niedziela, 18 marca 2012

Wyjść poza stereotyp

Świat muzyki pop, niezależnie o miejsca pochodzenia, zazwyczaj kojarzy się z kolorowymi, pląsającymi młodzianami płci obojga, głupiutkimi tekstami typu „I wanna sex on the beach” i bezwolnym podążaniem za managerem, który decyduje za gwiazdę nawet o tym, w jakim kolorze powinien/-a założyć dziś majtki. Czy w takich warunkach nazywanie kogokolwiek idolem jest uprawnione? Dość to wątpliwe…


[Przełamujący stereotypy Bang Yong Guk z B.A.P.]

W k-popie jest podobnie i piosenkarze często nie tyle co nie chcą, co nie mają nawet możliwości partycypować w powstawaniu swoich albumów, czy decydować o sposobie promocji zespołu. Zgodnie z konfucjańskim systemem wartości, ze starszymi i postawionymi wyżej w hierarchii się nie dyskutuje, tylko grzecznie robi, co karzą. Są jednak talenty tak jasno świecące i osobowości tak silne, że nawet konfucjańska filozofia nie może ich stłamsić, ani powstrzymać przed wzięciem spraw w swoje ręce.

[G-Dragon]

Czy tego typu artykuł miałby w ogóle jakiekolwiek sens, gdyby nie wspomnień o G-Dragonie? To obecnie zdecydowanie jedna z największych postaci w koreańskim show-biznesie. Do agencji talentów YG Enterteinment trafił gdy miał zaledwie 12 lat i tam przez sześć kolejnych wiosen przygotowywał się do swojego debiutu. Najwyraźniej od zawsze zdradzał swoje szczególne uzdolnienia, gdyż wniósł spory wkład w przygotowanie debiutanckiego albumu, pisząc teksty piosenek, pomagając w komponowaniu muzyki a nawet tworząc utwory zupełnie samodzielnie. „Haru Haru”, jeden z największych hitów Big Bang ever, jest właśnie takim jego samodzielnie spłodzonym dzieckiem. Nie ma chyba piosenki Big Bang, do której GD nie przyłożyłby swojej (boskiej, chciałoby się rzec) ręki. Pomógł również przy solowych projektach innych członków zespołu, Taeyangowi i SeungRi. GD nie oparł się pokusie wydania własnego solowego albumu (który tak na marginesie jest jedną z moich ulubionych k-popowych produkcji). „Heartbreaker” odniósł wielki sukces i pokazał nowe spektrum możliwości tego młodego, bądź co bądź (obecnie ma 23 lata), chłopaczka. Zapytany o koncept tej płyty, tak podsumował swoją twórczość:

„Tak jak filmy opowiadają wiele historii i klasyfikuje się je do różnych gatunków: komedii, thrilleru, horroru itp., ja koncentruję się na opowiadaniu historii w tekstach moich piosenek. Chciałem, żeby brzmiały jak prawdziwe historie nawet bez muzyki. Chciałem nadać im jasną fabułę. Myślę, że jest to wpływ zagranicznego rapu, na którym wyrosłem, a który zawsze miał do przekazania jakąś historię.”


Rzeczywiście, GD nie kłamał i każda z zamieszczonych na albumie piosenek to mała perełka. Dla zainteresowanych, można poczytać tłumaczenia tekstów na stronie szczyptaorientu.blogspot.com, polecam szczególnie tekst piosenki „소년이여 (A Boy)”.

Nie wypada również nie wspomnieć o jego szczególnym wyczuciu mody i lansowaniu nowych trendów, ale po więcej szczegółów odsyłam do innych moich postów (tu i tu)

[C.N. Blue, Jung Yong-hwa jest pierwszy z prawej]

GD to nie jedyny muzyk, który robi coś więcej poza śpiewaniem i pląsaniem na scenie. C.N. Blue zapewne nie jest aż tak bardzo indie, na jaki chciałby pozować, ale nie można odmówić chłopcom z zespołu talentu i zaangażowania w muzykę, którą tworzą. Ostatni przebój grupy, „Where Are You”, wydany na japoński rynek, znalazł się na szczycie bardzo popularnej listy przebojów Oricon. Wyczyn to nie byle jaki, bo po raz pierwszy od 41 lat zagraniczny zespół zdołał zająć miejsce pierwsze w tym elitarnym zestawieniu. Już w pierwszym tygodniu od wydania singla, krążek rozszedł się w nakładzie 60 tys. egzemplarzy i obecnie sprzedaż na pewno osiągnęła 100 tys. Dokonanie jest tym większe, że piosenka została w całości skomponowana i wyprodukowana przez Jung Yong-hwa, lidera i, że się tak wyrażę, mózg zespołu, który wcześniej występował w niezależnym, rockowym zespole. Nie można wątpić, że Yong-hwa posiada szczególny talent, ale jego koledzy z zespołu również czynnie angażują się w tworzoną przez nich muzykę. C.N. Blue definitywnie osiągnęło status czołowych gwiazd koreańskiej sceny muzycznej, a członków grupy bez wahania można nazwać ludźmi godnymi tytułu „idoli”.

