niedziela, 8 kwietnia 2012

Lubisz pięknych i zadbanych mężczyzn?

Dobra wiadomość! Najwyraźniej Ty i ludzie w Twoim otoczeniu żyjecie w zdrowiu i dostatku.

[Joo Ji Hoon]

Tak najkrócej można podsumować badania, które przeprowadzili szkoccy uczeni z uniwersytetu w Aberdeen. Zainspirowani wynikami innych badań z 2004 roku, wg których wynikało, że kobiety z wiejskich regionów Jamajki zdecydowanie bardziej preferują „męski” typ urody u swoich partnerów, niż np. ich koleżanki z Wielkiej Brytanii, postanowili dokładniej przyjrzeć się temu fenomenowi. Dwójka badaczy ze Szkocji zadała sobie pytanie, czy owe różnice spowodowane są czynnikami związanymi z miejscem życia kobiet, czy z jakimiś wrodzonymi instynktami, czy może kobiece gusta kształtuje kultura i warunki życia. By się tego dowiedzieć, przeankietowali niemal 5 tysięcy kobiet z 30-tu różnych krajów. Zadaniem badanych było wskazać, która wersja twarzy tej samej osoby (zmienionej komputerowo tak, by ta z lewej miała typowo męskie rysy, a ta z prawej bardziej androgeniczne) bardziej im się podoba, a także odpowiedzieć na szereg pytań związanych z ich zamożnością, przekonaniami, zwyczajami dotyczącymi z zawieraniem związków itp.

[zdjęcia, z które pokazano ankietowanym paniom]

Kobiety częściej wybierały twarz z lewej strony, a więc tę o klasycznie męskich rysach, jednak dokładna analiza badań pozwoliła wysnuć naukowcom dużo ciekawsze wnioski. O preferencjach dotyczących wyglądu potencjalnego partnera nie decydowały takie czynniki jak: osobista majętność, czy randkowe prawiła, ale np. skala śmiertelności noworodków w danym państwie. Do innych ważnych czynników można zaliczyć: ogólną ilości zachorowań i średnią długość życia. Wyszło więc na to, że im dane społeczeństwo jest zdrowsze, tym kobiety mniej sobie cenią mocno zarysowaną linię szczęki i ostre rysy.

W krajach z większą ilością zachorowań i dużym niebezpieczeństwem śmierci dzieci, kobiety zdecydowanie częściej wybierają „męskich” towarzyszy, gdyż o kształcie i cechach twarzy w dużej mierze decydują hormony. Mężczyzna z dużą ilością testosteronu we krwi posiada klasycznie męskie rysy twarzy, co od wieków stanowi gwarancję Matki Natury, że dany egzemplarz posiada silny układ odpornościowy i zapewni kobiecie zdrowe potomstwo. Niestety, wysoki poziom tego hormonu oznacza również ognisty temperament i… tendencję do skakania z kwiatka na kwiatek. Jeśli jednak warunki tego wymagają, kobiety podświadomie wolą podzielić się „byczkiem rozpłodowym” i same wychować dzieci, niż mieć „mięczaka” tylko dla siebie.

[Matsumoto Jun]

W krajach, gdzie poziom życia jest wysoki, świadomość matek duża, a opieka medyczna znajduje się na zaawansowanym poziomie, cechy takie jak siła fizyczna i doskonałe zdrowie schodzą na dalszy plan. W imię czego kobiety miałyby się użerać z niewiernym, wybuchowym partnerem? Czy nie lepiej znaleźć sobie kogoś, kto będzie pomagał w domowych obowiązkach, potrzyma za rękę przy porodzie, a potem będzie z entuzjazmem uczył się zmieniania pieluch? Oczywiście męskość, w klasycznym tego słowa znaczeniu, nadal jest i zawsze będzie czymś, co nęci kobiety, ale o ile napompowany Adonis wcielony będzie doskonałą rozrywką na jedną noc, to delikatny i wątły kwiatek lepiej nadaje się na stałego partnera.

