środa, 12 października 2011

Możesz czytać ze mnie jak z otwartej księgi

czyli kobieta jako chodzący alfabet

M jak miłość? S jak stół? U jak ul? V jak… hmmm… vigor? Nie, nie. To wcale nie jest dziecinna wyliczanka czy słowna gra. To codzienność koreańskiej kobiety, która jeśli chce uchodzić za piękną i pożądaną, powinna owe litery znaleźć w swoim ciele.


Jeśli kiedyś myśleliście, że życie kobiety w naszej kulturze jest trudne, bo zewsząd atakują ją niemożliwe do osiągnięcia wzorce piękna, nadszedł czas zrewidować poglądy. Nasze życie, kochane dziewczęta, to cud, miód i orzeszki. Jakkolwiek kocham wszystko co azjatyckie i skośnookie, to ciężko mi przełknąć tę gorzką pigułę, że perfekcyjna kobieta dla Koreańczyka to zbór idealnych części ciała i prawdę mówiąc, niewiele więcej… No, ale jak zawsze, wszystko po kolei.

Zacznijmy od rzeczy oczywistych. Koreańczycy kochają język angielski i wciskają go wszędzie, gdzie się da i się nie da. Napisy na koszulkach, kubeczkach, anglojęzyczne wstawki w piosenkach, angielskie nagłówki w prasie i obco brzmiące nazwy programów w telewizji i co tylko jeszcze. Niestety, miłość do łacińskich literek nie idzie w parze z miłością do nauki języków… Nie trzeba bardzo wgłębiać się w temat, by znaleźć całe łąki przeróżnych kwiatków. Jednym z moich ulubionych konglishowych (koreańska wersja japish) hitów jest piosenka B1A4 „Beautiful Target” i niezapomniany refren, który w przybliżeniu brzmi tak: „Ju dzium dzium maj halt lajk e laket” (dla dociekliwych, w tekście piosenki, który znalazłam w internecie jest: „You zoom zoom my heart like a racket”). Pomińmy już oryginalność wymowy. „R” i „L” to ciężka sprawa dla Azjatów, „dzium dzium” jest nawet urocze, więc luzik. Sama nieraz muszę walczyć z problemami z wymową obcych słów, mogę to zrozumieć. Jednak przez dłuższy czas zastanawiałam się, cóż autor usiłował przekazać nam tą linią i niestety, poległam. Nawet Simon i Martina nie zdołali rozszyfrować owej tajemniczej wiadomości zawartej w piosence. Nie powiem, żeby nie podniosło mnie to na duchu, bo najwyraźniej to nie z moim angielskim jest coś nie w porządku.

(tak przy okazji polecam obejrzenie klipu do piosenki, bo super poprawia humor. Coś w stylu „Balloons” DBSK)

Nieco odbiegłam od tematu. Tym oto ogródkiem chciałam zarysować sytuację powszechnej amerykanizacji i lubości do łacińskich literek. Owe literki są dla naszego artykułu kluczowe, gdyż właśnie one określają ideały kobiecej urody, do których każda szanująca się Koreanka powinna dążyć. Najbardziej popularnym terminem jest „S-line”, czyli linia S, który tak głęboko wrył się w koreańską świadomość, że pojawia się niemal wszędzie. Od reklam ujędrniających balsamów (co jeszcze ma jakiś sens), poprzez edukacyjne spoty dla dzieci, namawiające do jedzenia zdrowych produktów na bazie słodkiej, fermentowanej czerwone fasoli zamiast słodyczy, a na reklamach bojlerów kończąc. Czym jest owo tajemnicze S-line? Jest to linia ciała kobiety widzianej z profilu, gdzie górny brzuszek „S” to biust, a dolny – pupa. To nie koniec alfabetycznej wyliczanki, oprócz S-line mamy jeszcze:

* D-line (linia brzuszka kobiety w ciąży (sic!)
* M-line (tylko dla facetów – linie, które podobno można zauważyć na dobrze umięśnionym brzuchu)
* U-line (piękne plecy – linia wyznaczana jest przez głęboooooki dekolt na plecach w wieczorowych sukniach lub topach bez pleców)
* V-line (ma dwa znaczenia: jedno opisuje kształt twarzy, a właściwie linii, jakie powinny tworzyć policzki i broda, drugie zaś to linia pomiędzy piersiami)
* W-line (znów linia zarezerwowana dla kobiecych piersi)
* Y-line (coś podobnego do U-line, też linia odsłoniętych pleców w wyeksponowana przez głęboki, trójkątny dekolt
* X-line (długie ramiona i nogi, wąska talia)

Nie, nie… Wyliczanki jeszcze nie koniec. Opisując typy budowy kobiecego ciała, koreańskie czasopisma coraz chętniej odchodzą od standardowych opisów (jak klepsydra, gruszka itp.) na rzecz literowego oznaczenia. I tak mamy:
* X – klepsydra
* H – gdy różnica pomiędzy obwodem bioder i biustu w stosunku do talii nie jest tak duża
* T – gdy ramiona i biust są szersze od bioder
* A – gruszka

(wizualizacja z danymi, jaki procent kobiet posiada konkretny typ sylwetki. W tym przypadku badanie dotyczy Azjatek)

Brzmi jak szaleństwo? Zapewne. Tylko czekać, aż pojawią się kolejne literki alfabetu. Ciekawe, czy moja R-line będzie choć trochę bliska ideału. Cokolwiek to będzie. Może wystający brzuszek i cieniutkie nogi? Hmmm… Jakieś pomysły?

Sprawa nie jest jednak tak zabawna, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Rozkładając w ten sposób kobiece ciało na czynniki pierwsze zatraca się gdzieś rozumienie kobiety jako całości, jako żywego i czującego człowieka. Według mediów wygląda na to, iż kobieta jest tylko składową wymienionych wyżej literek i wszystko, czym powinna się zajmować, to dbanie, by wszystkie jej literki były w jak najbliższe ideałowi. Ta niezrozumiała dla Europejczyka żądza nazywania wszystkiego, co tylko w zasięgu wzroku wzięła się podobno z konfucjańskiej filozofii, która dążyła do harmonii przez uporządkowanie świata poprzez nadanie przedmiotom i ludziom odpowiedniej nazwy. Każdy miał przypisaną jakąś etykietkę: syna, ojca, męża, urzędnika i zgodnie ze swoją definicją musiał wypełniać wyznaczone przez tradycję i religię powinności. Filozofia konfucjańska do dziś ma ogromne znaczenie dla mieszkańców Korei i wciąż odpowiednie nazwanie człowieka pełni kluczową rolę w życiu społecznym. Ile masz lat, czy już się ożeniłeś, kto jest twoim ojcem, na jakim stanowisku pracujesz, to wszystko jest szalenie ważne, gdyż na podstawie tej informacji Koreańczycy umiejscawiają cię na drabinie swojej hierarchii i tytułują cię odpowiednio do twojego miejsca. Sunbae, Eonni, Hyong, Oppa czy Noona to tylko kilka z wariantów tytułów grzecznościowych do wyboru.
(pani prezentuje nam w przepięknym stylu swoją V-line)

Zatrważające jest, jak silnie wszystkie owe linie zakorzeniły się w koreańskiej kulturze. Ekstremalnym przykładem jest S-line, który niemal odarty został ze swojego pierwotnego znaczenia, przeistaczając się w synonim piękna, czegoś pożądanego, modnego, nieodzownego do osiągnięcia sukcesu i szczęścia. Nie powinno zatem dziwić, że mistyczne S-line pojawia się niemal we wszystkich możliwych reklamach, niezależnie od tego, czym jest reklamowany produkt. S-line może firmować kosmetyki, mundurki szkolne (bynajmniej, nie tylko dla dziewcząt), telefony, piwo (a to ciekawe, nie?), wodę, a także, jak już wcześniej wspominałam, bojlery.


