Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycyjna kultura Korei. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycyjna kultura Korei. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2014

Hangul: pochwała prostoty

Wśród 15 dni, które Koreańczycy mają w roku wolne z tytułu świąt państwowych, znalazł się jeden dzień ku czci Hangul: koreańskiego alfabetu. 9 października to dzień, kiedy mieszkańcy Kraju Porannej Świeżości ze szczególną lubością wystukują swoje zygzaczki na najnowszej wersji Samsunga Galaxy i zostawiają urocze notatki na biurkach swoich bliskich.


Jest z czego być dumnym. Historia powstania alfabetu (a właściwie sylabariusza, gdyż Hangul służy do zapisu sylab) jest niezwykła i inspirująca. Do roku 1446 wykorzystywano w Korei chińskie znaki Hanja. Jako, że owe piktogramy służyły do zapisu znaczenia słów a nie ich brzmienia, koreańskie mądre głowy dawnych lat, również zaczęły używać chińskich krzaczków. By oddać specyfikę i złożoność gramatyki koreańskiej (i jeszcze bardziej wszystko pogmatwać), wymyślono masę dodatkowych znaków. Powstały też nowe krzaczki do zapisu koreańskich nazwisk i nazw miejscowości. Wszystko to sprawiło, że sposób zapisu myśli był tak skomplikowany, że tylko garstka najlepiej wykształconych ludzi w państwie była w stanie odcyfrować owe hieroglify.

Ówczesny władca stwierdził, że próba dostosowania chińskich znaków do języka koreańskiego jest jak „próba dopasowania kwadratowego uchwytu do okrągłej dziury”. Martwiło go to, że zdecydowana większość jego poddanych nie była w stanie przeczytać jego dekretów i rozporządzeń, a wiedza pozostawała zarezerwowana tylko dla kilku, najbardziej światłych ludzi (którzy zazwyczaj byli już w jesieni swojego życia, gdyż całą swoją młodość poświęcili na studiowanie pisma).

Dlatego też król Sejong postanowił dać wszystkim szansę zapisu swoich myśli  i stworzył coś, co miało uprościć codzienną komunikację: Hunmin Jeongeum (Odpowiednie Dźwięki, By Instruować Ludzi), znane później jako Hangul. Jest to jedyny alfabet, który nie ewoluował z pisma obrazkowego, ani nie stanowi adaptacji cudzego sposobu zapisu mowy, a został stworzony sztucznie, na potrzeby języka koreańskiego. Początkowo składał się z 28 znaków, jednak 4 z nich zanikły i obecnie używa się jedynie 24. Kształt znaków inspirowany był albo podstawowymi siłami przyrody (ㅇ to powietrze, – to ziemia a | oznacza człowieka), albo kształtem w jaki układa się język podczas wymawiania dźwięków. Twórca alfabetu stwierdził, że „mądry człowiek może zaznajomić się [ze znakami], nim ranek przerodzi się w dzień, głupek może tego dokonać w przeciągu 10 dni.”.

 [król Sejong]

Jak to w życiu bywa, arystokracji nie spodobało się, że to, co dotychczas zarezerwowane było tylko dla nich i stanowiło o ich wyjątkowości, teraz dostępne było nawet imbecylom. Przez długi czas Hangul zepchnięty został do roli pisma kobiecych pamiętników i książeczek dla dzieci. Dopiero ucisk Japończyków w XIX wieku i ich walka z kulturą koreańską sprawiły, że Hangul stał się symbolem narodowym i jest używany do dziś.

Z tej okazji mam dla Was małą niespodziankę. Tylko dziś, 9 października, możecie zamówić sobie koszulki z własnym imieniem w Hangul i napisem I ♥ K-POP albo I ♥ KOREA, w zależności co kochacie bardziej :) Szczegóły akcji na Facebooku! Zamówienia możecie wysyłać na mój mail: waleriankaa@gmail.com.

Możecie być pewni, że takiej koszulki nikt nie będzie miał! ^^



Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

środa, 18 kwietnia 2012

Powiedz mi, jakiej muzyki słuchasz…

...a powiem ci, kim jesteś.

Dziewczęta i chłopcy (jeśli takowi tutaj zaglądają), najwyższy czas zakończyć marudzenie na nieprzydatne programy szkolne i durne podręczniki, bo oto dzisiaj, przeglądając książkę do angielskiego natrafiłam na naprawdę ciekawy tekst, który zainspirował mnie do tego stopnia, że pozwolę go sobie tutaj w części przytoczyć. Oczywiście w moim kreatywnym tłumaczeniu.