[Yoon Si Yoon]

A piszę o tym wszystkim dlatego, że wciąż ciekawa jestem źródeł powstania nowych standardów męskiej urody w stylu flower boys, a więc naszych poczciwych kkotminamów, bishōnenów i bidanshich (więcej w moim osławionym cyklu tutaj, tutaj i tutaj). Jasne, że na ten fenomen miało wpływ mnóstwo czynników, ale wydaje mi się, że podjęty w tym poście trop, jest jednym z właściwych. Daleka jestem od stwierdzenia, że miłość i pasja jest tylko i wyłącznie wynikiem chemicznych reakcji, zachodzących w naszych ciałach (jakąś tam dozę romantyzmu posiadam i nie dam się z niego odrzeć ;), ale nie można też wyprzeć się instynktów, które kształtowały nas przez tysiąclecia. Ciekawe więc, czy czeka nas powolna feminizacja świata i zalew wypięknionych i wypachnionych panów, czy to jednak tylko chwilowy trend i finalnie wszystko zostanie po staremu. Szczerze mówiąc, sama nie wiem, co lepsze. Chyba najlepiej by było, by ta różnorodność, którą teraz mamy, utrzymywała się jak najdłużej. W końcu świat tylko dlatego jest piękny, że jest tak fascynująco niepowtarzalny.

[Ikuta Toma]

Więcej na temat:
Społeczne fenomeny

Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

piątek, 6 kwietnia 2012

Na randce z Koreańczykiem

Dobra dziewczęta, chwila prawdy. Która z nas, oglądając niewiadomo którą już koreańską dramę i serwując sobie wieczór z variety shows z którymś z ukochanych piosenkarzy, nie zapragnęła (choćby przez chwilę) przygruchać sobie koreańskiego chłopaka? No, ręka w górę. Niby nie miałaś takich pomysłów? Pffff… Akurat…

[czegóż chcieć więcej?
Kang Ji Hwan i Lie to Me]

Nie da się ukryć: można sobie powtarzać, że to wykreowany, nierealny świat. Doskonale wiemy, że to tylko bajki dla większych dziewczynek. Nie ma szans, byśmy wierzył, że to, co oglądamy na ekranie, miało jakikolwiek związek z rzeczywistością, ale… Ale faceci, którzy właśnie pląsają nam na monitorze są tak nieludzko piękni! Do tego, jak już kochają, to po grób, miłością silną i niezłomną. Nie ma takich przeciwności losu, które mogłyby odwieść skośnookiego od zdobycia serca swojej ukochanej. Żadne tam zgryźliwe matki, psychopatyczne byłe narzeczone, upierdliwi adoratorzy białogłowej, padające fortuny, wypadki drogowe ani błotniste lawiny! Nie ma takiej siły, która mogła by go powstrzymać, przed dopięciem swego. A gdy już dopnie, nosi swoją ukochaną na rękach i podsuwa jej jedzonko pod dzióbek. I jak tu nie snuć fantazji o znalezieniu takiego w realnym świecie?


Nie my jedyne mamy takie ciągotki. Japonki poszły po całości i organizują grupowe wyjazdy do Korei z zamiarem przywiezienia sobie jakiejś miłej pamiątki. Najlepiej dwunożnej. I zabójczo przystojnej. Bae Yoon Joon i Winter Sonata mają w tym swój przemożny udział, ale o tym dokładniej przy innej okazji.
Jak wygląda zatem rzeczywistość? Prozaicznie. Koneserki skośnookiego typu urody będą w Korei na pewno dużo bardziej usatysfakcjonowane, niż w naszym nadwiślańskim kraju, ale trudno oczekiwać, by po ichniejszej ulicy przechadzali się sami Lee Min Honi, Kang Ji Hwani czy Kim JaeJoongi. Aczkolwiek ja tam cały czas wierzę w potencjał koreańskiej ulicy, bo skoro takie morze kwiatków działa w show-biznesie, świadczy to jasno, że państwo ma swój potencjał. W końcu nie każdy ładny chłopak pcha się zaraz do telewizji, prawda? Mam nadzieję, dla dobra nauki, już niebawem sprawdzić tę teorię w praktyce. Czego nie robi się w imię dobra ogólnego!