[Block B]

Jeśli jeszcze po zespołach o „rockowym skrzywieniu” można by się spodziewać twórczego zaangażowania, to zazwyczaj przyjmuje się, że chłopaczki z hip-hopowych i stricte popowych boy bandów są raczej sztucznymi tworami agencji gwiazd. Pozory potrafią jednak mylić i Block B dowodzi, że inteligentnemu człowiekowi myślenie stereotypami nie przystoi. Po debiutanckim mini albumie „New Kids on the Block” (2011) z przebojowym „Freeze!”, można było spodziewać się szybkiego przejścia do fazy nr 2, czyli wydania kolejnego mini albumu, by potwierdzić i przypieczętować dopiero co zdobytą popularność. Chłopcy jednak dość długo zwlekali z powrotem na scenę (jak na koreańskie warunki, rzecz jasna), gdyż, jak donosiła wytwórnia, członkowie zespołu byli zaangażowani w pracę nad komponowaniem piosenek i nie chcieli nadmiernie przyśpieszać prac. Szczególnie lider grupy, Zico, włożył wiele starań w przygotowanie albumu, pisząc tekst do takich piosenek jak: „NalinA”, „LOL”, „Did You Or Did You Not”. Tym bardziej szkoda chłopaków, że jeden głupi wyskok i nienawiść anty-fanów (szczegóły tutaj) przyćmiły ich ciężką pracę i całkiem udany album „Welcome to the Block”.

Miejmy nadzieję, że podobny los nie spotka SHINee, który w poniedziałek wyda w sieci swój 
świeżuteńki mini-album „Sherlock” (premiera namacalnego krążka 21.03). Linia promocji grupy wydaje się być mocno kontrowersyjna (szczegóły tutaj), ale pozostaje mi tylko mieć ufność, że owa nieszczęsna sesja zdjęciowa była wypadkiem przy pracy i teraz czeka nas już jedynie nauszna orgia muzyczna. Tym bardziej, że część chłopców przyłożyła rękę do produkcji ich najnowszego dziecka. Jonghyun jest współautorem tekstu do piosenek „Always There” i „Alarm Clock”, a Minho napisał swoją rapową część do „Alarm Clock”. Może i nie jest to bardzo imponujący wyczyn, ale na pewno zdradza szczytną tendencję gwiazd i gwiazdeczek do partycypowania w powstawaniu muzyki, którą firmują swoimi twarzami i nazwiskami.

[SHINee]

Jednym z zespołów, który zrobił na mnie największe wrażenie ostatnimi czasy, jest B.A.P., debiutujący w styczniu bieżącego roku. Rozwodziłam się już nad tym, jak rewelacyjnym klipem jest ich „Warrior” (tutaj), ale po przeczytaniu, że lider zespołu, Bang Yong Guk, jest aktywnym współtwórcą i producentem muzyki B.A.P., zupełnie się zakochałam! Młodziutki Zelo (16 lat) również stara się pomóc przy produkcji piosenek, co bardzo obiecująco wróży na przyszłość.

[Bang Yong Guk i Zelo]

Nieustannie robią na mnie niesamowite wrażenie tacy młodzi, ambitni i niesłychanie zdolni ludzie. Nie dość, że Yong Guk 31. marca skończy dopiero 22 lata(!), wygląda, jak wygląda...
rapuje jak światowa czołówka, tańczy jak wszyscy finaliści You Can Dance razem wzięci, to jeszcze komponuje i pisze teksty! Nie mogę się doczekać ich kolejnego albumu i pozostaje mi tylko życzyć sobie, by pokładana w nich nadzieja, nie okazała się płonna.