Trzeba przyznać, że raz na jakiś czas zdarza się naukowcom wziąć pod lupę naprawdę ciekawy temat (jak na przykład tutaj). Tęgie mózgi pracujące na uniwersytetach w Cambridge i Teksasie postanowiły przebadać, jak wiele gatunek muzyki, której słuchasz, mówi o tobie. Doszli do wniosku, że rytm, tempo i słowa piosenek, których namiętnie słuchamy, muszą w jakiś sposób odzwierciedlać nasz charakter i styl życia. Ile w tym prawdy? Pewnie tyle samo, co w teoriach na temat tego, co o tobie zdradza twój ulubiony kolor. Ale, że autoanaliz nigdy dość, sami sprawdźcie, na ile poniższe opisy pasują do Was!
Muzyka wesoła i prosta
Fani piosenek, które lądują na listach przebojów, country i soundtracków bywają bardziej konserwatywni i konwencjonalni, niż miłośnicy innych gatunków. Rodzina oraz dyscyplina – oto, co jest ważne w ich życiu. Można ich scharakteryzować jako otwartych, pogodnych ludzi, który lubią przebywać z innymi i pomagać im, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. W wolnym czasie lubią wypoczywać aktywnie, ćwicząc lub i biegając wokół bloku. W wersji bardziej leniwej: oglądają, jak inni się męczą w TV, przegryzając chipsy i popijając piwo. Lubią też oglądać popularne, hollywodzkie produkcje, szczególnie komedie. Cytując psychologów: „Ludzie, którzy lubią country i pop starają się unikać sytuacji, które mogłyby niepotrzebnie skomplikować im życie.”

Energiczna muzyka z przytupem (czyt.: z wyczuwalnym rytmem)


Hip-hop, funk, rap, soul, dance i muzyka elektroniczna przyciągają ludzi, którzy lubią dużo mówić, są ekstrawertyczni i posiadają w sobie nutkę romantyzmu. Mają też tendencję do impulsywnego okazywania swoich uczuć i myśli. Zdecydowanie jest to typ ludzi, który lubi się zabawić i dla którego przyjaciele i pozycja społeczna wiele znaczą. Miłośnicy takiej muzyki zazwyczaj nie mają wielu kompleksów i uważają się za atrakcyjnych. Gdy idą do kina, to najchętniej wybierają filmy akcji, science fiction, albo komedie.

Muzyka złożona i refleksyjna


Fani muzyki klasycznej, jazzu i innych bardziej skomplikowanych gatunków muzycznych cechują się podobno ponadprzeciętnym poziomem inteligencji. Są kreatywni i otwarci na nowe doznania, ale można zagubić się w meandrach ich złożonej osobowości. Kochają stare filmy, albo zagraniczne produkcje, najlepiej z jakichś nikomu nie znanych, egzotycznych krain. Zazwyczaj posiadają liberalne poglądy polityczne i nie przepadają za sportem. Co ciekawe, miłośnicy opery są trzy razy bardziej skłonni do podejmowania prób targnięcia się na własne życie, niż fani innych gatunków muzycznych. Rzecz jasna, psychologowie nie oskarżają Madame Butterfly o propagowanie haseł autozagłady. Po prostu opera w jakiś magiczny sposób przyciąga ludzi, którzy mają dramatyczne ciągotki i sporą niestabilność emocjonalną. Słuchanie arii z oper na pewno nie sprawi, że nasze życie nagle straci sens. Chociaż… Gdyby mi ktoś tak kazał przez cały dzień… Chyba zaczynam rozumieć ten fenomen!

