Czyli co nieco o koreańskich fanklubach.
Przyznaję szczerze, że zjawisko fanizmu (moje kreatywne tłumaczenie angielskiego słowa „fandom”) jest tematem, który mnie niezmiennie fascynuje. Pewnie w dużej mierze dlatego, że odkryłam jego złożoność dopiero kilka lat temu, gdy zaczęłam interesować się k-popem. W światku miłośników rocka i metalu (do którego jeszcze nie tak dawno należałam, w sumie do dziś pozostaję w nim jedną nogą) zjawisko istnieje, ale daleko mu do intensywności tego, co wyrabia się w popie.
[Kang Ji Hwan i jego miłośniczki.
I nie, nie znajdziecie mnie tam :>]
Przyznaję szczerze, że zjawisko fanizmu (moje kreatywne tłumaczenie angielskiego słowa „fandom”) jest tematem, który mnie niezmiennie fascynuje. Pewnie w dużej mierze dlatego, że odkryłam jego złożoność dopiero kilka lat temu, gdy zaczęłam interesować się k-popem. W światku miłośników rocka i metalu (do którego jeszcze nie tak dawno należałam, w sumie do dziś pozostaję w nim jedną nogą) zjawisko istnieje, ale daleko mu do intensywności tego, co wyrabia się w popie.
Nie miałam co prawda nigdy takich pomysłów, ale naiwnie
wydawało mi się, że jeśli kiedyś zechciałabym przyłączyć się do czyjegoś
oficjalnego fanklubu, wszyscy przywitaliby mnie z otwartymi ramionami. Władze
klubu, bo przybywa im kolejna dusza, z której można ściągać składkę
członkowską, sam zainteresowany, bo w końcu ze mnie i mnie podobnych żyje, inni
fani, bo ich ukochanego idola wspiera i docenia coraz więcej ludzi… Ta… Jakam
stara, takam niedzisiejsza. Obserwując działalność fanklubów czołowych
koreańskich idoli, można dość do wniosku, że takie żuczki jak hipotetyczna ja
najmniej ich interesują. Jak na mój gust, więcej mają wspólnego z klikami dla
wtajemniczonych albo klubami dla wybrańców. A jeden fan drugiego najchętniej
utopiłby w łyżce wody… Aż chce się przyłączyć! ^^
Należy zacząć od tego, że oficjalne fankluby to sprawnie
działające (niemałe!) firmy. Mają własne nazwy, własne kolory i gadgety
(zainteresowanych odsyłam do listy fanklubów i ich insygniów na How Gee). Niektóre wciąż chętnie
przyjmują nowy narybek, inne z kolei lubią przydać sobie nimbu ekskluzywności i
łaskawie ogłaszają nabór na nowych członków raz na jakiś czas (np. raz do
roku). By przyłączyć się do fanklubu nie wystarczą dobre chęci. Czasem
wystarczy tylko wpłacić składkę członkowską, czasem trzeba zdać egzamin
prawdziwego fana (czyli poprawnie wypełnić test wiedzy dotyczącej danego
sławnego delikwenta), czasem być szybszym niż rozpędzony shinkansen, czasem
mieć więcej szczęścia niż rozumu. Fanklub Super
Junior – E.L.F. otwiera swoje
podwoje raz do roku i inkasuje 43 dolce od zagranicznego łepka. Jeśli jesteś
Koreańczykiem, wpisowe wynosi tylko 15$ (ach, to równouprawnienie!). Na dziś
ceny mogą być inne, bo są to zeszłoroczne dane, a np. w roku 2009 wpisowe wynosiło
tylko 8$. Poza zasobnym portfelem, trzeba też mieć nielichy refleks, bo SM Entertainment i JYP mają to do siebie, że lubią zamykać rejestrację nowych członków
fanklubu, gdy maksymalna liczebność klubu zostanie osiągnięta. Żeby wejść w
szeregi Wonderfulsów (fanklubu Wonder Girls) trzeba zarejestrować się
na portalu cafe.daum.net i modlić
się żarliwie do J.Y.Parka, żeby to właśnie Ciebie zaliczono do grona wybrańców.
Bo łatwo dostać się nie jest. W 2010 rejestracja była otwarta tylko przez
tydzień i przyjęto zaledwie tysiąc nowych osób. A jeśli nie udało Ci się
załapać, no cóż… Aigoo*… :>
No dobrze, kończę już wyzłośliwianie się, bo poniekąd
rozumiem politykę fanklubów. Nie mogą w nieskończoność przyjmować nowych
członków, ponieważ członkostwo oznacza w Korei coś więcej, niż tylko
satysfakcję fana, że jest rejestrowany. Figurowanie na liście oficjalnego
fanklubu danego zespołu, piosenkarza czy aktora łączy się z niesamowitymi
przywilejami. Członkowie dostają wiadomości o planowanych koncertach,
spotkaniach i innych ważnych wydarzeniach jeszcze przed wypuszczeniem
informacji do mediów. Tylko zarejestrowani fani mogą wziąć udział w fan meetingu
i mieć szansę bliżej poznać obiekt swoich westchnień (może nawet osobiście
zadać pytanie i obowiązkowo zdobyć autograf). Mogą zakupić limitowane edycje
albumów i innych gadgetów, które niedostępne są zwykłym śmiertelnikom, a czasem
nawet dostać się za kulisy nagrań i koncertów. To brzmi już bardziej
zachęcająco, prawda?