Autor genialnego bloga (mojej obecnej biblii) „The Grand Narrative” długo głowił się nad tym, co wspólnego może mieć S-line z bojlerem. Jako, że jest to człowiek dociekliwy, wypytał swoich koreańskich znajomych, przeprowadził badania na własną rękę i oto do jakich doszedł konkluzji: S-line w tym przypadku nawiązuje do swojego pierwotnego znaczenia, szczupłej i zgrabnej sylwetki kobiety. Bo trzeba zaznaczyć, że S-line generalnie oznacza nie tyle pełne piersi i krągłą pupę (chociaż też, rzecz jasna), co szczupłą sylwetkę. Jako, że Koreanki preferują pasywny styl odchudzania, czyli ciągłe bycie na diecie, skojarzenie z bojlerem powinno prowadzić do tego, że skoro bojler ma swoją S-line, to znaczy, że też jest na diecie, czyli jest oszczędny i mało zużywa gazu. Jak to możliwe, że Koreańczykom nie trzeba tłumaczyć tej zawiłej logiki i w mgnieniu oka prawidłowo odczytują zestawienie szczupłej kobiety, hasła S-line i bojlera? Ten przykład dobitnie pokazuje, jak integralną częścią kultury stała się S-line. Indoktrynacja trwa już od najmłodszych lat, bo jak też już zapowiadałam we wstępie, nawet w piosence kierowanej do dzieci, by namówić je do ograniczenia słodyczy na rzecz zdrowszych substytutów, nie może zabraknąć stwierdzenia, że pasta z czerwonej fasoli jest dobra dla twojej linii S.



Nie ma zatem co się dziwić, że współczesne Koreanki bardziej zainteresowane są dbałością o swoje ciało niż pielęgnacją przymiotów ducha. Zwłaszcza, że społeczeństwo niezbyt je zachęca do intelektualnego rozwoju. Niestety, polityczna i ekonomiczna pozycja kobiet nie jest nadal zbyt budująca. Póki jesteś młoda i niezamężna, proszę cię uprzejmie, ucz się, pracuj. Ale jak już się hajtniesz (czego koniecznie, ale to koniecznie MUSISZ dokonać! Presja społeczna na zamążpójście jest podobno zabójcza), to najlepiej by było, żeby wszystkie te feministyczne głupoty wyparowały z twojej głowy, byś rodziła śliczne dzieci i dbała o dom. Skoro więc nie ma większego sensu podnoszenia swoich kwalifikacji, bo i tak nie popracujesz za długo, a nawet jeśli byś chciała, to pracodawcy i tak nie traktują cię poważnie, to lepiej zainwestować w ciało, bo jakoś trzeba przecież tego przyszłego męża przyciągnąć. Media lansują zupełnie nierealny, odczłowieczony model fizycznego piękna w kawałkach, którego nie sposób osiągnąć.

(Aktora Yoon Eun Hye, znana przede wszystkim z serialu "Coffee Prince" prezentuje nam jak się ma realne, kobiece ciało do lansowanych przez media wzorów. Zaczyna trącać to już groteską.)

Taśmy do podklejania powiek, by mieć upragnioną podwójną powiekę (czyli to załamanie, jak otwierasz oko, między gałką oczną a łukiem brwiowym, coś co rasa biała ma wbudowane, a Azjaci niekoniecznie), specjalne rolki, które to ponoć mają wyszczuplić twoją V-line lub nos (Simon i Martina prezentują w czym rzecz) i mnożąca się jak grzyby po deszczu ilość operacji plastycznych to tylko kilka sposobów, by przybliżyć się ideałom. Mimo, iż współczynnik otyłych kobiet jest najniższy na świecie właśnie w Korei, kobiety katują się dietami, byle tylko osiągnąć swoją upragnioną S-line. Ciekawe tylko jakim cudem dieta miałaby wpłynąć na wielkość ich biustu i pupy…

Pisząc ten tekst korzystałam głównie z różnych artykułów na „The Grand Narrative”