Muzyka intensywna i zbuntowana


Miłośnicy muzyki określanej mianem „alternatywnej”, heavy-metalu, rocka i gangsta rapu to zazwyczaj ryzykanci, którzy lubią wyzwania i nowe doświadczenia. Z reguły są aktywni fizycznie. Określa się ich jako osoby niezależne, ciekawe świata i nieco zbuntowane. Lubią oglądać filmy akcji, fantasy, horrory i filmy wojenne. Rodzice często martwią się, jeśli ich pociecha z upodobaniem słucha agresywnej muzyki, ale badania wykazały, że nie ma żadnych bezpośrednich powiązań między słuchaniem heavy-metalu albo rapu, a wzrostem agresji wśród młodzieży. Wprost przeciwnie, fani tych gatunków zazwyczaj są cichsi i bardziej nieśmiali, niż ich rówieśnicy.
Nie będę się tutaj za bardzo wyzewnętrzniać, jak bardzo powyższe opisy pasują do mnie (zwłaszcza, że raczej nie jest tajemnicą, jakie są moje muzyczne gusta). Efemerycznie powiem, że coś w tym jest. Szczególnie odnośnie rocka. No, ale ja nie o tym!

A gdyby tak spojrzeć na problem szerzej? Sięgnąć wzrokiem dalej, objąć analizą większy obszar? Skoro w Korei pop jest darzony taką miłością, coś chyba to mówi o społeczeństwie jako takim? Zaraz po popie, ulubionym gatunkiem Koreańczyków jest trot. Jest to „dziadek” współczesnego k-popu, wywodzący swój początek jeszcze z czasów okupacji Korei przez Japończyków. Sam termin powstał od nazwy tańca „foxtrot”, któremu zawdzięcza swoją główną cechę: prosty rytm. Obecnie jednym z najsławniejszych wykonawców gatunku jest Tae Jin Ah i Song Dae Gwan. Dla rozszerzenia horyzontów poniżej zamieszczam przykład gatunku, aczkolwiek ostrzegam, że ja tam nie widzę wielkich różnic między trotem a naszym poczciwym disco-polo. Słowa ino w nieco innym językiem. Reszta jest jakoś podejrzanie do siebie podobna. Z ciekawostek dodam, że Daesung z BigBang jest wielkim fanem gatunku

Co innego, gdy do trota dorzuci się etniczne elementy! Koniecznie musicie przesłuchać tę jedną z pierwszych trotowych piosenek z 1938 roku! Jest tak pocieszna, że nie można jej nie polubić!
오빠는 풍각쟁이 (Oppaneun punggakjaengi) zaśpiewana przez Park Hyang Rim do posłuchania tutaj.

Raczej nigdy nie będę fanką, ale przyznaję, że występy pań w hanbokach mają swój nieodparty urok. I ten specyficzny styl śpiewania, zwany „gagok”. Kojarzy mi się trochę z ludowym śpiewem pansori. Połączenie przejmującego wokalu, który zrywa struny głosowe, z szorstkim akompaniamentem bębna, nieustająco robi na mnie wielkie wrażenie. Miłośnikom podobnych klimatów gorąco polecam Seopyeonje, głośny film z 1993 roku, opowiadający losy śpiewaka, dla którego pansori jest całym życiem i religią oraz historię jego rodziny. Film jest naprawdę przejmujący, a muzyka przenika człowieka gdzieś głęboko, długo nie pozwalając o sobie zapomnieć.

W Japonii pop jest również bardzo popularny, ale znaczące miejsce na japońskiej scenie muzycznej zajmuje rock i wszelkie wariacje na temat ciężkiego, gitarowego grania. Czyżby znaczyło to, że w głębi Japończycy to zbuntowane dusze? Kto wie? Bez wątpienia Japończycy są mistrzami w wykorzystywaniu swoich pięciu minut wolności w wyrażaniu siebie. Wystarczy przejść się po Harajuku albo Shibuyi, żeby zobaczyć modowe stylizacje, które nam, Europejczykom, nawet nie śniły się po nocach. Jako że okres, w którym młodzi Japończycy mogą pozwolić sobie na ekstrawagancję, jest bardzo krótki (po zrzuceniu szkolnych mundurków, a przed rozpoczęciem pracy), w manifestowaniu swojego indywidualizmu posuwają się do ekstremum. Nawet jeśli ta wolność ogranicza się tylko do sobotnich popołudni, coś jednak musi siedzieć w ich duszach, że w tak otwarty sposób okazują, gdzie mają wszystkie sztywne normy.

[Harajuku boys]
A jak się powyższe opisy mają do Waszych muzycznych preferencji?
Więcej na temat:
Muzyka/Idole

Źródła:
C. Oxendern, Ch. Latham-Koenig,
New English File, upper intermediate, 1997, str. 71

czwartek, 26 stycznia 2012

Hyeong, powiedz temu ajushi, żeby się odczepił od mojej noony!