Przyznam, że bardzo obiecująco wygląda ten nowy trend w k-popie i takie postacie jak GD, Jung Yong-hwa, czy Bang Yong Guk bezsprzecznie podnoszą poprzeczkę stawianą „idolom”. Oczywiście, że nie ma nic złego w tym, że ktoś realizuje się jedynie śpiewając cudze kompozycje. Jakby nie patrzeć, po to w zespołach jest tyle osób, by każdy mógł zajmować się tym, co umie robić najlepiej i wspólnie tworzyć poruszającą całość. Czasem żal mi po prostu wszystkich tych genialnych twórców, który skomponowali piosenki, które nuci pod prysznicem cała Azja i nawet niektórzy Polacy, a przez to, że nie byli dostatecznie przystojni, czy tanecznie uzdolnieni, muszą pracować na cudzy sukces. Bo czy ktokolwiek zastanawia się, kto stoi za hitami DBSK, 2PM* czy innych grup tego typu? Może najwyższy czas się tym zainteresować.

*UPDATE:
Jak pisałam, najwyższy czas zastanowić się kto stoi za hitami popularnych grup, bo dotychczas, przyznaję szczerze, również mnie średnio to interesowało. Najwyraźniej wyrastam już z fazy oślego zachwytu i konsumpcjonizmu, a staję się bardziej świadomym i dociekliwym miłośnikiem. No, przynajmniej mam taką nadzieję! :D

Za to m.in. lubię prowadzić blog, bo zawsze od innych można się dowiedzieć czegoś ciekawego.
Miica zwróciła mi uwagę, że przecież i chłopcy z 2PM próbują swoich sił w komponowaniu piosenek. Junsu (tudzież Jun.K) ma na swoim koncie aż cztery kompozycje: „HOT”, „Sunshine”, „Don’t Leave” i solowy „Alive”, Junho pokusił się o napisanie „Give it to me”, nawet Taecyeon złapał się za pióro! Zwracam honor, chłopaki! A Micce bardzo dziękuję za rozszerzenie horyzontów! :)

[2PM]

Tak na marginesie, bardzo podobała mi się wymiana zdań pomiędzy Junho i Junsu na temat swoich piosenek. Podczas programu „2PM Show” (23.07.11) na kanale SBS Plus chłopcy rozmawiali o swoich nowych kompozycjach i Junsu stwierdził, że najnowsza piosenka Junsu „HOT”: „Ma elektroniczne, radosne brzmienie. Myślę, że to piosenka, którą polubią małe dzieci, bo jest trochę jak (zupki) instant.” Biedny Junsu oburzył się nie na żarty takim porównaniem: „Jak możesz tak mówić do swojego hyung’a, kiedy sam ledwo napisałeś jedną piosenkę”. Junho usiłował się szybko wybronić: „Nie chciałem powiedzieć niczego złego… Mówię tylko, jak chwytliwa jest ta piosenka. Zupełnie jak zupa ramen, niezależnie od tego, gdzie i w czym ją robisz, zawsze jest świetna.” Powyższe stwierdzenie najwyraźniej nie usatysfakcjonowało Junsu i ten odbił piłeczkę w stronę Junho, komentując jego dzieło „Give It To Me”: „Słowa (piosenki) są bardzo mięsiste, jak ośmiornica.” Nichkhun poczuł się zobowiązany interweniować i zakończył całą dysputę stwierdzeniem, że Junsu „miał po porostu na myśli, że ludzie szybko polubią tę piosenkę”.

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com

piątek, 16 marca 2012

Co nas kręci i podnieca w yaoi

Z dedykacją dla Martan :)

Jeśli ktoś siedzi w azjatyckich klimatach i lubi mangi/anime, w któryś momencie swojej fascynacji musi natknąć się na rozpalający namiętności gatunek yaoi. Niektórzy go kochają, inni nienawidzą (zaskakująco, do pierwszej grupy należą głównie kobiety, a do drugiej – mężczyźni), ale rzadko kogo pozostawia on obojętnym. Cóż takiego niezwykłego jest w yaoi?