środa, 28 września 2011

Dramatyczny wpis

czyli subiektywny przegląd azjatyckich dram



Cóż zainspirowało mnie do napisania tego postu? Otóż, zakończyłam kilka dni temu oglądać kolejną koreańską dramę i pierwszy raz zakończenie mnie przeraziło. Dosłownie. Jak pewnie część czytelników doskonale wie, mój związek z azjatyckimi dramami nie jest zbyt długi, lecz na pewno można nazwać go namiętnym. Namiętnym w każdym tego słowa znaczeniu. Jest ośli zachwyt, czasem jest paląca nienawiść, czasem znudzenie, czasem ślepa fascynacja, czasem śmiech, potem łzy, krzyki oburzenia i rozanielone westchnięcia, narkotyczny ciąg i nieprzespane noce – słowem – wszystko. Jednak by zakończenie dramy mnie przeraziło, to zdarzyło się po raz pierwszy.

Mowa o koreańskiej dramie „Magic”, więc jeśli ktokolwiek by się zabierał za oglądanie tej produkcji, ostrzegam, że w dalszej części tekstu będą spoilery, więc odradzam czytanie poniższego akapitu. A dla wszystkich innych… Przejdźmy do rzeczy. Zakończenie dramy nie było rzewne, by zalewać się łzami wzruszenia ze szczęśliwego połączenia kochanków, nie było rozrywającej serce sceny, która wyciska krople z oczu i smarki z nosa.

czy taki uroczy plakat może zwiastować traumę? A i owszem!

Główny bohater (Kang Dong Won, tak na marginesie) stoi sobie samotnie na klifie, zaledwie krok dzieli go od przepaści i szemrzącego spokojnie, lecz groźnie oceanu. Myśli sobie o swojej ukochanej, spoglądając na pierścionek, który to chciał jej podarować, mówi, że jego serce wreszcie jest spokojne, że nie pożąda już dóbr tego świata, po czym… zeżera owy pierścionek i opada kurtyna. What the f…?! Rzucił się z tego klifu? Czemu zeżarł pierścionek? Że w ten sposób połączył się ze swoją lubą (która to ryczała jak bóbr w autobusie, jadąc sama do domu)? Że pogrzebie ich miłość w wodnej otchłani? No ja pitolę… 9 na 10 przypadków dram, które oglądam, powodują spustoszenia w moim umyśle, bo zaczynają się zupełnie inaczej niż kończą i choć nie raz spodziewałam się jakiejś lekkiej i przyjemnej komedyjki, kończę zasmarkując całą paczkę chusteczek. Tak było z Hong Gil Dongiem, Time of Dog and Wolf, Iljimae, Bad guy i wielu innymi filmami. Ale po kolei.


Jedna z moich ulubionych dram, Hong Gil Dong zaczyna się tak, że po pierwszym odcinku na dłuższy czas zrezygnowałam z oglądania kolejnych. W opisie serialu na mysoju.com, czyli portalu-Mekce wszystkich maniaków azjatyckich seriali, Hong Gil Dong został przyporządkowany do czterech kategorii: akcja, komedia, dramat, romans. Po zdjęciu od razu można poznać, że drama pseudo-historyczna. Opis: luźna adaptacja opowieści o Robin Hoodzie w koreańskich warunkach. Hong Gil Dong, syn ministra z nieprawego łoża, cierpi z powodu swojej pozycji społecznej. Obserwuje podłości, jakich dopuszcza się klasa wyższa, która to może czynić bezkarnie, co tylko chce, ze względu na swoje „szlachetne” urodzenie, dlatego też nasz nieustraszony koreański Robin Hood postanawia rozprawić się z niesprawiedliwym systemem. Na scenie ma pojawić się również niewiasta, która to będzie go wpierać, oraz prawowity następca tronu, który będzie chciał odzyskać należne mu miejsce, zajęte przez niegodziwego kuzyna. Na sam koniec opisu pojawia się tajemnicze zdanie, które powinno było pewnie dać mi do myślenia: „cała trójka zostanie zaplątana w matnię miłości, nienawiści, lojalności i zdrady, gdzie tylko jedna ze stron może zwyciężyć”. Nie brzmi zbyt przerażająco.