Czyli krótki przewodnik po koreańskich honoryfikatach*.
Zapewne zdążyliście się zorientować, że język polski w dość znacznym stopniu różni się od języka japońskiego, czy koreańskiego. I nie chodzi mi tu o takie oczywistości, jak brzmienie słów, czy szyk zdania. Różnice przejawiają się również w sposobie zwracania się do drugiego człowieka. U nas są dwie opcje: albo jesteśmy z kimś na „ty”, albo na „pan/pani”. No, jest jeszcze sprytna i właściwie nieistniejąca forma pośrednia, czyli unikanie jak ognia zwracania się bezpośrednio do rozmówcy, przez co ten może sobie myśleć, co chce.

W japońskim, koreańskim i we wszystkich dialektach chińskich istnieje kilkadziesiąt (jak nie kilkaset w przypadku mandaryńskiego) sposobów zwracania się do rozmówcy. O ile japońskie honoryfikaty są w miarę czytelne i zrozumiałe (no i przede wszystkim łatwo dostępne ze swoimi wyjaśnieniami, również w języku polskim, choćby na wikipedii), to o koreańskie odpowiedniki dużo ciężej. Na pewno każdy miłośnik koreańskich seriali na początku swojej skośnookiej przygody nie raz łapał się za głowę, usiłując zrozumieć, o co to chodzi z tymi wszystkimi dodatkami do imion, nazwisk albo jakimiś dziwnymi zwrotami ni stąd ni zowąd. Dla wszystkich zagubionych, krótki przewodnik poniżej!

By w ogóle pojąć, o co to chodzi z tymi tajemniczymi koreańskimi honoryfikatami, musimy uświadomić sobie, że sposób zwracania się do drugiej osoby jest ściśle związany z wzajemnymi relacjami społecznymi, jakie zachodzą między owymi ludźmi. Podstawowe kryteria to: płeć, stopień zażyłości i wiek. Czasem jednak ilość lat schodzi na drugi plan, jeśli dana osoba jest dla nas wzorem w danej dziedzinie i chcemy mu dobitnie zamanifestować, jak bardzo go podziwiamy i szanujemy. Np. dziewczyny z 2NE1 zwracają się do swoich kolegów po fachu z Big Bang per „oppa”, mimo iż Bom i Dara są dużo starsze od chłopaków z zespołu.

[2NE1 i Big Bang]

Generalna zasada jest jednak taka, iż:
  • Seonbae (선배) [czyt. sunbe, gdzie „u” jest krótkie i nieco podobne do „a”] – tak zwraca się młodszy chłopak/dziewczyna do swojego starszego kolegi/koleżanki (coś jak senpai po japońsku), zwłaszcza w szkole czy na studiach, gdzie do tego wszystkiego nie mieszają się jeszcze profesjonalne stosunki. Jest to zwrot o neutralnym zabarwieniu.
Seonbae to też ktoś, kto jest w jakiejś branży dłużej niż ty, przez co ma więcej doświadczenia w danej dziedzinie. Tak będziemy się zwracać do kolegów na tym samym stanowisku, jeśli pracują dłużej od nas. Przywodząc przykład ze świata k-popu, np. chłopaki z B1A4 będą się zwracać do swoich kolegów po fachu z SHINee per seonbae, bo ci są już w branży zdecydowanie dłużej.
  • Hubae (후배) [czyt. hube] – a tak zwraca się seonbae do swojego młodszego kolegi/koleżanki, chociaż zwykle nie używa się tego jako odpowiednik drugiej osoby liczby pojedynczej (czyli prościej, raczej nie usłyszysz, by ktoś wprost tak cię nazwał), ten honoryfikat pojawia się, gdy seonbae wspomina komuś trzeciemu o swoim młodszym koledze/koleżance. Tak samo jak seonbae jest to neutralny sposób mówienia o kimś.

A teraz zaczynają się schody.
Powiedzmy, że siedzisz sobie ze swoim seonbae w knajpie, pijecie soju (koreańska wersja „wódki” – no, przynajmniej Koreańczycy lubią tak ją nazywać, bo jak dla mnie to jakaś lura, marne 15-17%), super wam się rozmawia, oboje czujecie, że oto przed wami wasza bratnia dusza i wspaniały przyjaciel. Czas więc przejść na wyższy poziom wtajemniczenia i werbalnie okazać sobie, jak bardzo się lubicie. Jako, że seonbae zawsze zwracał się do ciebie po imieniu, tutaj sprawa jest czysta, nic się nie zmienia. Ino obgadując cię, nie będzie używał hubae, tylko twojego konkretnego imienia. Ale pytanie brzmi, jak zatem ty masz się do dawnego seonbae zwracać?