Co zaś tyczy się samych panów i przymiotów ich ducha, myślę, że Koreańczyk (autor strony askakorean.blogspot.com) ma świętą rację, podkreślając na każdym kroku, iż Koreańczyk przede wszystkim jest facetem, a dopiero potem Koreańczykiem. Jasne, istnieją pewne różnice kulturowe, ale mężczyzna jest przecież mężczyzną i trudno oczekiwać od niego cudów, iż nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki opatrzonej napisem „made in Korea”, przeistoczy się w księcia na białym koniu. Niestety, tak dobrze nie ma, a osławione różnice kulturowe mogą być dużo bardziej irytujące, niż czarujące. Nie mam co prawda osobistych doświadczeń w tej materii, ale na podstawie lektury tego i owego oraz serdecznej znajomości z kilkoma młodymi Koreańczykami i Koreankami, pokusiłam się o przedstawienie kilku podstawowych trendów w randkowaniu z panami z półwyspu.
Od razu zaznaczam, że to tylko pewne ogóły i trudno traktować je jako wyrocznię i prawdy objawione. Każdy jest inny i to, co ma zastosowanie dla wielu, nie oznacza prawdy dla wszystkich.

1. Mów mi oppa!


Jak pisałam tutaj, odpowiednio wypowiedziane słowo „oppa”, działa cuda w koreańskich umysłach. „Oppa-centryzm” jest nierozłącznie związany z byciem przez dziewczynę aegyo, czyli promieniowaniem słodkim i niewinnym urokiem osobistym. Nie wszyscy Koreańczycy lubią aegyo, ale jego drobna doza na pewno nie zaszkodzi. Każdy facet lubi prezentować się w oczach swojej wybranki jak prawdziwy mężczyzna, jeśli więc dziewczyna jest odrobinę nieporadna i bezbronna, niewiele trzeba, by nawet najbardziej efemeryczny i androgeniczny pan poczuł się stuprocentowym macho.

Koreańczycy, pomimo dynamicznie następujących zmian, wciąż są społeczeństwem dość konserwatywnym i uważa się, że mężczyzna powinien zapewnić swojej ukochanej godziwe życie i troszczyć się o nią. Coś w tym jest, bo przynajmniej ci Koreańczycy, których ja poznałam, byli bardzo opiekuńczy i zawsze dbali o to, bym nie zgubiła się w tłumie, albo chodziła głodna. Ponieśli ciężką torbę, gdy zauważyli, że jestem zmęczona, podzielili się wodą, gdy usychałam z pragnienia, pomogli przejść przez śliski strumień, bym się nie przewróciła (nie pytajcie, w jakich okolicznościach ich poznałam)… Taki stan rzeczy ma swoje dobre i złe strony. Z jednej – całkiem miło mieć świadomość, że ktoś o nas zadba i dopilnuje, by nie stało nam się nic złego, z drugiej zaś – można odnieść wrażenie, że panowie mają nas za sieroty, które nie poradzą sobie bez męskiego wparcia. Na krótką metę, przyznaję, ich troska była ujmująca (w przeciwieństwie do naszego kraju, gdzie trzeba się prosić, by jakiś facet łaskawie pomógł nam wrzucić wielką walizę na półkę w pociągu), ale czy w dłuższej perspektywie nie byłoby to męczące? Ciężko orzec.