Tak, wiem. Na początku napisałam, iż jest to jeden z moich ulubionych seriali. Bo nie chodzi o to, że mam coś przeciwko smutnym końcom. Czasem fajnie sobie popłakać, przeczyścić zatoki, przemyć oczęta itp. Jednak uważam, że dramy o podwyższonym ryzyku zasmarkania połowy rękawa, powinny mieć jakieś ostrzegawcze oznaczenia. Nie może być tak, że zaczynasz sobie oglądać Hong Gil Donga, kilka pierwszych odcinków utwierdza cię w przekonaniu, że trafiłeś na lekką, czasami wręcz nieco głupkowatą komedię akcji, by gdzieś tak na pięć odcinków przed końcem przemienić się w rozrywający serce dramat. Tak nie można, to jest szkodliwe! Aż wstyd się przyznać ile przesiedziałam rycząc w głos po zakończeniu serii. Kilka dni dochodziłam do siebie. Nie, drodzy twórcy, tak się nie robi!


Generalnie, oglądając to i owo można dojść do przekonania, że azjaci lubują się w oglądaniu cierpienia innych. Nie tego fizycznego. Nie, takie rzeczy pozostawiają hollywoodzkim twórcom. Oni torturują swoich bohaterów psychicznie. Wikłają ich w sytuacje bez wyjścia, stawiają ich przed wyborami, których nie sposób podjąć, nie wariując przy tym, mordują najbliższych, zdradzają, okłamują i splatają losy w tak absurdalnie tragiczny sposób, że czasem ja, jako przeciętna Europejka, mam dość. Tyle naprawdę nikt nie jest w stanie znieść, ale jak widać – Azjaty nic nie jest w stanie złamać ani powstrzymać (patrz: Iljimae).

Są również seriale, po obejrzeniu pierwszego odcinka można być na stówę pewnym, że bez paczki chusteczek na epizod się nie obejdzie. Tak jest z mini serialem Koizora, czy legendarną już Winter Sonatą. Są również takie, które, Boziu dzięki, nie mamią widza przyjemną atmosferą, by z zaskoczenia zaatakować w ostatnim odcinku. Aczkolwiek, po moich doświadczeniach, dość ostrożnie podchodzę do takich „pozytywnych” dram i zwykle wstrzymuję się z oczekiwaniem radosnego wpadnięcia w ramiona ukochanych aż do pojawienia się napisu „KONIEC”. Z seriali reperujących moje morale mogę wymienić: Coffee Prince, You’re beautiful czy Full House. Obecnie, wszystko wskazuje na to, że również trafiłam na taką dramę, ale obejrzałam dopiero trzy odcinki, więc nie daję żadnych gwarancji, że to się nie zmieni. Mimo iż zwykle nie chwalę serialu przed jego zakończeniem, wydaje mi się, że w tym przypadku mogę uczynić wyjątek i polecić Protect the boss. Co nieczęsto się zdarza, drama jest wciągająca już od pierwszej chwili pierwszego odcinka. Jasna sprawa, że zadufany w sobie synalek właściciela wielkiej korporacji jest wkurzający, a sposób w jaki traktuje ludzi wręcz nie mieści się w głowie, ale… naprawdę daje się lubić. Główna bohaterka nie jest przesłodzoną aegyo-girl (czyli koreańska wersja bycia super-truper-kawaii) o gołębim sercu, co już na wstępie zasługuje na burzę oklasków na stojąco. Jeśli się jeszcze wspomni, że w rzeczonym serialu drugą co do ważności męską rolę gra Hero JaeJoong, wydaje mi się, że dalsze rekomendacje nie są potrzebne ^__^ Jeśli jeszcze nie ma polskiej wersji serialu (co może być, bo rok produkcji to 2011), to na pewno pojawi się wkrótce, gdyż był to mega hit. Nie tylko w Korei.