[zdjęcie pożyczone z pae-and-guy.blogspot.com]

  • Hyeong (형) [czyt. hjong] – ale tylko pod warunkiem, że jesteś facetem, a twój seonbae to również mężczyzna.
  • Noona (누나) [czyt. nuna] – jeśli jesteś facetem, a twój seonbae to dziewczyna
  • Oppa (오빠) – jeśli jesteś dziewczyną, a twój seonbae to chłopak
  • Eonni (언니) [czyt. onni] – jeśli jesteś dziewczyną, a twój seonbae, to również kobieta.

To oczywiście jeszcze nie koniec.
  • -ssi (씨) [czyt. szi] – jest najbardziej popularnym honoryfikatem i dodaje się go do imienia i nazwiska, np. Kim Cheolsu-ssi (김철수씨) lub do samego imienia, jeśli jesteśmy z kimś z bliższych stosunkach (Cheolsu-ssi (철수씨). Generalnie -ssi wyraża równy status między rozmawiającymi osobami. Trzeba jednak wiedzieć, że nie wypada zwracać się do kogoś używając samego nazwiska z dodatkiem -ssi (np. Kim-ssi (김씨), gdyż znaczyło by to, że sami uważamy się za kogoś ważniejszego, od osoby, o której mówimy.
  • -nim (님) – oznacza tyle co „Pan/Pani”, czyli kogoś starszego od nas, kogo darzymy (lub chociaż w teorii powinniśmy darzyć) szacunkiem i który stoi w hierarchii wyżej od nas. Jest to bardzo produktywny sufiks. Można dodać go do nazw osób z rodziny, np. omma (엄마) (matka), dodając sufiks -nim otrzymujemy słowo oznaczające czyjąś matkę (czyli tak np. możemy zwrócić się do mamy koleżanki/kolegi), ale nie tylko. Jeśli ktoś czuje względem swojej mamy szczególny respekt, może zwracać się do niej właśnie omonim (어머니) (o nazwach członków rodziny będzie dokładniej poniżej). Owy sufiks dodawać można nie tylko do nazw osób z rodziny. Można dodać go np. do seonbae (선배), okazując naszemu koledze wyższy stopień szacunku, albo dodać go do imienia, jak uczynił względem mnie mój Face Book, gdy magicznym sposobem zmienił mi się język wyświetlania strony po wizycie moich koreańskich koleżanek. Nie powiem, zobaczenie, że ktoś tytułuje mnie Emilia님, było przeżyciem jednym w swoim rodzaju. Poczułam się szanowana przez mój FB :D
  • Seonsaeng (선생) [czyt. sunseng, gdzie „u” jest krótkie i nieco podobne do „o”] – tłumaczy się go jako „nauczyciel”, ale niekoniecznie dana osoba musi być naszym szkolnym belfrem, byśmy tak na niego wołali. Seonsaeng wyraża wysoki poziom szacunku, jakim kogoś darzymy, uznanie dla jego dokonań i wyższości nad nami. Podobne do japońskiego -sensei, czyli, dosłownie „urodzony wcześniej”, mistrz.
  • Ajushi (아저씨) [czyt. adziusi] – sposób zwracania się do mężczyzn, którzy są starsi od nas (zwykle znacznie), a których nie znamy wcale, lub zbyt dobrze. Dosłownie znaczy „wujek”.
  • Ajuma (아주마) [czyt. adziuma] – sposób zwracania się do kobiet, które są (znacznie) starsze od nas, a których nie znamy wcale, lub zbyt dobrze. Dosłownie znaczy „ciocia”. Jeśli chcemy wkurzyć jakąś odrobinę od nas starszą kobietę (np. 30-latkę), to można zawołać na nią ajuma. Efekt gwarantowany :D
  • -ah/-yah (아/야) [czyt: a/ja]. -ah dodaje się do imion i zarezerwowany jest wyłącznie w stosunku do bliskich znajomych i przyjaciół. Równie dobrze można się zwracać wtedy samym imieniem, bez żadnych dodatków, ale koreańska dusza jakoś czuje się niespełniona, jeśli nie może sobie dorzucić jakiegoś małego bonusu za imieniem. Pytałam o to dziewczyn i wyjaśniły mi, że po prostu jakoś łatwiej im się mówi, dodając -ah na końcu imienia. Sugeruje to też zwykle, że mamy jeszcze coś do powiedzenia, oprócz zawołania kogoś. Jest to więc coś w rodzaju poprawiacza melodii języka, dodatkiem, który tak na dobrą sprawę, nie niesie żadnego znaczenia. Jedynie zawołanie starszej osoby lub szefa po imieniu z dodatkiem -ah jak nic sprowadzi nam na głowę kłopoty…