Jednak posiadanie upragnionego członkostwa w fanklubie to
nie sam cud, miód i orzeszki. Bycie oficjalnym fanem zobowiązuje! Od teraz
będzie się od Ciebie oczekiwać pełnego poświęceń wsparcia dla danego bożyszcze
i jakiekolwiek skoki w bok traktowane są jako zdrada najwyższego stopnia. W
czasie, gdy bożyszcze występuje i promuje np. nowy album, absolutnie nie wypada
biegać z entuzjazmem na koncert jakiejkolwiek innej grupy (bez entuzjazmu też
nie wypada). Choćby z tej samej wytwórni! Co z tego, że kochasz miłością
namiętną SHINee i Super Junior.
Skoro przyłączyłeś/-aś się do E.L.F.ów, to nie ma że boli, zapominasz o
istnieniu uroczego Taemina i
boskiego Jonghyuna i poświęcasz się
dopingowaniu SuJu. No, chyba, że obecnie SuJu ma przerwę w występach i odbębnił
już swój „good-bye stage”,
wtedy bez wyrzutów sumienia można się pocieszyć w ramionach innych skośnookich
panów.
Jeśli kiedyś przyszłoby Wam znaleźć się w Korei i czekać
przed studio nagraniowym do programów muzycznych jak Music Bank czy Inkigayo,
musicie wiedzieć, że koniecznie trzeba uprzednio i dokładnie się zastanowić,
którą gwiazdę chcecie zobaczyć najbardziej. Przed budynkiem stoją bowiem
tabliczki z nazwami poszczególnych grup, wokół których zbierają się fani owych
zespołów. Nagłe zmiany frontów, bo np. tuż obok pojawiły się nieoczekiwanie
dziewczęta z 2NE1, a Wy czekaliście na
4minute, są zapierającym dech w
piersiach faux pas! Jeśli nie chcecie zginąć z ręki zranionych fanów obu grup,
lepiej niech nie kuszą Was podobne manewry!
Czasem nie trzeba nawet nic zrobić, by fan innej grupy
przetrzepał nam portki. Tak jak z kibolami, sam fakt, że nie jesteś z nami,
jest już wystarczający, by dać Ci w zęby. A otwarte wspieranie innego zespołu
to już jawne szukanie zaczepki. Pisałam więcej o tym w poście o anty-fanach (tutaj), ale dla przypomnienia,
najjaskrawszym przykładem takiej postawy był Dream Concert w Seulu w 2008 roku. Dwunastu fanów trafiło do
szpitala po tym, jak zawzięcie tłumaczyli sobie, kto największą gwiazdą
koreańskiego show-biznesu jest! Gromy nisko latały głównie na linii fanów Super
Junior (znowu! Niezbyt ładną sobie wystawiacie wizytówkę, E.L.F.iki) i Girls’ Generation (SNSD). Sone (miłośnicy
SNSD) podarli banner trzymany przez fanów SuJu i co nie co ich porozpychali po
kątach, na co w odpowiedzi E.L.F.y ostentacyjnie wyłączyły nieodzowne na
k-popowych koncertach świecące pałeczki i wygwizdały dziewczyny z SNSD,
występujące na scenie.
Pocieszające jest, że incydenty jak ten z 2008 roku, albo w
ogóle fizyczne napaści anty-fanów na idoli stają się zjawiskiem naprawdę
marginalnym. Pewnie po doświadczeniach pierwszej generacji idoli, jak V.O.X czy H.O.T., ochrona współczesnych celebrytów jest dużo bardziej ścisła
i byle kto nie może już podbiec do swojego bożyszcze i zdzielić go w twarz.
Choć i to ma czasem miejsce… (więcej tutaj).
Żeby nie było, że znów smęcę, na koniec chciałam dodać, że opisane
przeze mnie fakty, to w większości tylko margines. Fani to w przeważającej
części wspaniali ludzie, którzy lubią bezinteresownie okazywać swoje uznanie i miłość
wobec podziwianej osoby. Czasem wyślą drugie śniadanko swojemu idolowi (więcej tutaj), czasem kilka ton ryżu (a co się będą rozdrabniać!)… Jednym z uroczych
przykładów takiego wsparcia jest stary już, bo stary, ale piękny gest
zagranicznych fanów Lee Jun Ki,
którzy w przeddzień premiery jego dramy „Hero”,
przesłali mu 30 tysięcy żurawi origami. W kulturze Azji żurawie mają szczególne
znaczenie. Wykonanie i podarowanie stu takich ptaków ma moc spełniania życzeń,
a także może być swoistym wyznaniem uczuć. Im więcej setek papierowych żurawi,
tym większe prawdopodobieństwo spełnienia życzenia, a szczerość uczucia
silniejsza. Nie ma więc co się dziwić, że Jun Ki był tak rozanielony prezentem.
No i nie oszukujmy się, gdybym i ja nie była zadeklarowaną
fanką k-popu i skośnookich panów, czy mordowałabym się tyle czasu z
wyszukiwaniem informacji i wpisywaniem postów po głuchej nocy? Może i moje
dokonania nie są jakoś szczególnie doniosłe, ale mam przynajmniej tę osobistą
satysfakcję, że przyczyniłam się choć w minimalnym stopniu do tego, by
koreańska pop-kultura stała się u nas bardziej znana. A nóż jakiś koreański
potentat show-biznesowy dostrzeże te moje heroiczne wysiłki i odpali bilet na
koncert Big Bang? Nie tracę nadziei!
:D
Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com
* aigoo w wolnym tłumaczeniu z
koreańskiego „ojoj…”