2. SMSuję, więc kocham

[a spóbuj tylko nie napisać...
Secret Garden]

To fakt. Jeśli w przeciągu pięciu minut po zakończonej randce nie dostaniesz SMSa od chłopaka, któremu dopiero co powiedziałaś „do zobaczenia”, nie ma co liczyć na ciąg dalszy znajomości. Im dokładniej twoja skrzynka odbiorcza zawalona jest wiadomościami do niego, tym jego uczucia silniejsze, a chęci bycia z tobą szczersze. Koreański chłopak potrafi zadzwonić o siódmej rano, wyrywając cię z błogiego snu, tylko po to, „by usłyszeć twój głos”. Z jednej strony, na pewno jest to urocze i jasno stawia sprawę, czy mu zależy, czy nie, z drugiej zaś… po setnym SMSie tego samego dnia, tudzież pięćdziesiątym telefonie, tylko po to, by dowiedzieć się, co tam porabiasz, może człowieka trafić szlag…

3. Podepczę, to wydepczę

[przerażająca ściana i Jay Park]

To, co u nas podpada już pod prześladowanie, w Korei wciąż jest uznawane za wyraz szczerości uczucia i wytrwałości. Przypomnijcie sobie tylko klip Jay Park’a Girlfriend. Gościu śledzi swoją wybrankę, robi jej potajemnie zdjęcia, potem wykleja nimi ścianę w swoim domu, jak żywcem wyjęty psychol-prześladowca z jakiegoś thrillera, dziewczyna odkrywa to wszystko i co? Rzuca mu się w ramiona, całuje go namiętnie i potem żyli długo i szczęśliwie. Nie wiem jak Wy, ale gdybym ja odkryła coś podobnego, od razu zadzwoniłabym po policję. Niezależnie, jak przystojny byłby mój prześladowca.

Przeciętny Koreańczyk pewnie nie biega za obiektem swoich westchnień z aparatem w ręku i nie śledzi jej poczynań jak zboczeniec-podglądacz (mam nadzieję!), ale faktem jest, że potrafi być dość… uparty. Coś w myśl zasady, „wezmę ją na zmęczenie przeciwnika”. Jeśli będzie wystarczająco długo się starał i marudził, byś została jego dziewczyną, może w końcu ulegniesz, choćby dla świętego spokoju? Na pewno warto spróbować!

4. Mord w oczach
W ich oczach pojawia się żądza mordu, gdy tylko jakiś facet spojrzy na ciebie w tłumie. Zaborczość i zazdrość koreańskich mężczyzn jest osławiona i jest też jednym z głównych powodów, dla których kobiety zachodniej cywilizacji rozstają się ze swoimi azjatyckimi partnerami. Dla Koreańczyka zazdrosne powarkiwania i wszczynanie kłótni, gdy uśmiechnęłaś się niewinnie do pana sprzedawcy, jest kolejnym sposobem na okazanie, że mu zależy i że jesteś kobietą jego życia (no, przynajmniej na chwilę obecną). Dla nas z kolei to dowód braku zaufania i chęci przywłaszczenia nas sobie, jak przedmiotu.
W dramie Me Too, Flower! jest taka pocieszna scena, gdy główny bohater obrusza się ciężko na swoją lubą za to, że nad jej łóżkiem wisi plakat z jej ulubionym idolem. Jego oburzenie sięga niemal zenitu, gdy dziewczyna oświadcza mu, że wcale nie zamierza plakatu zdejmować. Uśmiałam się zdrowo i bez wątpienia Yoon Si Yoon był w tej scenie niezwykle uroczy (chociaż, kiedy nie był…), jednakże czy chciałabym, by mój ukochany się tak zachowywał? Hmm…

[święte oburzenie]
[mina zbitego psa: "nie zdejmiesz? Nawet dla mnie?"]
[udaremniona próba zerwania plakatu]

5. Powiew egzotyki

Gdy w rozmowie z moimi koreańskimi kumpelami rzuciłam kiedyś, że Koreańczycy chyba nie przepadają za białymi kobietami, nieomal zostałam ogłuszona nagłymi wrzaskami sprzeciwu. Z moich doświadczeń niestety nie wynika, by Azjaci lecieli na Europejki jak muchy na lep (jak na przykład dzieje się w krajach arabskich), moje wątpliwości zostały jednak bardzo szybko rozwiane. Według moich koleżanek (a mniemam, że wiedzą, co mówią) Koreańczycy są po prostu dość nieśmiali, a już na pewno tracą rezon w obliczu dziewczyny z innego kraju. W większości przypadków nie przypuszczają, że mogą podobać się Europejkom (wtf!? @_@), no i sporą barierą jest też komunikacja, bo zazwyczaj ich znajomość języków obcych jest dość… średnia.