Teraz czas przyjrzeć się, jak należy zwracać się do członków swojej rodziny. Jak pisałam wcześniej, dodając sufiks -nim można utworzyć honoryfikat, którym możemy zwrócić się do czyjeś matki/ojca itp. lub okazać naszym członkom rodziny więcej szacunku:

 
  • Omma (엄마) – mama
  • Omonim (어머니) – też matka, ale czyjaś
  • Abeoji (아버지) [czyt. abudzi] – tata
  • Abeonim (아버님) [czyt. abunim] – czyjś ojciec
  • Halmeoni (할머니) – babcia
  • Halmeonim (할머님) – czyjaś babcia
  • Harabudzi (할아버지) – dziadek
  • Adeul (아들) [czyt. adyl, gdzie „y” jest bardzo krótkie, ledwo słyszalne] – syn
  • Adeunim (아드님) [czyt. adnim] – czyjś syn
  • Ddal (딸) – córka
  • Ddanim (따님) – czyjaś córka
  • Hyeong (형) [czyt. hjong] – starszy brat (używane tylko przez chłopaka)
  • Noona (누나) [czyt. nuna] – starsza siostra (używane tylko przez chłopaka)
  • Oppa (오빠) – starszy brat (używane tylko przez dziewczynę)
  • Eonni (언니) [czyt. onni] – starsza siostra (używane tylko przez dziewczynę)

Tak więc z grubsza przedstawiają się koreańskie honoryfikaty. Oprócz wyżej wymienionych zwrotów, są też różne poziomy używania języka, które pozwalają wyrazić szacunek względem rozmówcy. Są to głównie odpowiednie sufiksy dodawane do czasowników, ale są też zupełnie inne słowa, które można używać rozmawiając z przyjaciółmi, a inne, gdy rozmawiamy z kimś starszym i ważniejszym od nas. Mieszanie tych poziomów i np. mówienie do kogoś starszego w sposób zarezerwowany dla przyjaciół, lub osób niższych rangą od nas jest nie tyle oznaką braku wychowania, co po prostu obrazą dla rozmówcy. To dlatego tak często w różnych dramach ludzie wściekają się, gdy jakiś młody gniewny używa nieodpowiednich słów do rozmowy z przełożonymi lub starszymi. Przypomnijcie sobie scenę, gdzie Lee Min Ho w „City Hunter” rozmawiał z urzędnikiem pomocy społecznej. Mimo, iż mężczyzna był od niego starszy i teoretycznie ważniejszy (Lee Min Ho w roli petenta, stojący przed wielce poważnym urzędnikiem państwowym), nasz niepokorny bohater specjalnie używał nieformalnego języka, by wyrazić swoją pogardę dla swojego niezbyt uczciwego rozmówcy.

[Lee Min Ho w "City Hunter"]

To tak jakby nawrzucać komuś od najgorszych, nie używając ani jednego inwektywu, ba, nie mówiąc nawet ani słowa pod adresem rozmówcy! Eh… Czyż nie przejawia się w tym piękno języka? Pozazdrościć.


Źródła:
wywody własne + konsultacje z nativami


* honoryfikaty to spolszczona wersja angielskiego honorifics, które po polsku tłumaczy się jako “zwroty grzecznościowe”. Do mnie to tłumaczenie nie trafia, gdyż oppa, -ssi, eonni itp. są czymś więcej, niż zwrotami grzecznościowymi. To sposób zwracania się do danej osoby, który oprócz odpowiedniej dozy szacunku, wyraża także stopień pokrewieństwa, zażyłości i poziom na drabinie społecznej. Dlatego też obstaję przy posługiwaniu się nieistniejącym tak na prawdę w polszczyźnie słowem „honoryfikat”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...