["Junjou Romantica"]

Zapewne temat. Miłość między dwoma mężczyznami wciąż jest tematem tabu, czymś, do czego lepiej się nie przyznawać i od czego trzymać z daleka. W całej historii koreańskiego show biznesu na palcach jednej ręki można naliczyć przypadki „come outów”, czyli publicznego ujawnienia swoich preferencji. Kiedy aktor i celebryta Hong Seok-cheon w 2000 roku oznajmił, że jest gejem, jeszcze tego samego dnia wyleciał z hukiem ze stacji, dla której pracował. Dopiero po długich prośbach i groźbach ze strony publiczności, zaoferowano mu nowy kontrakt. Do dziś znalazło się zaledwie kilku śmiałków, którzy powtórzyliby wyczyn Seok-cheona. Wydaje się, że w Japonii jest nieco lepiej z akceptacją ludzi o odmiennej orientacji seksualnej, ale to niestety tylko pozory. Większość gejów i lesbijek siedzi cicho, posiadając nawet heteroseksualnych małżonków, byle tylko sąsiedzi nie gadali.

[Hong Seok-cheon]

Dlaczego więc yaoi, gatunek, który zajmuje się wyłącznie romantycznymi (często z łóżkowym finałem) relacjami między dwoma panami, jest tak popularny właśnie w homofobicznej Japonii, Korei i na Tajwanie? Nim do tego dojdziemy, warto rzucić okiem na historię fenomenu.

Skąd w ogóle wzięło się yaoi?

["Kyo Kara Maoh"]

Któregoś pięknego dnia pan Yonezawa Yoshihiro, krytyk, pisarz, miłośnik popularnej kultury wizualnej, doszedł do wniosku, że warto by było dać możliwość młodym, niezależnym twórcom mang zaprezentowania swoich dzieł szerszej publiczności. W Japonii, bombardowanej na każdym kroku przez urocze (i mniej) rysunki wszelkiej maści, takich młodych, kreatywnych nigdy nie brakowało. W liceach lub na uczelniach działały kluby początkujących mangaków* (tak zwane dojinshi), które własnym sumptem powielały swoje dokonania (taką amatorską mangę również zwykło nazywać się dojinshi). W 1975 roku wspomniany wcześniej pan Yonezawa i kilku jego kolegów zorganizowało pierwszy kiermasz niezależnych mang, czyli COMICMARKET. Wydarzenie przyciągnęło wówczas 32 grupy dojinshi i około 600 gości. Obecnie COMICMARKET to trzydniowy event, podczas którego swoje prace prezentuje ponad 35 tysięcy grup dojinshi, a odwiedzający to w ostrożnych szacunkach 420 tysięcy ludzi. Rozrosło się to troszeńkę, nie powiem…

[tak obecnie wyglądają Comiket]

W amatorskiej twórczości występują dwa równorzędne nurty: mangi z wykorzystaniem oryginalnych postaci i fabuł, oraz przeróbki dobrze znanych i lubianych hitów. Zastanawiająco często w owych parodiach i twórczych adaptacjach przewijają się wątki homoseksualne. Zwłaszcza postaci z typowo „męskich” tytułów (tak zwany shōnen, np. „Dragon Ball”, „Naruto”, „Full Metal Alchemist”) wykazują tendencję do posiadania sekretnych romansów ze swoimi zaciekłymi wrogami lub serdecznymi przyjaciółmi. Np. na zlocie w 1986 roku aż 370 z 3900 grup zaprezentowało parodie bardzo popularnego wówczas „Kapitana Tsubasy”. Natomiast w 2002 roku na Tajwanie podobne triumfy święciła para: Harry Potter i Draco Malfoy.

[wybaczcie, nie mogłam się opanować ;)]

Samo określenie yaoi pochodzi z lat 70-tych i stworzyły je artystki z regionu Kanazawa: Sakata Yasuko i Hatsu Rinko. Sakata i jej grupa tworzyli dojinshi z popularnymi bohaterami w roli głównej i dla określenia swojej twórczości zmiksowali trzy pojęcia: yamanashi, ochinashi i imanashi (bez punktu kulminacyjnego, bez sensu, bez znaczenia). Było to ironiczne odniesienie się do tradycyjnej japońskiej struktury narracyjnej, składającej się z wstępu, rozwinięcia, przejścia i zakończenia. Wikipedia podaje jednak alternatywne znaczenie skrótowca (radosna twórczość fanek gatunku), a mianowicie: Yamete, oshiri ga itai, co znaczy ni mniej, ni więcej: „przestań, tyłek mnie (już) boli”.

Obecnie drugie tłumaczenie wydaje się być bardziej na miejscu. Z początku określenie yaoi odnosiło się nie tylko do męsko-męskich romansów, ale do ogólnie wszystkich parodii popularnych tytułów. Z czasem jednak takie przeróbki stawały się coraz bardziej monotematyczne, aż w końcu yaoi stało się synonimem męskiej miłości, a twórcy uwolnili się od parodystycznego nurtu, wymyślając oryginalne historie. Warto zaznaczyć, że w początkowym stadium rozwoju gatunku seks bardzo rzadko był pokazywany, a już na pewno nigdy dosłownie i w detalach.