Jeśli jednak Koreańczyk odważy się zrobić pierwszy krok, trzeba zachować spokój i trzeźwy osąd (ano, trzeba wziąć się w garść i nie szaleć przedwcześnie z radości, jakkolwiek ciężkie by to nie było!). Lansowany w mediach wizerunek białych kobiet eksponuje w bardzo silny sposób ich seksualność. Gdy Koreanki są zazwyczaj spostrzegane jako te cnotliwe tradycjonalistki, które mają opory, by wskoczyć w jakiś odważny strój dla potrzeb reklamy, czy telewizyjnego show, białe kobiety nie mają z tym zazwyczaj problemów. Ich wdzięki eksponowane są tu i tam, bez żadnej żenady, więc w koreańskim umyśle bardzo prawdopodobnie powstał schemat: biała = łatwa. Trzeba zatem ostrożnie podchodzić do okazywanego nam zainteresowania, bo być może mamy być tylko egzotyczną, jednonocną przygodą (więcej na temat tutaj). Jeśli komuś taki układ odpowiada – czemu nie. Dobrze mieć jednak świadomość, że wyśniony korean romance, może nie mieć finału, do jakiego przyzwyczaiły nas k-dramy.

["subtelna" (acz pomysłowa) koreańska reklama zupek instant]

Nie mówiąc już o tym, że tak samo jak najprawdopodobniej nasza babcia (tudzież rodzice) dostałaby zawału, gdybyśmy przyprowadziły do domu na niedzielny obiadek skośnookiego, tak samo mogą zareagować bliscy naszego wyśnionego. Niestety, zwłaszcza starsze pokolenie bardzo często ma dość konserwatywne poglądy i obcokrajowiec w rodzinie może nie być spełnieniem ich marzeń.
Jak podkreślałam na początku, nawet nie śmiem rościć sobie prawa do wyrażania ostatecznych sądów w tej materii. Wyżej wymienione różnice kulturowe mogą, ale nie muszą mieć zastosowania do każdego przypadku. Miały tylko dać ogólne pojęcie, czego można się po koreańskich panach spodziewać. Wychowanie, podejście do życia, osobiste przekonania, odbyte podróże, ilość poznanych osób z innych krajów, a także cała masa dodatkowych czynników może wpłynąć na to, że dany egzemplarz Koreańczyka ani w 1% nie będzie przystawać do powyżej podanych. W końcu, jak pisze sam Koreańczyk (ze wspomnianej strony www), Koreańczyk jest przede wszystkim facetem, więc możemy się po nim spodziewać wszystkiego, czego oczekiwałybyśmy od mężczyzny z naszego kręgu kulturowego. Kulturowa nadbudówka, jest oczywiście ważna, ale nie czyni z chłopka zupełnie nowego gatunku człowieka.

Źródła:

rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Life in plastic, it’s fantastic

Pamiętacie jeszcze piosenkę Aqua Barbie Girl z lat 90-tych? Właśnie ona przyszła mi na myśl, gdy przeczytałam news na allkpop.com, że KARA jest pierwszym k-popowym girls bandem, który doczekał się swojego odpowiednika w świecie lalek.