W tym miejscu kończę mój pierwszy dramatyczny przegląd subiektywny, choć pewnie z upływem czasu i obejrzanych seriali na koncie, pojawią się kontynuacje tematu. Na razie mam obejrzanych 26 tytułów (prowadzę ewidencję, więc nie ma mowy o pomyłce i tak, jestem crazy ;p), co pewnie nie jest zbyt imponującym wynikiem. Filmowe statystyki byłyby lepsze, ale to nie czas i miejsce, by się tym teraz chwalić i udowadniać sobie ile czasu marnotrawię na pierdoły.
Czymże jednak byłby świat bez skośnookich przystojniaków na ekranie? :D

Więcej na temat:
Film/Telewizja

sobota, 10 września 2011

What the f**k?!

czyli o cenzurze w k-popie


Myślę, że w życiu każdego nie-koreańskiego miłośnika k-popu przychodzi taki moment, kiedy zadaje sobie pytanie: „what the f**k!?”. I bynajmniej nie jest okrzyk zaskoczenia po obejrzeniu kolejnego, przesłodzonego do granic klipu jakiegoś girls bandu. Nie, nie… Nie-koreański fan k-popu jest już zbyt wgryziony w temat, by tego typu rzeczy miały robić na nim wrażenie. Owo wołanie o pomstę do nieba adresowane jest do koreańskiego Ministerstwa do spraw równouprawnienia i rodziny, które to raz na jakiś czas postanawia wciągnąć kilka piosenek na listę utworów zakazanych.




Nasz wytrwały nie-koreański fan k-popu nie jest jakoś bardzo zszokowany faktem istnienia cenzury w korańskim show-biznesie. Owszem, może z początku był nieco zaskoczony, ale skoro namiętnie słucha muzyki z najodleglejszych krańców świata, możemy założyć, że ma szerokie horyzonty i nie utrzymuje, że jego własny sposób patrzenia na świat i standardy, do których się przyzwyczaił, są jedyne i obowiązujące. Koreańczycy postanowili, że będą filtrować treści pokazywane w telewizji i chronić wrażliwe, młodzieńcze umysły? Dlaczegóż by nie? Patrząc na to, co pokazuje się w zachodnich mediach, ma się ochotę przyklasnąć koreańskim pomysłom. Jednak nasz gorliwy fan w pewnym momencie zauważa pewne rozbieżności w logice wciągania piosenek na zakazaną listę. Jedni artyści zostają „zbanowani” za używanie młodzieżowego slangu, podczas gdy innym pozwala się błyskać gaciami i miziać się w niedwuznaczny sposób, tudzież promować zdradę w związku. I tak wracamy do podstawowego i inaugurującego ten post pytania: what the f**k!?


Pierwszy raz zetknęłam się ze „zbanowaniem” piosenki przy okazji wydania przez duet G-Dragon i T.O.P. z Big Bang ich drugiego singla „Ppeogi gayo”. Ministerstwo stwierdziło wtedy, iż tekst piosenki jest „szkodliwy dla narodowej psychiki” i zakazano pokazywania klipu w tv i emitowania go w radiu. GD i TOP (tudzież ich agencja) nie ugięli się wtedy pod presją i mimo sugestii, nie zmienili tekstu. Jak nie trudno się domyślić, cała afera tylko pomogła promocji singla, a ilość wyświetleń klipu w internecie w przeciągu kilku dni osiągnęła astronomiczny wymiar.



Cóż takiego „szkodliwego dla narodowej psychiki” kryje się w tekście piosenki? Nie tylko dla mnie do dziś pozostaje to zagadką uniwersum. Chłopaki śpiewają sobie jacy to są wspaniali i popularni, jak to wszyscy chcą ich naśladować i generalnie, że są the best. Nie jest to może zbyt skromne i zgodne z koreańskimi normami dobrego wychowania, ale jakoś nikomu nie przeszkadzało wypuścić na rynek singiel 2NE1I’m the best”, gdzie dziewczęta również pokorą nie grzeszą. Podobno całe zamieszania z piosenką GD i TOP polegało na tym, że panowie używają w niej slangowego wyrażenia „ppeogi gayo”, które w angielskim tłumaczeniu zostało przełożone na „knock out”. Znaczy ono mniej więcej tyle, co określenie czegoś genialnego, niesamowitego, super cool. Wydaje się, że może polskim odpowiednikiem byłby przymiotnik „zajebisty”, z tym, że koreańskie „ppeogi gayo” nie ma w ogóle charakteru „brzydkiego słowa”. Ciężko więc orzec, czego tak strasznego Ministerstwo doszukało się w „Ppeogi gayo”.