[manga "Private Magican"]

Yaoi to bynajmniej nie wyłączna domena amatorskiej twórczości. Mori Mari napisała na początku lat 60-tych swoje trzy słynne opowiadania, za które została uhonorowana prestiżową nagrodą Tamury Toshiko (więcej tutaj), do tego od 1978 roku istnieje magazyn „June”, który był pierwszym pismem poświęconym yaoi. Obecnie media podchwyciły chodliwy temat i na morgi produkuje się mangi, anime i czasem nawet filmy z wątkiem shōnen-ai, czyli miłością między chłopcami.

[obecnie najgorętsza para japońskiego anime, czyli L i Kira z "Death Note"
L nie wygląda na zachwyconego po odkryciu ile radosnej twórczości istnieje na jego temat na deviantart.com!]
Ja jednak osobiście bardziej lubię tę parę:

[kawaii! ^^]

Trzeba jednak pamiętać, że yaoi to gatunek tworzony przez kobiety i dla kobiet. Cechuje się wysokim stopniem skomplikowania fabuły, a sami bohaterowie to zazwyczaj chodzące materiały na prace habilitacyjne dla psychologów. Nie bez znaczenia jest tutaj tak zwana „kreska”, czyli poziom graficzny komiksu czy anime. Postaci muszą być zniewalająco piękne, a detale dopracowane. W przeciwieństwie do pornografii, do której yaoi niesłusznie bywa porównywane, estetyka obrazu jest bardzo wysoka i nawet jeśli zdarzają się sceny gwałtu, pokazane są one w stonowany, nie rażący sposób. Bo tak naprawdę, choć dominujący bohater (tak zwany seme) niby bierze biednego i bezbronnego uke siłą, to wszyscy wiedzą, że para się bardzo kocha i nikt nikomu krzywdy nie robi. Jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi, w tym stwierdzeniu ukrywa się jedna z podstawowych prawd yaoi, czyli jest to gatunek czysto fantastyczny. Nie ma tu nic z realnego świata i jest to świadomy zabieg, podczas gdy pornografia dąży do pokazania rzeczywistości w bardzo dosłowny i „konkretny” sposób. Poza tym w yaoi bardzo rzadko zdarzają się dosadne sceny. Choćby nie wiem jakie asany panowie osiągali w łóżku, strategiczne partie ciała pozostają poza wzrokiem widza.

Dlaczego kobiety pokochały yaoi?

["Hyakujitsu no Bara"]

Czytając poważne, naukowe (!) badania na ten temat, sama zaczęłam się zastanawiać, dlaczego od czasu do czasu lubię sobie poczytać yaoi. Nie jestem może jakąś bardzo namiętną fanką, ale przyjemność ze śledzenia męsko-męskich romansów jest niewątpliwa.

["Antique Bakery", zdecydowanie nie jest to film dla ludzi z nadciśnieniem!
O, mamo... @_@]