[plastikowa KARA]

Wcześniej tylko kilku koreańskich celebrytów dostąpiło podobnego „zaszczytu” i byli to głównie aktorzy. Plastikową wersję KARY można było zakupić w przedsprzedaży w ostatnich dniach marca i teraz to tylko kwestia dni, kiedy lalki trafią do ogólnego obiegu. Specjaliści z firm Hot Toys, DC Comics, Nokia, Enterbay zajęli się produkcją nowego artykułu i planują wypuścić go nie tylko na koreański, ale także na japoński rynek. Lalki mają ok. 30,50 cm i dołożono wszelkich starań, by wyglądały jak najbardziej realistycznie (ciekawe jak bardzo realistycznie…).
Nie przypadkowo lalkowa wersja zespołu KARA ubrana jest w strój doskonale znany z klipu do piosenki Mister. To waśnie w tym klipie dziewczęta wykonują swój słynny „taniec pupą”, który stał się swojego rodzaju archetypem wszelkich innych dziewczęcych tańcy z podtekstem (najmłodsza członkini zespołu miała wtedy 16 lat!). Jeśli jeszcze go nie widzieliście, koniecznie należy nadrobić zaległości, gdyż jest to jeden ze stale przewijających i powtarzających się motywów w koreańskiej, japońskiej (i nie tylko) pop-kulturze.

Być może się starzeję i robię się przewrażliwiona w pewnych kwestiach, ale zaczyna mnie poważnie martwić problem uprzedmiotawiania ludzi, a już celebrytów wszelkiej maści i narodowości w szczególności. Trudno o bardziej wymowny przykład błyskotliwej kariery od dziewczyny z sąsiedztwa do kręcącej pupą plastikowej lalki. Nie wiem jak Wy, ale ja nie chciałabym, by barbie miała moją twarz, glądać się na sklepowej wystawie i patrzeć na krzykliwy podpis z promocyjną ceną, za jaką można kupić moją mniejszą wersję. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co zadowoleni fani będą wyprawiać z tymi lalkami…

Mogę zrozumieć, że jeśli się kogoś podziwia, to chciałoby się któregoś dnia poznać ową osobę, porozmawiać z nią, powiedzieć, jak wiele jej twórczość dla nas znaczy… Nie pierwszy jednak raz odnoszę wrażenie, że uwielbienie fanów niewiele ma wspólnego z podziwem i ludzkim uczuciem sympatii. Obserwując cały ruch sasaeng fanów (więcej tutaj) i anty-fanów (więcej tutaj i tutaj), dochodzę do wniosku, że idol w ich oczach nie jest człowiekiem. Dla tych pierwszych, to bóg wcielony, któremu oddaje się cześć i stawia ołtarzyk w domu. Nie ma takiej ceny, której fani by nie zapłacili, byle tylko wejść w posiadanie świętych relikwii (takich jak sprzęty codziennego użytku, autograf czy podobizny idola), tudzież dotknąć obiektu swego kultu. Ci drudzy zaś traktują aktorów i piosenkarzy jak worki treningowe, chodzące i gadające środki do rozładowania agresji i stresu. W obu przypadkach, oglądany na szklany ekranie celebryta nie jest człowiekiem. To obiekt, który można zawłaszczyć, skopać lub utulić.

Muzea z figurami woskowymi są doskonałym przykładem tego, do czego gwiazdy potrzebne są przeciętnemu zjadaczowi chleba. Bo czy woskowa podobizna znanej osoby nie jest najlepszą wersją tego kogoś? Już na zawsze pozostanie piękna i młoda, zawsze chętnie zapozuje do zdjęcia, nie będzie ględzić, że nie ma ochoty, czy czasu. Pozwoli się nawet klepnąć w pupę, albo wetknąć palec w oko, wciąż z tym samym, zniewalającym uśmiechem na ustach. Czyż nie jest to wspaniałe w swojej prostocie? A potem taką fotkę wrzucimy sobie na facebooka czy naszą klasę, zaraz obok naszego pięknego zdjęcia pod palmami. A niech wszyscy zazdroszczą! A co!

[nie sądzę, by prawdziwy Pattinson był tak samo zachwycony...]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...