Innym kwiatkiem na „zakazanej liście” jest singiel DBSKBefore you go”. Pamiętasz zapewne dobrze owy klip. Fajna piosenka, genialny teledysk, który ogląda się jak film akcji. Changminek ze spluwą w ręką, wyglądający jak skośnooka, lepsza wersja Bonda, Yunho robiący porządek z bandziorami i załatwiając ich z półobrotu… Może i nam, zdeprawowanym ludziom zachodniej cywilizacji, wideo się podobało, ale Ministerstwo orzekło autorytatywnie, iż klip jest „szkodliwy dla młodzieży”. Ponoć nasze boskie chłopaki promują przemoc i hazard. Jeśli chciałabyś sobie kupić album z ową piosenką, to trzeba się będzie wylegitymować, bo ma oznaczenie, że przeznaczony jest dla osób powyżej 19-tego roku życia, a piosenkę obejrzeć/posłuchać w koreańskich mediach można jedynie po 22:00. A to, że we wspomnianym wyżej „I’m the best” dziewczyny na koniec piosenki robią totalną rozpierduchę na planie, używając bejsboli i kałachów? Oj tam, oj tam…

Co będę z resztą odwoływać się tylko do jednej piosenki. Weźmy na przykład taki zespół Teen Top. Jak sama nazwa skazuje, chłopaki śpiewające w tym bendzie nie mają więcej niż 17 lat, a ostatni teledysk, który pokazywany jest w telewizji, „No more pefrume on you” pokazuje historię lidera zespołu, który to z uśmiechem na ustach zdradza swoją dziewczynę z duuuużo starszą kobietą.


Morał piosenki jest taki, że gdy dziewczyna zaczyna coś podejrzewać, bo zwąchała na twojej koszuli zapach nie znanych jej perfum, należy kupić obu takie same, żeby każda myślała, że to jej perfumami pachnie jej chłopak… Na koniec zaś, gdy podły oszust zostaje nakryty przez swoją młodszą dziewczynę, cóż się dzieje? Obie kobiety strzelają mu w twarz i wychodzą? Skruszony, usiłuje błagać którąś o wybaczenie? A gdzie tam! Chłopak uśmiecha się słodko, z miną „och ty, głupiutka gąsko, co robisz w miejscu, w którym nie powinno cię być” i koniec. Kurtyna i oklaski. Taki model traktowania kobiet nie jest szkodliwy dla młodzieży, no gdzież by…

Omówmy jeszcze jeden singiel Teen Top. Uwielbiam ich piosenkę „Supa Luv”, ale przyznaję, że teledysk jest nawet dla mnie nieco przerażający.


Około trzydziestoletni facet siedzi sobie sam w mieszkaniu, popija poranną kawkę w rozchełstanym szlafroczku, włącza swój super-wypaśny komputer przyszłości, wybiera sobie chłopców, wpisuje „Supa Luv (= Super Love)” i do zamkniętego, odizolowanego pomieszczenia bez okien i drzwi wpadają mocno nieletni chłopcy, którzy to zaczynają tańczyć (mniemam, że dla pana w rozchełstanym szlafroczku) śpiewając o wspaniałej miłości. Gdy już nieco popatrzymy sobie na pląsających młodzianów pojawia się szybkie ujęcie pana od szlafroczka, tyle, że już bez szlafroczka i pod prysznicem, wspartego niedbale o szybę, z miną zboczeńca-podglądacza typu "chcę cię tu i teraz". Nie wiem jaki morał płynie z tego teledysku, ale moje skojarzenia mocno mnie niepokoją. Ale widać, tutaj Ministerstwo do spraw równouprawnienia i rodziny nie doszukało się niczego podejrzanego…

Skoro jesteśmy już przy tematach około seksualnych… Jak myślę, trudno zapomnieć klip i piosenkę Junsu z DBSK „Intoxication”.