W opracowaniach, które czytałam, najczęściej padającą odpowiedzią jest, że zawsze to lepiej popatrzeć na dwóch przystojnych skośnookich, niż na jednego. Trudno się nie zgodzić! Do tego, gdy oglądamy heteroseksualne romanse, podświadomie, czy chcemy, czy nie, porównujemy się do głównej bohaterki i zazwyczaj porównania te nie wypadają in plus dla nas. Nie jesteśmy ani w połowie tak ładne, ani mądre, ani odważne, ani pełne poświęceń (niepotrzebne skreślić) jak wybranka serca danego delikwenta. Zbyt dobrze to na kobiecą konstrukcję psychiczną nie działa (zwłaszcza, jeśli jeszcze jest się singielką). Poza tym, oglądając perypetie bohaterki, w ramach kobiecej solidarności zazwyczaj wczuwamy się w jej doznania, martwimy się o nią i współczujemy jej, gdy ktoś ją krzywdzi. Gdy zaś wyeliminujemy kobietę ze scenariusza, nie podchodzimy do fabuły tak osobiście. Możemy rozkoszować się przedstawioną historią bez niepotrzebnych wewnętrznych niepokoi i nerwów. Dlatego też sceny gwałtu aż tak nie rażą. Co więcej, mogą one dać kobiecie pewną satysfakcję, że oto mężczyzna, ten, który zazwyczaj bierze sobie co chce i góruje nad kobietą siłą fizyczną, też może znaleźć się w sytuacji, kiedy to on jest bezbronny i poniżony.
Mimo skomplikowanych, niejasnych fabuł i udziwnionych życiorysów, główne założenia koncepcyjne yaoi są bardzo schematyczne. Dwóch pięknych jak czerwcowy poranek panów, którzy są swoimi dokładnymi przeciwieństwami, zakochuje się w sobie miłością silną, szaloną i nierozerwalną. Jeden z nich, wspomniany wcześniej seme, jest stereotypowym mężczyzną: silny, wysoki i dominujący, zamknięty w sobie, uparty, pewny siebie – jednym słowy – kipiący testosteron. Co mu rzecz jasna nie przeszkadza wyglądać jak młody Adonis. To właśnie on uwodzi swojego (zazwyczaj dużo młodszego) wybranka i wprowadza go w świat cielesnych rozkoszy. Uke, czyli „ten na dole”, posiada większość cech stereotypowo przypisywanych kobiecie. Jest delikatny, niezdecydowany, nieco zagubiony i niedowierzający w swoje możliwości, często dziecinny i uroczo nieporadny.

["Yami no Matusei"]

Przez takie skonstruowanie bohaterów można inaczej spojrzeć na role, które społeczeństwo przypisuje płciom i doznać nagłego olśnienia, że mężczyzna również może być słodki i wrażliwy. Zanurzenie w męskim świecie daje nam też możliwość uwolnienia się spod męskich spojrzeń, w których kobieta jest zawsze obiektem seksualnych fantazji. Tutaj to mężczyzna jest tym, którego się prześladuje, zaczepia i uwodzi. Do tego można go bezkarnie przywiązać do łóżka, rozebrać i zrobić z nim, na co ma się ochotę, wykorzystując do tego męskie ręce głównego bohatera i nie czuć się skrępowaną, że kobiecie przecież tak zachowywać się nie wypada. W krajach azjatyckich, przesiąkniętych filozofią konfucjańską, temat kobiecej seksualności wciąż jest tematem tabu i kobieta właściwie nawet nie powinna interesować się seksem. A co dopiero artykułować swoje fantazje! W Polsce może i jest lepiej, ale nadal zbytnie zainteresowanie sprawami erotycznymi kończy się dla kobiety przyklejeniem etykietki „puszczalskiej” (w najlepszym razie). Czytając lub oglądając yaoi można więc dać upust swoim pragnieniom, uwalniając się tym samym ze swojej społecznej kobiecej roli. Tutaj nie ma mowy o lękach przed niechcianą ciążą, wstydzie czy oporach. Na kilka chwil można stać się mężczyzną, a przy tym nadal kochać mężczyzn.

["Gravitation"]
 
Dlatego też należy postawić grubą krechę między yaoi a realnym homoseksualizmem. Każda z przebadanych przez Sueen Noh i Brenta Wilsona kobiet (więcej info w źródłach) bardzo wyraźnie podkreślała, że yaoi to czysta fantazja i nie ma nic wspólnego ze światem prawdziwych gejów. W yaoi bardzo często można usłyszeć zdanie: „nie urodziłem się taki, kochałbym cię niezależnie, czy jesteś kobietą czy mężczyzną”. Z resztą gołym okiem widać różnicę między kobiecym yaoi, a męskim bara, gatunkiem mang tworzonych przez gejów i dla gejów. W bara nie ma miejsca na subtelności i niedomówienia. Wszystko jest gwałtowne, brutalne i podane na tacy. Mężczyźni są wielcy, napompowani, o topornych rysach i nikt nie trudzi się dbałością o kreskę. Tego typu produkcje to właściwie czysta pornografia, mająca na celu podniecić widza. Sceny w yaoi mają dużo więcej funkcji i zazwyczaj erotyczne rozbudzenie odbiorcy znajduje się gdzieś daleko, daleko na liście priorytetów twórców.

[typowi bohaterowie mang bara]

To smutne, że pomimo takiej miłości Azjatek do wszystkiego związanego z shōnen-ai, tolerancja gejów w realnym świecie wciąż jest tak niska. Szalona popularność yaoi zaczęła się w Korei od ok. 1995 roku, ale jeszcze pięć lat wcześniej jeden z bardziej prestiżowych słowników języka koreańskiego Donga tłumaczył pojęcie homoseksualizmu jako: „anormalny pociąg seksualny odczuwany do osoby tej samej płci”.

