 [Czy jest ktoś, kto choć raz w swoim życiu nie tańczył "Macareny"?
Wesołe pląsanie na paraolimpiadzie]

K-pop ma jednak potencjał, bo gdyby nie jego rosnąca na zachodzie popularność, PSY w ogóle nie miałby szans zaistnieć w masowej świadomości. Popularność „Gangnam Style” za oceanem zaczęła się od producenta i rapera T-Pain, który zamieścił link do MV na swoim Twitterze. Później Katy Perry i Nelly Furtado również zaczęły komentować piosenkę i klip. Telewizja CNN podchwyciła temat i nadała hitowi PSY nowego rozgłosu. Wszystko to nie byłoby jednak możliwe, gdyby T-Pain nie słyszał wcześniej o k-popie i nie zadał sobie trudu, by choć pobieżnie śledzić losy branży muzycznej na maleńkim i odległym półwyspie. Tak więc wysiłek naszych ulubionych gwiazd jak Big Bang czy Girls’ Generation, by zabłysnąć w Ameryce, niezupełnie poszedł na marne.

Cóż, można nazwać popularność „Gangnam Style” „kultem badziewia” i mieć serdecznie dość całej tej wrzawy wokół głupkowatej piosenki wesołego faceta w średnim wieku. Jednym może wydawać się zabawne, gdyż ośmiesza wszystkie sztywne standardy i prawdy objawione w k-popie, innych może bawić, bo ot niezbyt przystojny skośnooki wydurnia się przed kamerą, potwierdzając czyjeś wyobrażenia o dziwaczności Azjatów. Jedni oczekują od muzyki poruszenia duszy i zszargania emocji, inni lubią poprawić sobie humor słuchając skocznych hitów. PSY ze swoją muzyką nigdy nie pretendował do miana Schuberta epoki, ani nawet nie zabiegał o międzynarodową popularność. Jego piosenki bez wątpliwości pisane są po to, by bawić nie tyle publiczność, co samego twórcę i jak długo wszyscy się przy ich tworzeniu i słuchaniu dobrze bawią, nie ma na co narzekać.


Więcej na temat:

Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com


* Małe sprostowanie. Ponoć mr Obama wcale nie odgrażał się, że zatańczy publicznie „Gangnam Style”, tylko stwierdził, że byłby w stanie to uczynić. Spytany przez dziennikarza, czy zaprezentuje swoje umiejętności taneczne po ewentualnej reelekcji oznajmił skromnie: Nie jestem pewien czy bal inauguracyjny to odpowiednie miejsce na przełamanie się… Może zrobię to prywatnie dla Michelle.

niedziela, 18 listopada 2012

wiesci II!

Ciezko uwierzyc, ze tyle czasu minelo, od kiedy napisalam tutaj jakis bardziej zwiazany z tematem post, niz jeki nad brakiem laptopa tudziez zachwyty nad pieknem Indii.

 
Dzis  niestety nie nastapi zmiana tego trendu, ale... mam dobre wiesci! :)

W grudniu powracam tymczasowo na ojczyzny lono, wiec jak tylko odkopie sie z 4-miesiecznych zaleglosci, to pewnie co nie co napisze na temat tego, co wyczytalam :D Mam nadzieje, ze chociaz kilka osob cieszy sie na ten moment tak samo jak ja!

Co so sprawy okololaptopowej, to urzad celny w Chennai zasluguje na porzadnego kopniaka w d***, bo wyobrazcie sobie, ze 1,5 miesiaca to jednak nie jest wystarczajaca ilosc czasu, zeby sie kopsnac na poczte i wyslac do domu moje technologiczne szczescie! Zaniepokojona tym, ze laptop jeszcze do Polski nie dotarl, zadzwonilam do urzedu i powiedziano mi, ze wysla go w przyszlym tygodniu! Jesli po powrocie do domu nie zastane tam mojego lapciaczka, przysiegam uroczyscie, skopie im portki! (nie moimi nogami, niestety, ale mam swoich ludzi na miejscu, wiec niech lepiej maja sie na bacznosci).

Dziekuje jeszcze raz wszystkim, ktorzy pomimo zawieszenia bloga w prozni przez tak dlugi czas, wciaz tu zagladaja, komentuja i lubia na facebookowej stronie!

Do zobaczenia niebawem! :)

P.S. Korea jak najbardziej aktualna, tyle, ze sie przeniosla na styczen, wiec od Nowego Roku oczekujcie ciekawszych wpisow! :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...