Wirujące klaty, szorowanie podłogi kolanami, przeciągłe dotknięcia wargi (generalnie duuuużo dotykania samego siebie to tu to tam) i do tego niedwuznaczny tekst, by nikt nie miał wątpliwości co chodzi: „I know that you want me…”, „Kiss and touch me taste and touch me baby” (Wiem, że mnie pragniesz… Pocałuj i dotknij mnie, skosztuj i dotknij mnie, kochanie). Nie powinno zatem dziwić, że twórcy piosenki od samego początku celowali w japoński rynek wydawniczy, gdyż w Korei piosenka nie miała szans na ukazanie się w mediach. OK, ja rozumiem, dbanie o umysły młodzieży, chronienie ich młodych, wrażliwych umysłów przed atakiem rozbuchanego przesadnym erotyzmem, perwersyjnego idola Junsu. Spoko. Ale z jakieś dwa miesiące temu moje oczęta cóż zobaczyły na youTube i przeczytały, że Ministerstwo nawet nie mrugnęło przy wypuszczaniu klipu na rynek? „Bubble PopHyuny pomimo błyskania bielizną spod przykrótkiej spódniczki i obmacywanie się tu i ówdzie jest wg władz totalnie w porządku i piosenka jak gdyby nigdy nic króluje na listach wakacyjnych hitów.


Przykładów tego typu pokrętnej logiki można by mnożyć w nieskończoność. Jak to możliwe, że niektóre piosenki zostają „zbanowane” za dwie linijki w tekście takie jak: „Ponieważ jestem pijany” oraz „Między rozpiętością dymu papierosowego” (Kim Hyun JoongPlease) a inne otwarcie śpiewają o tym jak fajnie iść na imprezę i się ubzdryngolić i nikt nie widzi w tym niczego niestosowanego? No cóż. Pozostaje tylko mało elegancko zapytać „what the f**k!?”.

EDIT: Małe sprostowanie. Właśnie wyczytałam na allkpop.com, że HyunA doczekała się jednak upominającego machania palcem wskazującym od strażników koreańskiej moralności. 4-tego sierpnia bieżącego roku Korea Broadcasting and Communications Review Committee (Koreańska komisja do spraw telewizji i mediów*) wydała oświadczenie, iż występy Hyuny (zarówno klip jak i taniec na koncertach), promujące piosenkę „Bubble Pop” są „seksualnie zbyt agresywne”. W odpowiedzi wytwórnia Cube Entertainment, która opiekuje się piosenkarką, niemal natychmiast zaprzestała promocji piosenki i odwołała występy Hyuny w zaplanowanych programach telewizyjnych.

No cóż… Jak widać i HyunA nie uciekła przed wnikliwym okiem koreańskiego Wielkiego Brata, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że podwójne standardy nadal obowiązują w ojczyźnie kimchi.
No i gdzie ja miałam głowę, żeby nie wspomnieć o tak sztandarowym przykładzie jak MiroticDBSK. Chłopcy na gwałt musieli coś kombinować, bo linijka „I’ve got you under my skin” („mam cię pod skórą”) w mniemaniu obrońców moralności była bardziej niż nieodpowiednia. Szczerze – nie wiem kto tam pracuje w tych koreańskich biurach, ale pewnie jakieś niezłe zboczuchy, bo jakkolwiek na brak wyobraźni nigdy nie narzekałam, nie wiem co w tym tekście jest takiego nieprzyzwoitego. Trzeba by spytać fachowców… :>

Więcej na temat:
Potwór spod łóżka


* niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę. Nie bardzo wiem jak przetłumaczyć to „Communications Review


Na podstawie:
www.eatyourkimchi.com
www.allkpop.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...