[scena z filmu "No Regret"
Pierwszy koreański film (z 2006 roku), który spróbował zmierzyć się z problemem prawdziwego homoseksualizmu i przy okazji pierwszy raz pokazano nagiego mężczyznę na dużym ekranie.]


A przecież yaoi to gatunek bardzo żywy i święcący triumfy zwłaszcza wśród przeciętnych, zwyczajnych dziewcząt. W sieci nie brakuje wszelkiej maści twórczości, w której znani bohaterowie książek, mang, filmów czy nawet postaci z realnego świata, zostają połączeni w pary, które czują do siebie coś więcej niż tylko przyjaźń. Wystarczy wejść np. na stronę deviantart.com i wpisać „yaoi” w ichniejszej wyszukiwarce, by zyskać wyobrażenie o skali problemu. I nie jest to bynajmniej tylko graficzna działalność! Istnieje całe morze fanowskich powieści, w których to piękni i heteroseksualni bohaterowie znani ze szklanego ekranu wpadają sobie nagle w objęcia, wyznając sobie wieczną miłość. Marketingowcy wielkich agencji gwiazd nie pozostali głusi na wolę ludu i obecnie azjatycki show-biznes zalany jest fan-serwisem, czyli dwuznacznym okazywaniem sobie sympatii pomiędzy członkami boys bandów, by podsycić imaginacje damskiej części publiczności. No, ale o fan-serwisie kiedy indziej, bo to kolejny temat rzeka!

UPDATE: O fanservice można poczytać tutaj
 
[Changmin i Yunho chyba się lubią...]

P.S. Nie pisałam otwartym tekstem, jakie są moje ulubione anime/mangi/filmy w tym nurcie, ale zamieszczone w poście zdjęcia są nieprzypadkowe! :D

Jeśli ktoś miałby ochotę jeszcze bardziej wgryźć się w temat, polecam artykuły Martan:
Yaoi kusi, yaoi bawi, yaoi nigdy cię nie zdradzi: część I i część II

Źródła:
rzecz jasna, nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego, tylko opierałam się na wiarygodnych, anglojęzycznych źródłach. Niestety, w związku z inteligentna inaczej polityką Google, nie mogę zamieścić linków, skąd dokładnie pochodzą przedstawione w artykule informacje. Zainteresowanych zgłębianiem wiedzy proszę o kontakt mailowy! waleriankaa@gmail.com


* mangaka – rysownik mang

środa, 14 marca 2012

Lśniąca pornografia czyli powrót SHINee

SHINee powraca niebawem z nowym mini albumem! Wow, to była bardzo dobra wiadomość, bo ogromnie lubię ten zespół, głównie za to, że ich muzyka mocno wyróżnia się na tle kolorowej k-popowej łupanki. Oczyma wyobraźni już widziałam te nadpobudliwe palce ocierające się o usta (więcej o fenomenie tutaj), te samurajsko-niedoścignione układy taneczne, pastelowe porteczki i te sprawy. Ale…


Obecnie czuję się jak stary pedofil i tylko czekać, kiedy wpadnie mi tu policja i wsadzi za posiadanie dziecięcej pornografii na dysku! No bo bez żartów, co to są za zdjęcia?! Mowa rzecz jasna o sesji promującej nowy album chłopców – „Sherlock”, który ma ukazać się 21. marca (wersja cyfrowa albumu ma wyjść już 19.03). Jak usłyszałam ten tytuł, pomyślałam sobie o jakiejś dandysowej stylizacji, długich płaszczach, ciężkich od make-upu oczach itp. Rozumiem, że wytwórnia chłopców, SM Entertainment, nie chciała podchodzić do konceptu w przewidywalnie banalny sposób i zakładać im na głowy kraciaste kaszkieciki i dawać lupę do ręki, ale to, co wymyślili… Ekhm…
Ostatnimi czasy SM Entertainment ma tendencję do podejmowania się ryzykownych działań. Pamiętacie jeszcze zdjęcia chłopców z Super Junior promujące piosenkę „Mr. Simple”?


Mi się akurat one podobały i bardzo żałowałam, że teledysk znów był przewidywalny i taki sam jak pięć poprzednich, ale w internecie wzbudziły one ogromne poruszenie. Rozemocjonowane fanki aż krztusiły się z oburzenia, że ich piękni i seksowni oppa przebrani są jak pracownicy cyrku. Mnie to jakoś niespecjalnie ruszyło, bo nie posiadam wielkiego emocjonalnego stosunku do Super Junior. Nie, że nie lubię, ale szału nie ma. Chyba już pisałam kiedyś, że jak dla mnie w ich przypadku jakość przeszła w ilość. Tylu chłopa, że ja nie wiem jak oni to robią, by każdy miał do zaśpiewania choć jedną linijkę tekstu w nieco ponad trzech minutach piosenki… Wydaje mi się, że nadrzędną zasadą przyświecającą tworzeniu tego zespołu było: dawajcie tu wszystkich najprzystojniejszych jakich mamy, każda dziewczyna będzie mogła w tej bandzie znaleźć sobie choć jednego, w którym mogłaby się zakochać, więc do muzyki aż tak przykładać się nie musimy. Po świetnym albumie „Sorry Sorry” kolejne ich muzyczne dokonania, były dość blade… Mocno powtarzalne i przewidywalne. No, ale to tylko moje zdanie. Mam nadzieję, że fanki Super Junior nie zamordują mnie po tym wyznaniu ;)
Wracając do tematu zdjęć SHINee. Obawiam się, że szefowie wytwórni za bardzo wzięli sobie do serca utyskiwania fanów, że chcieliby zobaczyć chłopców w dojrzalszym wydaniu. Kolorowe porteczki, podobnie jak neonowa stylizacja Super Junior, budziły wiele kontrowersji i większości zachciało się ujrzeć SHINee z poważniejszymi minami i pewnie w garniakach. Dostaliśmy zaś (w zamyśle twórców, jak mniemam) ociekające seksem i drapieżnością ujęcia w stylizacji na „francuskiego chłopca” (to komentarz wytwórni do zdjęć z Minhom które poniżej).


Nie wiem jak w Korei rozumie się pojęcie „francuskiego chłopca”, ale sądząc po zdjęciach, ma to wiele wspólnego z odważnymi filmami typu „Ostatnie tango w Paryżu”, ino odtwórca głównej roli troszkę młodszy… Przysięgam, patrząc na zdjęcia Minho i Taemina czuję się jak stary zboczuch! Może gdyby kazać się tak wyginać Marlonowi Brando za czasów wspomnianego wyżej filmu, to wyszłoby zmysłowo. Jednak gdy każe się to robić 20-sto i 18-nastolatkom, efekt jest dość… nieodpowiedni. Pomijając, że na podstawie zdjęć Taemina można by całą rozprawę doktorską napisać na temat: „sfeminizowanie męskiego wizerunku w mediach”.

[Boże, Taemin, dziecko, ubierz się i zjedz coś porządniejszego, niż winogronka!]


Zdjęcia Key’a z resztą nie są wiele lepsze. Patrząc na kolor jego włosów, jakoś samoistnie przychodzi mi namyśl pewna scena z horroru „Lśnienie”. Scena łóżkowa zaś… Naprawdę nie wiem, czy to odpowiednie oglądać dwudziestolatków w takich okolicznościach przyrody. I co mu się tam przykleiło do brody? Zakładam, że to kolczyk, ale wygląda jakby mu upadł i ktoś go przypadkiem nadepnął, a nie było czasu szukać nowego… No, ale to tylko takie moje utyskiwania.



Zastanawiające, że dwóch najstarszych członków zespołu ma stosunkowo najnormalniejsze zdjęcia z owej sesji. Jonghyun świeci co prawda golizną, ale jakoś w takim niezobowiązującym stylu, a Onew, pomijając jego fryzurę prosto spod garnka, wygląda nawet uroczo, tuląc się do koca.

[Onew]
[Jonghyun]

No i na deser, ostatnie z wypuszczonych zdjęć, zespół razem, w całej swojej krasie. Żywe kolory, luz, blues i orzeszki, jakiś taki hippisowski klimat dawnych lat. Generalnie jest to fajne ujęcie i gdyby nie poprzednie odsłony zdjęć promocyjnych, pewnie bardzo by mi się podobało. No, ale w kontekście zdjęć Minho, Taemina czy Key’a, ta wesoła hippisowska komuna napawa mnie jakimś podskórnym lękiem…


Możliwe, że przesadzam i zapuszczam się zbyt daleko w swoich analizach… A co Wy myślicie na ten temat?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...